poniedziałek, 9 września 2013

68. Obrona humanizmu

W sali historycznej mojego ex-LO wiszą w gablotkach (ku uciesze tego starego nietoperza, który nazywać siebie nauczycielem ma w zwyczaju, a tak naprawdę to nie jest) karteluszki opisujące pokrótce zależności między dwoma profilami klasy, której to ów człek jest wychowawcą (było ich za mało, co by zrobić dwie bandy, więc matematyków połączono z polonistami i powstał dziwny potworek, mat-inf-pol-hist, lub coś bardzo podobnego). Na tych kartkach są wypisane różnego rodzaju "przekomarzanki" międzyfrakcyjne, pobrane w większości z nonsensopedii, w stylu "Humanista – niespójna wewnętrznie subkultura powstała w celu tłumaczeniu otoczeniu, że nie warto się uczyć matematyki" i w drugą stronę. I tego jednego hasła właśnie chciałbym się uczepić.

Wśród społeczeństwa utarło się opozycyjne zestawienie humanista-ścisłowiec. Tak bardzo się utarło, że jest przyjmowane za aksjomat niemalże. A ja się pytam, do ciężkiej, cholery, dlaczego?!

Prąd humanizmu europejskiego narodził się w epoce renesansu, we Włoszech. Bez zbędnego zagłębiana się, stawiał człowieka, jego uczucia, doznania w centrum zainteresowania. Homo Sapiens zaczął się interesować tym, by po prostu było mu dobrze, a także tym, co się dzieje wewnątrz niego (i biologicznie i eterycznie) Doprowadziło to wielu różnych, bardziej lub mniej udanych eksperymentów i badań. Człowiek zaczął poznawać świat będący przed, za, nad, pod, wokół, z lewej, z prawej, a nawet w nim. Wiele razy wyrywało mu się ciche, "ożesz ty...", kiedy uświadamiał sobie kolejne wiekopomne odkrycie. Nie ograniczał się przy tym do poznawania jednej dziedziny, chciał wiedzieć jak najwięcej. Taki Michelangelo Buonarotti. Nie dość, że wybitny malarz, rzeźbiarz i architekt, to do tego jeszcze poeta. Doskonały w każdej dziedzinie. Dalej, Albrecht Dürer, prócz niewątpliwego talentu malarskiego był także teoretykiem wojskowym. Mikołaj Kopernik zajmował się astronomią, matematyką, prawem, ekonomią, strategią wojskową, astrologią, był także lekarzem oraz tłumaczem. A już wszystkich bije na głowę pewien nieślubny syn notariusza i chłopki, urodzony 15 kwietnia 1452r. w okolicach włoskiego miasta Vinci. Ów człowiek był (gdy tak się pomyśli, że to wszystko może robić jeden człowiek to... ufff) malarzem, architektem, filozofem, muzykiem, pisarzem, odkrywcą, matematykiem, mechanikiem, anatomem, wynalazcą, geologiem. Człowiek witruwiański, Dama z łasiczką, Mona Lisa, projekt helikoptera, czołgu, łodzi podwodnej, podwójnego kadłuba, wykorzystanie podstaw tektoniki płyt, tysiące wynalazków, o których nawet nie wiemy, że to jego zasługa - to wszystko on jeden, sam, samiusieńki.

Podobnych im polihistorów było znacznie, znacznie więcej. Humanizm wyprodukował ludzi wszechstronnych, interesujących się każdym bez wyjątku aspektem życia człowieka. Więc dlaczego teraz uważamy, że humanista to ktoś uczący się polskiego/historii/wosu itp? Dlaczego utarło się stwierdzenie, że humaniście wręcz nie wolno lubić, interesować się matematyką/fizyką/chemią?

Jestem humanistą.

Tak, interesuję się naprawdę wszystkim po trosze. Od literatury (zarówno wchłaniania, jak i oddawania), przez astronomię, muzykę, historię, fizykę, chemię, modelarstwo, fotografię, żeglarstwo, sporty motorowe, przeróżne inne sporty, mechanikę, geografię, kulinaria, meteorologię, budownictwo, architekturę, różnego rodzaju manufaktury i zasady wytwarzania przedmiotów, kulturę i sporty dalekiego wschodu, kończąc nawet na takich abstrakcyjnych zagadnieniach jak wylewki maszynowe, zielarstwo czy produkcja nakrętek i śrub. Jest mi nawet ciężko wymieniać, w każdej dziedzinie widzę coś ciekawego, z wielu mam jakąś (bardzo nawet) podstawową wiedzę, która (na przykładzie żeglarstwa) może nie pozwoli mi opłynąć samotnie świata w kajaku, ale znam zasady poruszania się żaglówek, pewne procedury, jak np. halsówka (możliwość płynięcia w kierunku przeciwnym do wiatru), refowanie żagli czy zwrot przez rufę. Wiem co to bakburta, sterburta, bom, spinaker, rufa, rumpel i tym podobne. Nie jest to wiele, ale zawsze jakaś baza pod pogłębianie wiedzy (niezbyt wielkiej i z racji wieku i z racji ogromu wiedzy, którą ludzkość przez tysiące lat nabyła) Podobnie jest z innymi dziedzinami. Czyni mnie to, niezbyt skromnie mówiąc (ale trzeba znać swoją wartość i być odrobinę pewnym siebie, no bo co w końcu, kurczę blade), doskonałym materiałem do rozmowy :) Nie trzeba mi tłumaczyć większości podstaw pasji różnych ludzi, o których tak chętnie się przecież opowiada, a przy tym jestem aktywnym i chłonnym słuchaczem. Oczywiście, nie można dysponować wiedzą wyłącznie ogólną, specjalizacja jest, jak najbardziej, wskazana (Sam mógłbym opowiadać godzinami o muzyce (od poważnej, po bardzo rozrywkową)czy o browarnictwie i piwie), ale wszystko rozsądnie, z umiarem. Yin Yang (Azjaci to wyższa cywilizacja, ale o tym kiedy indziej).

No bo popatrzmy praktycznie. Luźna rozmowa towarzyska. (bardzo proszę się nie czepiać, że w towarzystwie się o takich rzeczach nie gada, bo po pierwsze: to jest nieźle obrazujący (mam nadzieję) sytuację przykład; po drugie, poznałem takich, co mogą). Siedzimy w knajpie przy piwie, rozmowa schodzi na... górnictwo i kopalnie (cicho być, uprzedzałem). Myślę sobie: "fajnie, przeczytałem miliony książek o halicie, zarówno historycznych jak i stricte technicznych, o wydobyciu soli wiem wszystko, byłem nawet w kopalni w Wieliczce, a nawet - szacunek dla mnie - w Bochni i Kłodawie. Wiem o tym naprawdę wszystko, nikt mnie nie zagnie, pokażę swoją erudycję, zyskam szacunek..." et cetera, et cetera. Tymczasem rozmowa schodzi na... wydobycie węgla kamiennego. O którym nie wiem absolutnie NIC. I jedno i drugie to kopalnia, z jednego i drugiego wywleka się ciężkie kloce minerałów na powierzchnię, jednak technika ich wydzierania Mateczce Ziemi, zagrożenia z tym związane, warunki pracy i wiele innych czynników różnią się diametralnie. Siedzę więc cichuteńko, tyle mając do powiedzenia, co karp w wigilię, otwierając tylko co jakiś czas usta, wiercąc się niespokojnie na swoim miejscu i wypatrując z utęsknieniem zmiany tematu. Tematu przecież tak pokrewnego z moim konikiem, jak tylko się da, ale jednak - mi obcego.

W wiedzy ogólnej nie ma nic zdrożnego, co więcej, według mnie jest wysoce wskazana, by móc szczęśliwie i spokojnie egzystować socjalnie. Jest jednak jeden warunek. Nie może to być wiedza ogólna nabyta w polskich szkołach państwowych. Odpuśćcie sobie. Pół życia uczymy się o jakichś aparatach szparkowych, fagocytozach, fazach replikacji DNA, a pójdziemy do lasu i nie rozpoznamy nawet gatunku drzewa, które mijamy piąty raz, próbując odnaleźć drogę do domku, nie umiejąc określić nawet azymutu mimo oczywistych znaków dawanych nam przez naturę i nawet nie domyślając się oczywiście, że te śliczne, tak duże i smaczne jagódki, które zjedliśmy chwilę temu zdążyły już wydzielić całą atropinę a za najdalej parę godzin zostawią jedynie poskręcane, stygnące zwłoki na środku tej idyllicznej polanki, gdzie fruwają motylki, ptaszki ćwierkają a słonko prześwieca przez rzadsze korony drzew, rzucając przepiękne snopy światła na zieloną, soczystą trawkę.



To chyba najdłuższa moja notka w historii (nie liczę opowiadania). W końcu satysfakcjonująca moje chorawe ambicje, w końcu taka, której pisanie zajęło mi więcej (oj, znacznie więcej) niż dwadzieścia minut. Mam nadzieję, że się podobała. Blog ten w ogóle powoli zamienia się w zbiór felietonów (wpływy panów Andrusa i Kresa), ale podoba mi się ta transformacja. Bo w sumie dlaczego by nie?

W CKM dzisiaj, jako że poziom notki (mam nadzieję) wysoki, to też wypadałoby coś podobnego umieścić.

Jako że odbieram ten post jako swego rodzaju święto, przełamanie, to utworki dzisiaj będą dwa. Pierwszy to wyraz mojego sprzeciwu wobec komercjalnemu podejściu do czegoś, co tylko może spodobać się szerszej niż predestynowana grupie odbiorców. Taką politykę stosuje u nas radio RMF FM, puszczające w kółko jedną piosenkę (często całkiem nie najgorszą, vide: Enej) AŻ DO PORZYGU. Jechać busem godzinę i słyszeć to samo razy trzy? Toż oni by mi nawet Queen obrzydzili. Ale do rzeczy.

Każdy zna "Nothing else matters". Każdy, choć trochę osłuchany w normalnej muzyce rzyga "Nothing else matters". Każdy umie zagrać "Nothing else matters". Ja też do wszystkich tych grup się zaliczam. Ale...

Zespół nazywa się Iron Horse, pochodzi z USA, gra muzykę bluegrassową (dla niezorientowanych: taki amerykański folklor: szybkie banjo, skrzypce, prosta rytmika), powstał w roku 2000 i gra covery. Covery największych tuzów, jak Metallica, Led Zeppelin, Black Sabbath, czy na przykład Black Label Society. No i... umieją chłopaki grać. A nawet trochę śpiewać.



Natomiast druga piosenka to mistrzostwo. Zarówno w oryginale jak i wersji panów z Alabamy. Swoją drogą, również rozklepana niczym Andrzej Gołota po walce z Lennoxem Lewisem. Ale to nie szkodzi. Bo jest jedną z najcudowniejszych piosenek kiedykolwiek napisanych.



Trzy godziny pisania, nieprędko chyba będzie mnie stać na podobny zryw. Do następnego!

1 komentarz:

  1. brawo :) ale się zaczytałam :) naprawdę kawał dobrej roboty :P

    OdpowiedzUsuń