poniedziałek, 28 lipca 2014

75. Pętla nieskończonośći

Spędziłem ostatnio trochę czasu u wujka w lesie (ma domek w przysiółku, w okolicach Jędrzejowa, gdzie nawet asfaltu nie ma (w tym przysiółku, w Jędrzejowie oczywiście jest)). Odrobinę odpocząć, trochę pomóc (wujek zajmuje się restauracją starych samochodów, ale niestety nie w tym pomagałem. Wynosiłem słoiki.), nazbierać parę grzybów (nie ma), et cetera, generalnie wypoczynek. Był też akordeon.

Wieczorem pierwszego dnia pojawił się człowiek zachwalany jako koks-wymiatacz-hiper-ultra-mega cudowne dziecko (po czterdziestce) akordeonu. Czego to on nie zagra, nic nie jest mu obce. Repertuar od "jarzębino czerwona", przez "co ja zrobiłem że się ożeniłem accordion remix", na "głębokiej studzience" skończywszy. No i faktycznie, prawa ręka całkiem-całkiem, nawet ładne ozdobniki robił i generalnie dało się rozpoznać utwory. Szybko też łapał te, których nie znał. Natomiast lewa...

Takiego natężenia toniki jeszcze w życiu nie przeżyłem. Gość nawet na zupełnie oczywistą dominantę nie zmieniał funkcji. Z początku było to nawet zabawne, ale po czterech godzinach zaczął mnie szlag trafiać (a tu dopiero pierwszy wieczór). Nie pomogło piwo, nie pomogło wcześniejsze pójście spać, miałem ochotę zerwać się z krzykiem i z obłędem w oczach podbiec do tego akordeonu i nacisnąć samemu w końcu to zakichane G (wszystko oczywiście leciało w C-dur). Nękany niezmiennym koszmarem w końcu jednak jakoś zasnąłem.

Następnego dnia postanowiłem sprawdzić, czy to faktycznie jest takie trudne, to całe basowanie? Czy jest to tak przeklęty instrument, że mimo trzydziestu-kilku lat praktyki ten człowiek (bardzo z resztą sympatyczny) nie był w stanie się tego nauczyć, bo to jest za trudne?

Znalezienie poszukiwanych przeze mnie funkcji zajęło mi jakieś pół godziny, kolejną godzinę zapamiętanie ich położenia, żeby z grubsza trafiać w to co się chce. Po dwóch godzinach byłem w stanie jako-tako w całości zagrać ludowe piosenki w zakresie funkcji: T, II, S, D, D7, VI (czyli znacznie więcej niż potrzeba do takiego przygrywania do grilla i sfałszywiałego podśpiewywania do białego rana). Natomiast następnego dnia była niedziela, ów człowiek był u nas już od południa. Oczywiście toniczne szaleństwo trwało nadal, wpędzając mnie w stany katatoniczne i lękowe naraz.

Dowiedziałem się też paru ciekawych rzeczy. Na przykład że F-dur to C-dur. Albo wiedzieliście, co to jest tercja? Nie, nie wiedzieliście. Bo tercja obejmuje interwał do tej pory nazywany sekstą. A cóż w takim razie z prawdziwą tercją? Przecież tu oczywisty paradoks następuje! Otóż nie, domniemane tercje to w rzeczywistości... Półtercje. Dziękuję, wymiękam.

Lubię Wagnera i jego brak rozwiązań, ciągłe narastanie napięć, ale to zupełnie co innego. Gdyby "Tannhäuser" miał tylko jedną funkcję, dopiero wtedy byłby koszmarny.

A. Gość ma mi też załatwić fagot. Do następnego!

CKM:
Ta płyta to modelowy przykład na to, jak blisko siebie są muzyka klasyczna i rockowa/metalowa. Yngwie Malmsteen to szwedzki gitarzysta heavymetalowy, uznawany za kolejnego po Eddiem Van Halenie innowatora gry na gitarze elektrycznej. Płyta pochodzi z 1998 roku, a jest to Suita koncertowa na gitarę elektryczną i orkiestrę es-moll, op. 1. Śmierdzi barokiem, brzmi fenomenalnie. W nagraniu jest nie tylko suita, ale dzięki temu jest tego znacznie więcej i można się dłużej zachwycać. Właściwa Suita zaczyna się w 12:18.



Pa!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz