piątek, 12 czerwca 2015

76. Dwa razy do tej samej rzeki niby się nie wchodzi, ale...

...zdecydowałem, że wrócę do jakiegoś w miarę regularnego skrobania jakichś notek na tym blogu. Powstał jeszcze w LO, jako miejsce, gdzie spełniałbym się piśmienniczo, beletrystycznie (jedna, nieśmiała i w sumie kiepska próba) i żeby nie zramoleć w umiejętnościach pisania jakichkolwiek tekstów, gdyż nasz polonista wspaniałomyślnie oznajmił, że przez dwa lata nie napiszemy samodzielnie ni słówka, ponieważ On, Wielki Be, musi nas najpierw nauczyć, jak się to robi. Nie nauczył. Ale blog pozostał. Poznałem kilka ciekawych osób (Bee, głównie na Ciebie patrzę), mogłem się powywnętrzać na różne mniej lub bardziej ważne tematy, w formie dziennika, potem felietonów. Nie jest to jakiś szczególnie poczytny blog, ale kilka osób mnie czytało, za co dziękuję, mam nadzieję, że wrócą :)

Przejrzałem ostatnio post po poście całą moją zawartość i zauważyłem dwie rzeczy: po pierwsze: Strasznie to wszystko dziecinnymi słowami przekazywałem. Jakoś tak niedojrzale. Poziom trzyma chyba tylko ten i ten. Dzisiaj stawiam grubą krechę i postaram się tworzyć teksty dojrzalsze (zobaczymy, jak mi pójdzie, pewnie nijak, mwahahahaha!).

Po drugie: strasznie narzekałem na brak weny. Strasznie to irytuje, jak się patrzy na całokształt. Teraz tak nie będzie. Jak nie będę miał o czym pisać, to po prostu nie będę i tyle. Mam nadzieję mieć dość pomysłów na 2, 3 notki w miesiącu.

Czy coś się pozmieniało od ostatniego wpisu? Kończę pierwszy rok na Akademii Muzycznej w Krakowie (kto w poniedziałek będzie miał wakacje? Pozdrowienia dla UJ!), ale wszelkie moje wyskoki wciąż (i bardzo dobrze), choć zdalnie, to skutecznie, nadal temperuje pewna wyższa ode mnie o 5cm osoba. Trochę też przytyłem. Wzwyż nie urosłem wcale.

CKM (dla ewentualnych nowych czytelników: proszę sobie na tym blogu poszukać, dlaczego taki skrótowiec tu występuje):

Nie wiem, czy już kiedyś zamieszczałem tę piosenkę, mniejsza o to.

Płyta, o której mowa, nagrywana była w 1991 roku, równolegle z inną, wielką płytą tego zespołu. Tamta zdążyła się ukazać przed śmiercią wokalisty,nad tą wznowiono prace w 1993 roku, by wydać ją dwa lata później. Większość pewnie już wie, o co chodzi. Made in Heaven.

Jest to ostatni utwór, jaki nagrał Freddie Mercury, nawet nie do końca. Ostatnią zwrotkę zaśpiewał już po śmierci wokalisty Brian May. .W "Mother Love" pojawiają się fragmenty nagrań z koncertów, a także z utworu "Goin' Back", strony B pierwszego singla, który zespół nagrał jako Larry Lurex.

No i TAK śpiewa umierający człowiek, strawiony przez wszelkie, sprezentowane mu przez AIDS choroby, niewydolności i infekcje? Mając to w świadomości mięknę z każdym odsłuchaniem. Polecam z całego serca założyć słuchawki i słuchać w spokoju.



Do następnego!

PS. Szukając odpowiedniego nagrania znalazłem wersję z alternatywnym zakończeniem. Chyba wolę oryginalne, ale niech każdy sobie sam osądzi, słuchając tu.

PS2. Zły ch... wujek Google pozmieniał coś w czcionkach i teraz w tytule bloga się polskie litery się wyświetlają jako uogromne kulfony. Ktoś ma na to jakąś bardziej konstruktywną niż "zmień czcionkę" radę?

2 komentarze: