piątek, 21 sierpnia 2015

78. Dlaczego ja w szpitalu po szkole tę trudną sprawę w dniu, który zmienił moje życie policjantom i lekarzom referuję?

Nic już więcej na tym blogu nie obiecam, zwłaszcza dotyczącego częstotliwości postów. I tak nie dotrzymam.

Ale do rzeczy. Ktoś, kto wymyślił paradokumenty, to ma łeb. Bzdura, która teoretycznie nie ma prawa się sprzedać z powodu swojego dramatycznie żenującego poziomu zarówno aktorskiego, tak realizacyjnego, jak i merytorycznego, staje się hitem hitów wśród polaków. Zewsząd sypią się wytłumaczenia typu "oglądam to, bo to takie głupie, że aż śmieszne" (pozdrawiam pewne Słoneczko :*). Może na początku tak jest, ale potem ludzie się wciągają, dyskutują, zastanawiają się, co będzie w następnym odcinku (pozdrawiam pewne Słoneczko :*), zaczynają toto traktować, jakby to był co najmniej przyzwoity serial. Zachodzi sytuacja analogiczna do grupy Bracia Figo-Fagot, którzy powstali jako parodia zespołów i piosenek disco-polo, ale z czasem podśmiechujki przerodziły się w fanatyczne wręcz w niektórych przypadkach uwielbienie. Podobnie, tłumaczenie "słucham dla beki" mnie nie przekonuje.

Paradokumenty stały się prawdziwą plagą naszych telewizorów, w zasadzie każda stacja ma jakiś w ramówce (i pewnie kilkadziesiąt innych w zanadrzu), niektóre po dwa, trzy i więcej. Wracając z pracy praktycznie nie da się obejrzeć nic innego (chyba, że to kretyńskie "Wspaniałe stulecie"). Seriale te mnie denerwują, irytują, wprawiają w zły nastrój i psują humor. Szkoła, szpital, policjanci, lekarze, burdelu tylko brakuje i astronautów.

Wśród moich niedawnych rozmyślań pojawiła się taka wizja: Gdyby tak zalegalizować walki kiboli? Zamiast ścigać, wydzielić gdzieś w miastach zamknięte areny, które mogłyby mieć różną powierzchnię, przeszkody i atrakcje terenowe, poukrywane znajdźki etc. Tylko dla ochotników. Trybuny, wstęp oczywiście biletowany, co zwróciłoby koszty sprzątania po takiej ustawce. Transmisja w TV i audiotele, która ekipa wygra... Takie igrzyska śmierci w miniaturce. Co odważniejsi stopniowo wytłukliby się i byłby większy spokój na ulicach.

W CKM dzisiaj kontrowersyjnie. Większość tych, co go nie znają, kojarzy go głównie z bardzo kontrowersyjnego sposobu bycia i skandalizowania na każdym kroku, wykorzystywania symboli religijnych (głównie chrześcijańskich) na różne sposoby ogólnie uznane za profanację. Nawet jego pseudonim artystyczny nie jest do końca smaczny. Słynna była też o nim plotka, że wyciął sobie wolne żebra, by móc samemu się zadowalać oralnie. Ewentualnie znamy go z dość popularnego coveru piosenki "Sweet dreams" zespołu Eurythmics. Jego teledyski są takie jak on. Skandalizują. Nie każdemu muszą się podobać. Mi tak, ładnie gra symbolami i atrybutami popkultury, a i liczne odniesienia do symboliki religijnej mi akurat nie przeszkadzają. Natomiast sama muzyka (przynajmniej dopóki nie wsłuchamy się w tekst i go nie zrozumiemy) całkiem nie brzmi tak jak wygląda on, czy jego obrazy. Dużo w niej muzycznego smaku, świetnie wyważona, nie za ciężka, czuć, że wszystko jest (nomen omen) piekielnie przemyślane, wszystko jest na swoim miejscu. Można go nie lubić, chcieć ukamieniować, powiesić, spalić, polać wodą święconą, można też stawiać mu ołtarzyki i wielbić jak bóstwo, można też jego ekscentryzm mieć kompletnie gdzieś (jak ja), ale jednemu nie można zaprzeczyć. Ten cały Manson, to, cholera, dobry muzyk jest.



Do następnego!

PS. ODDAJCIE MI POLSKIE ZNAKI W MOJEJ CZCIONCe, CHAMY!

poniedziałek, 22 czerwca 2015

77. Kierowca bombowca.

Staruszek, podtrzymywany przez dwoje wnucząt i laskę dzierżoną w trzęsącej się, pomarszczonej dłoni, z łzą kręcącą się w oku, przemierza w żółwim tempie nowo oddany (w międzyczasie trzy razy remontowany, bo zdążył się zestarzeć, zanim na tory wpuszczono pociągi) peron. Ze wzruszeniem przestępuje próg wagonu, by zasiąść na charakterystycznej, czerwonej kanapie i spojrzeć na swą wieś po raz pierwszy zza lekko brudnego okna pociągu...

Mam nadzieję, że powyższy scenariusz jest bardzo pesymistyczny i w żadnym wypadku się nie sprawdzi, bo z ogromnym utęsknieniem wyczekuję zapowiedzianego połączenia kolejowego przez moją wioskę. Scenariusz tym bardziej prawdopodobny, że pozwoliłby dojechać z Krakowa do Zakopanego ponad godzinę wcześniej. Zakopane chce, Kraków chce, małopolska chce, nawet inne kraje chcą, ponieważ tego odcinka brakuje, by utworzyć międzynarodową trasę północ-południe przez całą Europę. Choć ministrowie zmieniają się jak w kalejdoskopie, a każdy ma jakiś pomysł na tę trasę, to czekam na nią z utęsknieniem i doczekam się wcześniej niż opisywałem to na początku.

BO MAM JUŻ SERDECZNIE DOŚĆ BUSÓW!!!

Historia jedna z kilkudziesięciu, które można by przytoczyć. Jadąc na uczelnię wsiadłem do busa firmy Travel. Już na wstępie widać, że coś jest na rzeczy. Ledwo zamykam drzwi, on już rusza z prawie piskiem, byle, jak się za chwilę okazało, dogonić i pewnie przegonić busa firmy Max-Bus. Dojeżdżając do kolejnej wsi mamy na liczniku około 100, 110 km/h, gdzie ograniczenie jest do 40 (szczyt, szkoła, przystanek, przejście dla pieszych, wszystko to na kupie). Niepomny tego Max wyjeżdża z przystanku, zajeżdżając nam drogę tak, że wszyscy pasażerowie mojego przy hamowaniu zostawili odciski zębów w poprzedzających ich (nas) fotelach. Siedzenie na ogonie, jazda poza jakimikolwiek ograniczeniami prędkości, dystansu, o mięsie rozgrzewającym fale radia CB szkoda nawet gadać. Max ponownie zajechał nam drogę. Kiedy w Wieliczce w końcu udało się Travelowi go wyprzedzić, zatrzymał się drzwi w drzwi, obfotografował pokazującego palec kierowcę Maxa i zagroził policją, jako że miał wideorejestrator. Szkoda tylko, że nie może go użyć, bo sam by pod sobą również wykopał dołek. PANOWIE!!! WIEZIECIE LUDZI!!! Potem jest płacz i zgrzytanie zębów, że 19 trupów w wypadku busa i tym podobne, komisje, obowiązkowe pasy (powinny być, natomiast fotele w busach prezentują nieraz taki obraz nędzy i rozpaczy, że pasy niewiele mogą pomóc, gdyż krzesełka rozleciałyby się pod pierwszym większym obciążeniem). Wypatrujmy pociągów. Szybciej, bezpieczniej, taniej!

Czy ktokolwiek z was słuchał kiedykolwiek muzyki nocą, leżąc w łóżku na przykład? Ja uwielbiam. Żadne bodźce zewnętrzne nie przeszkadzają, można wyłączyć wzrok, ruch, zapachy, smaki oczywiście też. Zostają tylko słuchawki podłączone do jakiegoś źródła i ja. Słychać setki razy więcej smaczków, brzmień, przydźwięków. Poza tym, leżąc tuż przed zaśnięciem, człowiek jest rozluźniony, inaczej i mocniej odbiera idące za muzyką emocje. Polecam każdemu, kto jeszcze nie próbował.



Większość ludzików z twórczości tego zespołu zna jedynie oklepane z każdej strony "Seven nation army". A White Stripes to kopalnia ciekawej, wspaniałej muzyki, tym bardziej hipnotyzującej, że robią ją tylko dwie osoby: Jack White i jego (EDIT: dzięki Agnieszce :)) żona Meg. Utwór pochodzi z wydanej w 2005 roku płyty "Get behind me, Satan" i jest utworem otwierającym ten krążek. Sam Jack mówi o tej piosence, że uratowała płytę. Mocno przetworzona gitara, intrygujący wokal i to obsceniczne walenie w podłogę. Polecam i do następnego!

piątek, 12 czerwca 2015

76. Dwa razy do tej samej rzeki niby się nie wchodzi, ale...

...zdecydowałem, że wrócę do jakiegoś w miarę regularnego skrobania jakichś notek na tym blogu. Powstał jeszcze w LO, jako miejsce, gdzie spełniałbym się piśmienniczo, beletrystycznie (jedna, nieśmiała i w sumie kiepska próba) i żeby nie zramoleć w umiejętnościach pisania jakichkolwiek tekstów, gdyż nasz polonista wspaniałomyślnie oznajmił, że przez dwa lata nie napiszemy samodzielnie ni słówka, ponieważ On, Wielki Be, musi nas najpierw nauczyć, jak się to robi. Nie nauczył. Ale blog pozostał. Poznałem kilka ciekawych osób (Bee, głównie na Ciebie patrzę), mogłem się powywnętrzać na różne mniej lub bardziej ważne tematy, w formie dziennika, potem felietonów. Nie jest to jakiś szczególnie poczytny blog, ale kilka osób mnie czytało, za co dziękuję, mam nadzieję, że wrócą :)

Przejrzałem ostatnio post po poście całą moją zawartość i zauważyłem dwie rzeczy: po pierwsze: Strasznie to wszystko dziecinnymi słowami przekazywałem. Jakoś tak niedojrzale. Poziom trzyma chyba tylko ten i ten. Dzisiaj stawiam grubą krechę i postaram się tworzyć teksty dojrzalsze (zobaczymy, jak mi pójdzie, pewnie nijak, mwahahahaha!).

Po drugie: strasznie narzekałem na brak weny. Strasznie to irytuje, jak się patrzy na całokształt. Teraz tak nie będzie. Jak nie będę miał o czym pisać, to po prostu nie będę i tyle. Mam nadzieję mieć dość pomysłów na 2, 3 notki w miesiącu.

Czy coś się pozmieniało od ostatniego wpisu? Kończę pierwszy rok na Akademii Muzycznej w Krakowie (kto w poniedziałek będzie miał wakacje? Pozdrowienia dla UJ!), ale wszelkie moje wyskoki wciąż (i bardzo dobrze), choć zdalnie, to skutecznie, nadal temperuje pewna wyższa ode mnie o 5cm osoba. Trochę też przytyłem. Wzwyż nie urosłem wcale.

CKM (dla ewentualnych nowych czytelników: proszę sobie na tym blogu poszukać, dlaczego taki skrótowiec tu występuje):

Nie wiem, czy już kiedyś zamieszczałem tę piosenkę, mniejsza o to.

Płyta, o której mowa, nagrywana była w 1991 roku, równolegle z inną, wielką płytą tego zespołu. Tamta zdążyła się ukazać przed śmiercią wokalisty,nad tą wznowiono prace w 1993 roku, by wydać ją dwa lata później. Większość pewnie już wie, o co chodzi. Made in Heaven.

Jest to ostatni utwór, jaki nagrał Freddie Mercury, nawet nie do końca. Ostatnią zwrotkę zaśpiewał już po śmierci wokalisty Brian May. .W "Mother Love" pojawiają się fragmenty nagrań z koncertów, a także z utworu "Goin' Back", strony B pierwszego singla, który zespół nagrał jako Larry Lurex.

No i TAK śpiewa umierający człowiek, strawiony przez wszelkie, sprezentowane mu przez AIDS choroby, niewydolności i infekcje? Mając to w świadomości mięknę z każdym odsłuchaniem. Polecam z całego serca założyć słuchawki i słuchać w spokoju.



Do następnego!

PS. Szukając odpowiedniego nagrania znalazłem wersję z alternatywnym zakończeniem. Chyba wolę oryginalne, ale niech każdy sobie sam osądzi, słuchając tu.

PS2. Zły ch... wujek Google pozmieniał coś w czcionkach i teraz w tytule bloga się polskie litery się wyświetlają jako uogromne kulfony. Ktoś ma na to jakąś bardziej konstruktywną niż "zmień czcionkę" radę?

poniedziałek, 28 lipca 2014

75. Pętla nieskończonośći

Spędziłem ostatnio trochę czasu u wujka w lesie (ma domek w przysiółku, w okolicach Jędrzejowa, gdzie nawet asfaltu nie ma (w tym przysiółku, w Jędrzejowie oczywiście jest)). Odrobinę odpocząć, trochę pomóc (wujek zajmuje się restauracją starych samochodów, ale niestety nie w tym pomagałem. Wynosiłem słoiki.), nazbierać parę grzybów (nie ma), et cetera, generalnie wypoczynek. Był też akordeon.

Wieczorem pierwszego dnia pojawił się człowiek zachwalany jako koks-wymiatacz-hiper-ultra-mega cudowne dziecko (po czterdziestce) akordeonu. Czego to on nie zagra, nic nie jest mu obce. Repertuar od "jarzębino czerwona", przez "co ja zrobiłem że się ożeniłem accordion remix", na "głębokiej studzience" skończywszy. No i faktycznie, prawa ręka całkiem-całkiem, nawet ładne ozdobniki robił i generalnie dało się rozpoznać utwory. Szybko też łapał te, których nie znał. Natomiast lewa...

Takiego natężenia toniki jeszcze w życiu nie przeżyłem. Gość nawet na zupełnie oczywistą dominantę nie zmieniał funkcji. Z początku było to nawet zabawne, ale po czterech godzinach zaczął mnie szlag trafiać (a tu dopiero pierwszy wieczór). Nie pomogło piwo, nie pomogło wcześniejsze pójście spać, miałem ochotę zerwać się z krzykiem i z obłędem w oczach podbiec do tego akordeonu i nacisnąć samemu w końcu to zakichane G (wszystko oczywiście leciało w C-dur). Nękany niezmiennym koszmarem w końcu jednak jakoś zasnąłem.

Następnego dnia postanowiłem sprawdzić, czy to faktycznie jest takie trudne, to całe basowanie? Czy jest to tak przeklęty instrument, że mimo trzydziestu-kilku lat praktyki ten człowiek (bardzo z resztą sympatyczny) nie był w stanie się tego nauczyć, bo to jest za trudne?

Znalezienie poszukiwanych przeze mnie funkcji zajęło mi jakieś pół godziny, kolejną godzinę zapamiętanie ich położenia, żeby z grubsza trafiać w to co się chce. Po dwóch godzinach byłem w stanie jako-tako w całości zagrać ludowe piosenki w zakresie funkcji: T, II, S, D, D7, VI (czyli znacznie więcej niż potrzeba do takiego przygrywania do grilla i sfałszywiałego podśpiewywania do białego rana). Natomiast następnego dnia była niedziela, ów człowiek był u nas już od południa. Oczywiście toniczne szaleństwo trwało nadal, wpędzając mnie w stany katatoniczne i lękowe naraz.

Dowiedziałem się też paru ciekawych rzeczy. Na przykład że F-dur to C-dur. Albo wiedzieliście, co to jest tercja? Nie, nie wiedzieliście. Bo tercja obejmuje interwał do tej pory nazywany sekstą. A cóż w takim razie z prawdziwą tercją? Przecież tu oczywisty paradoks następuje! Otóż nie, domniemane tercje to w rzeczywistości... Półtercje. Dziękuję, wymiękam.

Lubię Wagnera i jego brak rozwiązań, ciągłe narastanie napięć, ale to zupełnie co innego. Gdyby "Tannhäuser" miał tylko jedną funkcję, dopiero wtedy byłby koszmarny.

A. Gość ma mi też załatwić fagot. Do następnego!

CKM:
Ta płyta to modelowy przykład na to, jak blisko siebie są muzyka klasyczna i rockowa/metalowa. Yngwie Malmsteen to szwedzki gitarzysta heavymetalowy, uznawany za kolejnego po Eddiem Van Halenie innowatora gry na gitarze elektrycznej. Płyta pochodzi z 1998 roku, a jest to Suita koncertowa na gitarę elektryczną i orkiestrę es-moll, op. 1. Śmierdzi barokiem, brzmi fenomenalnie. W nagraniu jest nie tylko suita, ale dzięki temu jest tego znacznie więcej i można się dłużej zachwycać. Właściwa Suita zaczyna się w 12:18.



Pa!

czwartek, 15 maja 2014

74. Ladies and Gendermen...

Blog nie zawiśnie. Przynajmniej na razie. A dzisiaj będzie (jak wszyscy, to wszyscy) o POTWORZE DŻENDERA!!! Z góry informuję, że post jest neutralny, nie wyrażam w nim (wyjątkowo) własnych poglądów i przekonań, ma charakter uświadamiający.

Wobec afery, która ogarnęła cały grajdołek Polską nazywany (która to afera jest tylko przykrywką i ucieczką od prawdziwych problemów) wokół tego strasznego słowa jakim gender się stał (stała? stało?), zamieszczam tekst pani Emilii Kaczmarek, doktorantki w Instytucie Filozofii UW, stałej współpracowniczki "Kultury Liberalnej"

-------------------------------------------------------------------------

Co to właściwie jest ten dżender? Mały słownik dla genderowo zdezorientowanych.

Gender, genderyzm, ideologia gender - co to właściwie znaczy? Czy minister Kozłowska-Rajewicz, ksiądz Oko, posłanka Kempa i Judith Butler mówią o tym samym?

O co w tym wszystkim chodzi, o mieszanie dzieciom w głowach, o przebieranie chłopców za dziewczynki, zaprzeczanie różnicom między kobietami i mężczyznami, czy o stare, dobre równouprawnienie?

Być może całe zamieszanie wynika z używania obcego słowa. W języku angielskim swojskie i neutralne, w Polsce urosło do rangi symbolu, w którym mieszają się wszystkie znaczenia. Angielskie słowo gender (bliskie polskiemu "rodzajowi") najczęściej tłumaczone jest jako "płeć społeczno-kulturowa" (w odróżnieniu od słowa sex czyli "płci biologicznej"). Tylko co z tego wynika? Z czym mamy tu do czynienia - z nauką czy z ideologią? Dla zdezorientowanych przygotowaliśmy mały słownik.

Gender w SOCJOLOGII - kategoria gender w nauce o społeczeństwie pozwala uchwycić wszystko to, co łączy się z tożsamością płciową, ale nie ma podstaw biologicznych (np. różny sposób ubierania się mężczyzn i kobiet, ich role społeczne - zmieniające się na przestrzeni dziejów i odmienne w różnych kulturach). Pojęcie gender w socjologii umożliwia neutralny, naukowy opis. W końcu z tego, że jakaś rola społeczna ukształtowała się w danych czasach i w danej kulturze nic rewolucyjnego nie wynika. W socjologii pojęcie gender służy do opisu pewnych zjawisk, nie jest postulatem zmiany czegokolwiek.

Gender w POLITOLOGII - pojęcie gender jest używane przez politologów do opisu relacji między płcią a władzą i miejscem w hierarchii społecznej. To właśnie tak rozumie gender ONZ, kiedy tworzy kategorie globalnych grup marginalizowanych i umieszcza wśród nich kobiety obok młodzieży czy ludów autochtonicznych. Tu właśnie nie ma rozróżnienia na płeć biologiczną i kulturową , liczy się kwestia politycznej i ekonomicznej pozycji kobiet. Na konferencję poświęconą tak rozumianemu genderowi wybrała się niedawno do Malezji posłanka Beata Kempa, zaprzeczając przy tym, że chodziło o "ideologię gender". Potwierdzamy - nie chodziło, bo takowa nie istnieje.

Gender MAINSTREAMING - to gender, o który mówi minister Kozłowska-Rajewicz; gender mainstreaming jest strategią polityczną przyjętą w UE, czyli działaniem na rzecz równouprawnienia kobiet i mężczyzn (równouprawnienia, a nie dekonstrukcji płci!). Mainstreaming oznacza włączanie tematyki płci i równouprawnienia do jak najszerszego wachlarza unijnych polityk i nie dopuszczanie do marginalizacji problemów kobiet.

Gender w GENDER STUDIES - badania nad płcią kulturową z zakresu różnych dziedzin: filozofii, antropologii, psychoanalizy. Gender studies to dziedzina, która wyłoniła się z women's studies, czyli badań feministycznych. Niektórym może się wydawać dziwne tworzenie specjalnej dziedziny wiedzy czy nawet kierunku studiów poświęconych płci - jest to jednak wynik specjalizacji w naukach społecznych, gdzie pojawiają się przecież także urban studies (studia nad miastem) czysecurity studies (studia nad bezpieczeństwem).

Gender w TEORII QUEER - w teorii queer (z ang. queer "dziwny, dziwaczny"; teoria queer - teoria odmienności; tradycja intelektualna związana ze społecznością LGTB), czyli np. u Butler, neguje się samo rozróżnienie na płeć kulturową i biologiczną, uważając, że nawet płeć biologiczna jest konstruktem kulturowym. Dla przedstawicieli tego nurtu już samo nazywanie chłopców chłopcami , a dziewczynek dziewczynkami jest opresyjnym kształtowaniem ich tożsamości. W świetle tego stanowiska kategoria płci powinna ulec dekonstrukcji (więc przebieranie chłopców za dziewczynki jest ok, o ile nikogo się do niczego nie zmusza). Teoria queer nie jest wdrażana (jakkolwiek miałoby to wyglądać) w polskich szkołach czy przedszkolach, ale faktycznie (o zgrozo!) można się z nią spotkać na uniwersytetach, np. podczas studiów nad filozofią poststrukturalistyczną.

Gender w FEMINIZMIE RÓŻNICY - dla takich feministek jak Sylviane Agacinski czy Christina Hoff Sommers, gender jest interpretacją płci biologicznej, jednak radykalnej różnicy między kobietami a mężczyznami nie da się zatrzeć i nie powinno się tego robić. Dla feministek różnicy tradycyjna kobiecość jest wartościowa, należy ją docenić a nie dekonstruować. Jeżeli ktoś krytykuje feminizm i gender, powinien najpierw określić o jaki nurt feminizmu mu chodzi.

IDEOLOGIA GENDER, GENDERYZM - Kościół myli pojęcie gender mainstreaming z takim rozumieniem gender, jakie obecne jest w jednym z nurtów feminizmu. Teoria queer nie jest propagowana w polskich przedszkolach - dlatego strach przed "ideologią gender" jest nieuzasadniony. Co więcej, Kościół sprzeciwia się samemu rozróżnianiu na sex i gender uważając, że role mężczyzn i kobiet są inne na mocy prawa naturalnego, macierzyństwo kobiet (także w sensie duchowym) jest ich powołaniem, a nie rolą społeczną, którą można kształtować czy wybierać.

-------------------------------------------------------------------------

Tytuł posta również zapożyczony, tym razem od pana Andrzeja Rodana. Przypominam, że post jest neutralny, nie wyrażam w nim własnych poglądów i przekonań.

Niestety, jak to trafnie ujęła Paulina, to ludzie tworzą język, więc słowo "gender" nabrało już tego nowego, niepoprawnego znaczenia. Szkoda.

A piosenka na dzisiaj... hm... przelatuję przez zasoby mojego dysku w poszukiwaniu czegoś, co by dzisiaj najgłośniej krzyczało "wybierz mnie!". No i mam, poszukiwania uciekły w internety, a tu inspiracja przyszła ze strony pana Leszka :)

Mamy wieczór, 12 lipca 1986 roku, jesteśmy w Anglii, w Londynie, na Wembley. Właśnie wybrzmiała żywa i energetyczna piosenka "Now i'm here", Brian zmienia klimat i wycisza publiczność. Zaczyna się druga, nieco (ale tylko nieco) spokojniejsza część koncertu, zmącona nieco "You're so square (baby, I don't care)". Później nastąpi parę klasycznych coverów, ale najpierw...



Wersja koncertowa jest tak różna od tej z płyty ("A night at the opera" '75), że brzmi jak zupełnie inny utwór. Wersja (kradnę cytat) no, bardzo osobista. Już kiedyś co prawda wrzucałem cały koncert, ale nie sądzę żeby ktoś przebrnął przez cały, więc to nie ma znaczenia :). Ponownie wyrażam smutek i ubolewanie (uzewnętrznione poprzez walenie głową w kant biurka), że nie urodziłem się 30 lat wcześniej i nie mogłem być na tych wszystkich wielkich koncertach za bezcen (bilety na Zeppelinów w pełni blasku kosztowały jakieś 5 funtów).

Do następnego!

piątek, 2 maja 2014

73. Vanitas

Po raz kolejny piszę post z poczucia obowiązku nie z chęci czy z powodu odpowiedniego tematu, którym chciałbym się podzielić. Życie bloga wisi na włosku. Jeśli ktoś chce mnie czytać, niech mnie przekona.

Jak pewnie niektórzy zauważyli, obserwując nagły wysyp wcale niebrzydkich zdjęć na facebooku, wróciliśmy niedawno (w sumie to wcale nie tak znowu niedawno) z innego, lepszego świata, sokiem pomarańczowym i ropą płynącej Norwegii (no, z Islandii nie da się ukryć, też wróciliśmy, ale tam płynęła śmierdząca zgniłymi jajami woda, nie pasuje mi to do parafrazy), która jest dla mnie po tym wyjeździe tym, czym jest Arizona dla spragnionych lepszego życia Meksykan. Gdybym tylko mógł, od razu bym się tam przemieścił. Ludzie są zupełnie bezkonfliktowi, bezstresowi, uśmiechnięci, z każdym, nawet pomywaczem w podrzędniejszej knajpce, można się dogadać po angielsku, bo ich tego uczą od najmłodszych lat w szkole. Pokażcie mi polskiego ośmiolatka, który sam podszedłby do pary starszych od niego ludzi i w obcym języku zagadał czy może jakoś pomóc? Ja takiego nie znam.

Wszędzie jest czysto i ładnie, choć zdarzają się jakieś śmietki, również kradną koła od rowerów jak w Krakowie, ale to wszystko jest jakoś ogarnięte, nie ma takiej wyłażącej zewsząd mañany. Nawet są tam żebracy i to wcale niemało, nie narzucają się jednak człowiekowi.

Chętnie pojechałbym tam na Erasmusa, choć jest pewien szkopuł: Jeśli tam nie pracujesz, nie masz co marzyć o utrzymaniu się i przeżyciu. Na wszystko jednak są metody i ze wszystkim można sobie poradzić.

Tymczasem egzaminy wstępne zbliżają się wielkimi (za wielkimi, stanowczo za wielkimi) krokami. Proszę o ściskanie palców 15 czerwca. Może wyrobię się z programem.

Walka z tym postem jest bezcelowa. ucinam swe męki w tym miejscu.



Jest to niepodzielna całość (z wyjątkiem może "Wish you were here"), ale każdy powinien znać całość i basta. Gdy przeczyta się o tym albumie u Cioci Wikipedii, to można dojść do wniosku, że Pink Floyd to naprawdę dziwny zespół. Nie mam siły już opisywać płyty, więc zainteresowanych odsyłam do strony na wiki.

Do (może) następnego!

wtorek, 25 marca 2014

72. Abstrakcyje w głowie mej (mey?)

Dzisiaj krótko i treściwie, niezbyt może poważnie, ale tak też czasem trzeba. W każdym razie bardzo luźne dywagacje.

Oglądam ja dzisiaj fragmencik dokumentu o początkach cywilizacji. Bardzo początkowych początkach. Ludzie walczą z wilkami, z początku jak równy z równym, stopniowo człowieki tak bardzo dominują nad swoim wrogiem, że udomawiają go, układają według swoich reguł. Zwyciężyli. A mi w głowie pojawiła się myśl (tym razem osadzona mocno w XXI wieku): Co jeśli jesteśmy (ludzie i wilki) postaciami w jakimś gigantycznym MMO toczonym przez istoty z innego świata lub wymiaru? Ludzie okazują się koniec końców frakcją prowadzoną przez sprawniejszych, lub po prostu liczniejszych graczy. Co jeśli kilkanaście milionów graczy w World Of Warcraft, faktycznie zawiaduje jakąś cywilizacją gdzieś na drugim końcu trzeciego wszechświata po lewej stronie?

Co jeśli dzięki naszym staraniom kiedyś roślinki będą miały zwierzątka domowe w postaci małych zombie?

Co jeśli w największej bitwie w dziejach internetów (która miała miejsce w uniwersum EVE Online, a straty z niej wynikłe przekraczają już 300 tysięcy dolarów na samych wrakach przetaczających się przez kosmosy, nie wspominając o stratach ekonomicznych sięgających wielu miesięcy lub nawet lat (gra jest bardzo realistyczna pod tym względem)) faktycznie ginęli jacyś osobnicy z (niekoniecznie) krwi i kości?

Spore: tu wszelki komentarz jest zbędny, a skala zjawiska przekraczałaby (przekracza?) wszelkie granice. Jak ktoś grał - wie, jak nie grał, niech się dowie, o co tam chodzi.

Śmieszne, ale nakłaniam do krótkiego chociaż przemyślenia problemu, małego wypuszczenia wodzy fantazji, mogą powychodzić całkiem fajne rzeczy.



A ludzie to złe bestie są, co własności ludzkiej nie szanują. Spory wydatek i ponowne, żmudne gromadzenie kontaktów. Ble.

W 2010 roku w Polsce wyszła płyta, która mimo statusu podwójnej platyny nie odbiła się (w moim odczuciu) jakimś szerokim echem. Jest to muzyka nieporównywalnie trudniejsza od chłamu serwowanego nam co rano w środkach komunikacji zamiejskiej. Pani Monika po odbębnieniu umów ze sponsorami i wszystkich zobowiązań wobec programu "Idol" i stacji Polsat wzięła się w końcu za muzykę taką, jaką ona ją widzi i słyszy. W efekcie zniknęła prawie całkowicie z radia popularnego, jednak zyskała wiernego słuchacza - Mnie. Z czteroletnim opóźnieniem, co prawda, bo choć coś z tej płyty znałem i podobało mi się, to na poważnie łapię się za nią dopiero teraz.Na tę konkretną piosenkę naprowadziła mnie jeszcze w liceum Wiola. My pozdrawiamy, a pani Monika urządza Grandę w mocno elektronicznym stylu, który co raz to bardziej mnie wciąga.

I ta dykcja...



Do następnego!

PS. Złamaliśmy 6000 wyświetleń. Dzięki!

poniedziałek, 17 marca 2014

71. Teoria egzystencji muzyka dla największego nawet laika

Ostatnio zastanawiałem się, do czego by tu porównać zawód muzyka, co by mugolom wyjaśnić, co w tym takiego ciężkiego. No i chyba wymyśliłem. Zawód muzyka jest jak zawód... Sportowca.

Każdemu, kto teraz puka się w głowę, spieszę z wyjaśnieniami.

Podobnie jak sportowcy, zaczynamy bardzo wcześnie, często w wieku 6 lat. Wyjątki się zdarzają, ale generalna zasada jest, że im wcześniej tym lepiej.

Można robić to dla zabawy, rekreacji, choć nie będzie się takim koksem-wyjadaczem jak wtedy, gdy poświęci się danej profesji całe życie i wolny czas. Do zawodu przygotowujemy się długo jak nikt. W wieku post-maturalnym mamy jakby 12 lat stażu za sobą.

Zarówno w środowisku sportu jak i muzyki bardzo ważny, niestety, jest układ. Kto kogo zna, kto z kim się lubi (lub nie), potrzeba bardzo dużo szczęścia, by zostać zauważonym lub złapać jakieś fajne granie/klub sportowy etc. Znajomości są bardzo przydatne.

Tak my jak i sportowcy robimy to, co kochamy. Na jedno słowo zawijamy manele, pakujemy się w nie-wiadomo-co, jedziemy nie-wiadomo-gdzie, nie-wiadomo-jak-długo, żeby gdzieś się pokazać, wystąpić, często dopłacając do interesu. No i co z tego? Fajnie jest :).

Żeby gdzieś się pokazać ćwiczysz, ćwiczysz, ćwiczysz, ćwiczysz, ćwiczysz...

Granie to nie tylko takie naciskanie klawiszy/dziur/klap/szarpanie strun w rytmie. Tak jak w pływaniu niepozorny ruch nadgarstka potrafi zwiększyć efektywność odbicia się o kilkanaście %, tak u nas ważne jest ustawienie każdego, nawet najmniejszego palca, uderzanie/szarpanie nim w odpowiedni sposób, że o poprawnej postawie i należytym oddychaniu nie wspomnę (właśnie wspomniałem, hyhyhy).

Większość, mimo tak ogromnego doświadczenia w zawodzie, za wyjątkiem ułamka szczęściarzy i najlepszych, zarabia marne grosze, często niewystarczające do utrzymania siebie, o innych nawet nie myśląc. No ale cóż... taki kraj. Na szczęście można wyjechać, problem nie tyczy się większości państw Świata, zarówno na zachodzie jak i na wschodzie.


Z innej beczki: Porsche nareszcie zrobiło ładne auto. Pierwsze 911 od lat 70, które naprawdę mi się podoba. Typ 991 istnieje, co prawda, od 2011 roku, ale dopiero niedawno miałem okazję zobaczyć je na żywo. Mogę dostać na urodziny.



To bezsprzecznie najlepszy zespół na świecie naszych czasów. Pierwsza piosenka z ostatniej płyty ("the 2nd law") wydanej 1.10.2012r. Kto twierdzi inaczej, ten głupim głupkiem jest! Ament!

Do następnego!

!!!EDIT!!!

Kolejne podobieństwa podsunięte mi przez Zuzę (pozdrawiamy i grzecznie machamy łapką): "podobnie układamy "plan treningowy", podobnie działa psychologia występów, nasza forma miewa lepsze i gorsze momenty"

czwartek, 30 stycznia 2014

70. Piwo a my, my a piwo

Znowu nie popisałem się konsekwencją. Albo popisałem niekonsekwencją, jak kto tam sobie woli. No ale trudno. Walczę z tym. Przegrywam.

Z nowości: stoczyłem pierwszy oficjalny bój z koncertem B Mozarta. Mozart wygrał tak z 11:0. Na szczęście idzie ku dobremu.

Swoją drogą, kto mi wyjaśni fakt, że pomimo zrzucenia z siebie jednej szkoły mam jeszcze mniej czasu niż w zeszłym roku? Kto da satysfakcjonującą odpowiedź, dostanie... dyplom.

Temat, który chciałbym dzisiaj poruszyć, przypadnie pewnie do gustu wielu, wielu czytelnikom. Bo chciałbym pomówić o... Piwie. A konkretniej o polaka stosunku do tegoż jakże (naprawdę) szlachetnego napoju.

Jeśli chodzi o statystyki i liczby, to odsyłam wszystkich ciekawych tutaj, nie chce mi się tego pisać jeszcze raz, skoro już ktoś to zrobił: http://blog.kopyra.com/index.php/2013/09/03/piwo-w-liczbach/ Jednocześnie pozdrawiam pana Kopyrę :)

Skupię się raczej na obserwacjach poczynionych przeze mnie. No to jedziemy.



Polacy nie umieją pić piwa.

Tak. Powtórzyć?

Polacy nie umieją pić piwa.

Pozwalam sobie na generalizację, ponieważ środowisko moich obserwacji jest na tyle duże, że z powodzeniem może oddawać proporcje znacznie większego terenu. Ale wracając do rzeczy.

Przeciętny przedstawiciel młodzieży (ale i nie tylko), kupuje piwo jak najtańsze, w ilościach prawie że hurtowych (pozdrawiam wszystkich, którzy przyłożyli rękę i usta do obalenia 72 carlsbergów (bo była promocja w biedronce) oraz kilkunastu innych, pewnego pamiętnego popołudnia na Psiej Górce, którego to obalania obserwacja a nawet czynny udział (dołożyłem dwie) był tyleż zabawny, co nieco przerażający). Ludzie, NIE TĘDY DROGA!!!

Jak ktoś się chce nawalić, to niech sobie kupi 0.7, wypije i już. I taniej go to wyjdzie, i sikać nie będzie jak fontanna w parku miejskim (a tak jest po kilku(nastu) piwach, niestety).

Alkoholu w piwie jest średnio 4-7% (nie liczą się takie wynalazki jak np. "Brewmeister Armageddon" i inne tego typu (dociekliwym ułatwię życie, BA ma 60% zawartości alkoholu, to najmocniejsze do tej pory uwarzone piwo)), co wystarczająco dobitnie sugeruje, że używamy tego napoju niezgodnie z przeznaczeniem. Mnogość rodzajów piwa też sugeruje, że w nim szuka się SMAKU a nie procentów.

Zatrważająca większość Polaków nie potrafi pojąć nawet najbardziej podstawowego podziału na Ale i Lagera, czyli piwa odpowiednio piwo górnej i dolnej fermentacji. O jakichkolwiek odmianach (a tych są setki, jeśli nie tysiące), ma takie pojęcie jak ja o przepisach BHP odławiania krabów na morzu Beringa. Ludzie rozróżniają piwa po markach, nie mając pojęcia, że np taki Okocim i Kasztelan to w zasadzie jedno i to samo piwo, bo podlegające standardom eurolagerów Carlsberga, nawet butelki ma te same. Różnice są w zasadzie niewyczuwalne. Podobnych przykładów jest, oczywiście, znacznie więcej, zapytany odpowiem, teraz mi się nie chce.

Są też ludzie, którzy chcą raz na jakiś czas pomyśleć o sobie, że są koneserami, więc co jakiś czas kupują piwo, które reklamuje się jako mały browar z tradycjami (którym może były ze 20 lat temu, ale na pewno nie teraz). Na tym jedzie i zarabia "Łomża", lubelska "Perła" i tym podobne, również na podobnym targecie zbijają kasę koncerny, wypuszczając na rynek tzw. piwa sezonowe, co szeroko praktykuje Okocim Carlsberg (piwo "dożynkowe" itp), lub Tyskie z serią "książęcych" (które akurat są całkiem smaczne, szkoda że one jedyne).

Są też (tak, powtarzam, robię to świadomie) browary, które biorą się za produkcję piw, o których nie mają zielonego pojęcia. Sztandarowym przykładem jest Żywiec Porter. Dawno, dawno temu miałem okazję "dostać łyka". Od tamtej chwili minęło ponad 7 lat, a do tej pory mam znaczny opór wobec wszystkiego, na czym widnieje napis "porter". Takie "arcydzieła" potrafią zniechęcić wielu ludzi, którzy chcą się wyrwać z okowów komercyjnego piwska i spróbować dla odmiany czegoś nowego, bo a nuż zasmakuje.

Głównym czynnikiem zaporowym dla kupna dobrego piwa z małego, polskiego browaru lub z zagranicznych, jest, niestety, cena (choć jest parę chlubnych wyjątków, jak np. "Ciechan", "Lwówek", czy "Raciborskie". Za każde ciekawsze piwo trzeba często zapłacić ponad 7 złotych, a to boli. Wszelkiego rodzaju smakołyki jak wytwory np. "Pinty" czy "AleBrowaru" cenowo oscylują w tych właśnie granicach. Przeciętny Kowalski myśli" "czy ich poje...ło?! Tyle za piwo?! To ja wolę trzy Harnoldy i jeszcze mi na gumę do żucia zostanie". Podobnie sprawa ma się z zagranicznymi produktami. Za piwo, które mi do tej pory najbardziej smakowało czyli "Leffe Brüne) z Belgii, płaci się 7 z hakiem za 0,33. To bardzo boli. Niektórych za bardzo.

Oczywiście, nie jestem jakimś purystą, często pijam również tanie piwa czy knajpianą wodo-drożyznę, ale robię to ze świadomością i wiedzą, że istnieje coś poza Harnasiem, Okocimiem i innymi ogólnie znanymi.

Na szczęście, wraz z wymianą pokoleń, wg raportów przybywa konsumentów piw z małych browarów. Z jednej strony to dobrze. Ale, kiedy wszyscy będą pili takie piwa, czy browary je produkujące nadal będą małe?

Zauważam drastycznie rosnący spadek (cóż za pierwszorzędny oksymoron) jakości pisaniny, więc to tyle w tym temacie, główną myśl chyba przekazałem wystarczająco jasno, a jeśli nie, to nie ma dla mnie nadziei.

CKM.

Początkowo myślałem o czymś mocnym, gitarowym ale jest za późno. Zwykle, pisząc, słucham tego co wrzucę, ewentualnie na odwrót. Wrzucam to, czego słuchałem pisząc. Niech i tak będzie teraz.



Nie sposób wyselekcjonować z twórczości Pink Floydów jakiegoś pojedynczego utworu (no, może "high hopes"), ponieważ każda płyta tworzy bardzo zwartą całość, toteż zamieszczam całą płytę. Wydana została na początku roku 1977, jako dziesiąta w twórczości grupy, inspirowana jest książką G. Orwella pt. "Folwark zwierzęcy", choć nie jest ona główną inspiracją. Na płycie ludzie podzieleni są na trzy grupy: Owce, Świnie i Psy. Brzmienie chłodne, zwiastuje późniejszą, słynną "Ścianę". Co ciekawe, ścieżek na płycie jest 5, z czego 2 to otwierający i zamykający "Pigs on the wing", podzielony na dwie części. Więcej już dzisiaj nic nie napiszę.

Do następnego!

niedziela, 8 grudnia 2013

69. Świata muzycznego kwasy

Znowu nie dotrzymałem słowa. Znowu nie było mnie za długo. Ale wracam, tak, jeszcze żyję. A co więcej, nawet mam na co narzekać.

Dane nam było zagrać na przesłuchaniach makroregionalnych (ludzie z 3 województw). Od samego początku przedsięwzięcie usiane było minami. Najpierw nasz kochany Dyrektor (który, przypomnę, kupuje nowe fortepiany i wstawia lustra o powierzchni boiska piłkarskiego do każdego kibla podczas gdy waltornie są poklejone taśmą klejącą, co by się nie rozpadły) płakał, że za dużo ludzi jedzie, będzie musiał płacić. Potem zarządził, że nie mamy noclegu, do Lublina jedziemy, gramy, wracamy. Na koniec powiadomił łaskawie, że nie da transportu, jedziemy tam własnymi samochodami. Cudownie.

Żeby tam zajechać, ustalono wyjazd na godzinę 7:30. Żeby dotrzeć na tę godzinę do Krakowa, musiałem wstać o godzinie 5:20. Niby raz na czas można, ale w perspektywie grania tego dnia konkursu... Dobra. Zajechaliśmy, nawet całkiem niezłą drogą, w jakieś 4 godziny z hakiem, więc jest około 12. Moja grupa zaczyna się o... 17. Więc, siedzimy prawie 5 godzin na dupach i nic nie robimy. Można się było w domu wyspać, ale... cóż...

Gramy. Po całym dniu, wyczerpującej jeździe, no ale gramy.

Zagraliśmy wszyscy. Ja nie najlepiej, ale nie liczyłem na wiele więcej. Wracamy. W Krakowie na tyle późno, że żadnego busa do domu, dobrze mieć miłych i uczynnych przyjaciół (dzięki jeszcze raz, Zuz).

Przychodzą wyniki. Wszystko jak się spodziewałem. Na trzecim miejscu ze wszystkich uczestników fagocistka z Krakowa, nie wiadomo skąd, nie wiadomo, kto to.

Jakiś czas później, gdy już właściwie wszyscy o tym zapomnieli, na Akademii Muzycznej w Krakowie odbywały się warsztaty z bardzo dobrym fagocistą. Jedną z uczestniczek było wcale niebrzydkie dziewczę o imieniu i nazwisku dziwnie zbieżnym z tą z Makro. Ale nie, Suchoniu, przecież to niemożliwe, ta tutaj robi licencjat, na konkurs dla 4. i 5. roku średniej muzycznej nikt by jej nie wpuścił, za długo gra. Tym większe było moje zdziwienie, gdy mój profesor zwrócił na nią moją uwagę i powiedział, co sądzi. Okazało się, że w prawie polskim jest luka (niejedna zresztą) i osoby, które przerwały edukację w średniej muzycznej w 4. i 5. klasie, nieważne co z nimi potem się działo, czy olały muzykę, czy studiują na akademiach muzycznych tego świata, wg kryteriów przyjęcia do tego konkursu jak najbardziej mogą brać udział, bo mają ukończone jedynie 3 czy 4 lata średniej psm. Pozostawiam do przemyśleń, a o tym, jak bardzo liczy się wygląd na scenie i to, skąd jest przewodniczący jury, pominę.

Koniec jęczenia, bo mi dzisiaj nie idzie.

Zespół Deep Purple wydał w 1971 roku album "Fireball". w 1996 roku wyszedł remaster z okazji 25, rocznicy wydania, na którym utworów bonusowych jest więcej niż płycie właściwych. Między innymi to nagranie. Powołując się na dochodzenie redaktora z Radia Kraków mogę napisać, że członkowie grupy po prostu się narąbali i urządzili sobie taki jam. I wiecie co... chciałbym tak grać, żeby nawet w tym stanie TAK grać.



Do następnego!

poniedziałek, 9 września 2013

68. Obrona humanizmu

W sali historycznej mojego ex-LO wiszą w gablotkach (ku uciesze tego starego nietoperza, który nazywać siebie nauczycielem ma w zwyczaju, a tak naprawdę to nie jest) karteluszki opisujące pokrótce zależności między dwoma profilami klasy, której to ów człek jest wychowawcą (było ich za mało, co by zrobić dwie bandy, więc matematyków połączono z polonistami i powstał dziwny potworek, mat-inf-pol-hist, lub coś bardzo podobnego). Na tych kartkach są wypisane różnego rodzaju "przekomarzanki" międzyfrakcyjne, pobrane w większości z nonsensopedii, w stylu "Humanista – niespójna wewnętrznie subkultura powstała w celu tłumaczeniu otoczeniu, że nie warto się uczyć matematyki" i w drugą stronę. I tego jednego hasła właśnie chciałbym się uczepić.

Wśród społeczeństwa utarło się opozycyjne zestawienie humanista-ścisłowiec. Tak bardzo się utarło, że jest przyjmowane za aksjomat niemalże. A ja się pytam, do ciężkiej, cholery, dlaczego?!

Prąd humanizmu europejskiego narodził się w epoce renesansu, we Włoszech. Bez zbędnego zagłębiana się, stawiał człowieka, jego uczucia, doznania w centrum zainteresowania. Homo Sapiens zaczął się interesować tym, by po prostu było mu dobrze, a także tym, co się dzieje wewnątrz niego (i biologicznie i eterycznie) Doprowadziło to wielu różnych, bardziej lub mniej udanych eksperymentów i badań. Człowiek zaczął poznawać świat będący przed, za, nad, pod, wokół, z lewej, z prawej, a nawet w nim. Wiele razy wyrywało mu się ciche, "ożesz ty...", kiedy uświadamiał sobie kolejne wiekopomne odkrycie. Nie ograniczał się przy tym do poznawania jednej dziedziny, chciał wiedzieć jak najwięcej. Taki Michelangelo Buonarotti. Nie dość, że wybitny malarz, rzeźbiarz i architekt, to do tego jeszcze poeta. Doskonały w każdej dziedzinie. Dalej, Albrecht Dürer, prócz niewątpliwego talentu malarskiego był także teoretykiem wojskowym. Mikołaj Kopernik zajmował się astronomią, matematyką, prawem, ekonomią, strategią wojskową, astrologią, był także lekarzem oraz tłumaczem. A już wszystkich bije na głowę pewien nieślubny syn notariusza i chłopki, urodzony 15 kwietnia 1452r. w okolicach włoskiego miasta Vinci. Ów człowiek był (gdy tak się pomyśli, że to wszystko może robić jeden człowiek to... ufff) malarzem, architektem, filozofem, muzykiem, pisarzem, odkrywcą, matematykiem, mechanikiem, anatomem, wynalazcą, geologiem. Człowiek witruwiański, Dama z łasiczką, Mona Lisa, projekt helikoptera, czołgu, łodzi podwodnej, podwójnego kadłuba, wykorzystanie podstaw tektoniki płyt, tysiące wynalazków, o których nawet nie wiemy, że to jego zasługa - to wszystko on jeden, sam, samiusieńki.

Podobnych im polihistorów było znacznie, znacznie więcej. Humanizm wyprodukował ludzi wszechstronnych, interesujących się każdym bez wyjątku aspektem życia człowieka. Więc dlaczego teraz uważamy, że humanista to ktoś uczący się polskiego/historii/wosu itp? Dlaczego utarło się stwierdzenie, że humaniście wręcz nie wolno lubić, interesować się matematyką/fizyką/chemią?

Jestem humanistą.

Tak, interesuję się naprawdę wszystkim po trosze. Od literatury (zarówno wchłaniania, jak i oddawania), przez astronomię, muzykę, historię, fizykę, chemię, modelarstwo, fotografię, żeglarstwo, sporty motorowe, przeróżne inne sporty, mechanikę, geografię, kulinaria, meteorologię, budownictwo, architekturę, różnego rodzaju manufaktury i zasady wytwarzania przedmiotów, kulturę i sporty dalekiego wschodu, kończąc nawet na takich abstrakcyjnych zagadnieniach jak wylewki maszynowe, zielarstwo czy produkcja nakrętek i śrub. Jest mi nawet ciężko wymieniać, w każdej dziedzinie widzę coś ciekawego, z wielu mam jakąś (bardzo nawet) podstawową wiedzę, która (na przykładzie żeglarstwa) może nie pozwoli mi opłynąć samotnie świata w kajaku, ale znam zasady poruszania się żaglówek, pewne procedury, jak np. halsówka (możliwość płynięcia w kierunku przeciwnym do wiatru), refowanie żagli czy zwrot przez rufę. Wiem co to bakburta, sterburta, bom, spinaker, rufa, rumpel i tym podobne. Nie jest to wiele, ale zawsze jakaś baza pod pogłębianie wiedzy (niezbyt wielkiej i z racji wieku i z racji ogromu wiedzy, którą ludzkość przez tysiące lat nabyła) Podobnie jest z innymi dziedzinami. Czyni mnie to, niezbyt skromnie mówiąc (ale trzeba znać swoją wartość i być odrobinę pewnym siebie, no bo co w końcu, kurczę blade), doskonałym materiałem do rozmowy :) Nie trzeba mi tłumaczyć większości podstaw pasji różnych ludzi, o których tak chętnie się przecież opowiada, a przy tym jestem aktywnym i chłonnym słuchaczem. Oczywiście, nie można dysponować wiedzą wyłącznie ogólną, specjalizacja jest, jak najbardziej, wskazana (Sam mógłbym opowiadać godzinami o muzyce (od poważnej, po bardzo rozrywkową)czy o browarnictwie i piwie), ale wszystko rozsądnie, z umiarem. Yin Yang (Azjaci to wyższa cywilizacja, ale o tym kiedy indziej).

No bo popatrzmy praktycznie. Luźna rozmowa towarzyska. (bardzo proszę się nie czepiać, że w towarzystwie się o takich rzeczach nie gada, bo po pierwsze: to jest nieźle obrazujący (mam nadzieję) sytuację przykład; po drugie, poznałem takich, co mogą). Siedzimy w knajpie przy piwie, rozmowa schodzi na... górnictwo i kopalnie (cicho być, uprzedzałem). Myślę sobie: "fajnie, przeczytałem miliony książek o halicie, zarówno historycznych jak i stricte technicznych, o wydobyciu soli wiem wszystko, byłem nawet w kopalni w Wieliczce, a nawet - szacunek dla mnie - w Bochni i Kłodawie. Wiem o tym naprawdę wszystko, nikt mnie nie zagnie, pokażę swoją erudycję, zyskam szacunek..." et cetera, et cetera. Tymczasem rozmowa schodzi na... wydobycie węgla kamiennego. O którym nie wiem absolutnie NIC. I jedno i drugie to kopalnia, z jednego i drugiego wywleka się ciężkie kloce minerałów na powierzchnię, jednak technika ich wydzierania Mateczce Ziemi, zagrożenia z tym związane, warunki pracy i wiele innych czynników różnią się diametralnie. Siedzę więc cichuteńko, tyle mając do powiedzenia, co karp w wigilię, otwierając tylko co jakiś czas usta, wiercąc się niespokojnie na swoim miejscu i wypatrując z utęsknieniem zmiany tematu. Tematu przecież tak pokrewnego z moim konikiem, jak tylko się da, ale jednak - mi obcego.

W wiedzy ogólnej nie ma nic zdrożnego, co więcej, według mnie jest wysoce wskazana, by móc szczęśliwie i spokojnie egzystować socjalnie. Jest jednak jeden warunek. Nie może to być wiedza ogólna nabyta w polskich szkołach państwowych. Odpuśćcie sobie. Pół życia uczymy się o jakichś aparatach szparkowych, fagocytozach, fazach replikacji DNA, a pójdziemy do lasu i nie rozpoznamy nawet gatunku drzewa, które mijamy piąty raz, próbując odnaleźć drogę do domku, nie umiejąc określić nawet azymutu mimo oczywistych znaków dawanych nam przez naturę i nawet nie domyślając się oczywiście, że te śliczne, tak duże i smaczne jagódki, które zjedliśmy chwilę temu zdążyły już wydzielić całą atropinę a za najdalej parę godzin zostawią jedynie poskręcane, stygnące zwłoki na środku tej idyllicznej polanki, gdzie fruwają motylki, ptaszki ćwierkają a słonko prześwieca przez rzadsze korony drzew, rzucając przepiękne snopy światła na zieloną, soczystą trawkę.



To chyba najdłuższa moja notka w historii (nie liczę opowiadania). W końcu satysfakcjonująca moje chorawe ambicje, w końcu taka, której pisanie zajęło mi więcej (oj, znacznie więcej) niż dwadzieścia minut. Mam nadzieję, że się podobała. Blog ten w ogóle powoli zamienia się w zbiór felietonów (wpływy panów Andrusa i Kresa), ale podoba mi się ta transformacja. Bo w sumie dlaczego by nie?

W CKM dzisiaj, jako że poziom notki (mam nadzieję) wysoki, to też wypadałoby coś podobnego umieścić.

Jako że odbieram ten post jako swego rodzaju święto, przełamanie, to utworki dzisiaj będą dwa. Pierwszy to wyraz mojego sprzeciwu wobec komercjalnemu podejściu do czegoś, co tylko może spodobać się szerszej niż predestynowana grupie odbiorców. Taką politykę stosuje u nas radio RMF FM, puszczające w kółko jedną piosenkę (często całkiem nie najgorszą, vide: Enej) AŻ DO PORZYGU. Jechać busem godzinę i słyszeć to samo razy trzy? Toż oni by mi nawet Queen obrzydzili. Ale do rzeczy.

Każdy zna "Nothing else matters". Każdy, choć trochę osłuchany w normalnej muzyce rzyga "Nothing else matters". Każdy umie zagrać "Nothing else matters". Ja też do wszystkich tych grup się zaliczam. Ale...

Zespół nazywa się Iron Horse, pochodzi z USA, gra muzykę bluegrassową (dla niezorientowanych: taki amerykański folklor: szybkie banjo, skrzypce, prosta rytmika), powstał w roku 2000 i gra covery. Covery największych tuzów, jak Metallica, Led Zeppelin, Black Sabbath, czy na przykład Black Label Society. No i... umieją chłopaki grać. A nawet trochę śpiewać.



Natomiast druga piosenka to mistrzostwo. Zarówno w oryginale jak i wersji panów z Alabamy. Swoją drogą, również rozklepana niczym Andrzej Gołota po walce z Lennoxem Lewisem. Ale to nie szkodzi. Bo jest jedną z najcudowniejszych piosenek kiedykolwiek napisanych.



Trzy godziny pisania, nieprędko chyba będzie mnie stać na podobny zryw. Do następnego!

czwartek, 15 sierpnia 2013

67. Einer Legende tod.

W (pa)górach był, w doborowym towarzystwie, w pięknym miejscu, ale nie powie gdzie, bo wszyscy tam się zjadą. Może jedynie pokazać lokum, które wyglądało tak:



Chętnie pojechałby jeszcze raz.

A dzisiaj znowu ponarzekamy.

Volkswagen Garbus. Zaprojektowany przez Ferdynanda Porsche na polecanie niejakiego pana Adolfa. Samochód dla ludu, jak sama nazwa wskazuje, najdłużej produkowany samochód w historii motoryzacji (1938-2003, z taśmy w Osnabrück, Wolfsburgu i wielu miejscach na świecie (m. in. Puebla w Meksyku) zjechało ponad 26 milionów tych jeździdeł.

Samochód ten,zaprojektowany przez jak by nie patrzeć, wizjonera, stał się (o, ironio) symbolem pokoju, emancypacji (obok tak zwanego "ogórka"), pojazdem ludzi miłujących miłość wszelakiego rodzju, nie wojnę.

W 1997. roku korporacja VW postanowiła zbić nieco hajsu na legendzie i wypuściła na rynek VW New Beetle. Spoko, rozumiem. Nowoczesne autko, stylistyką BARDZO nawiązujące do pierwowzoru. Koszmarnie drogie i niepraktyczne. No ale było.

Ale nie tak dawno, VW wypuścił kolejną generację Beetle'a. Brzydkie toto jak noc listopadowa, nikomu do szczęścia niepotrzebne, drogie, no i przed kilku laty już było odświeżenie legendy. A ta paskuda na co komu potrzebna? Tylko dla nabicia kabzy grupie VW.

Jakby tego wszystkiego było mało, to reklama ukazuje całą prawdę o tej niemieckiej korporacji. "FLOWER POWER". Pozostawiam bez komentarza.

Czy ja już mówiłem, że tracę pazur? Nawet ponarzekać porządnie nie umiem :(

Piosenka dzisiaj jest wybitnie spokojna, wręcz zamulająca. Ale bardzo ładna. Wyciszająca. No i dęte solo :) Za pokazanie dziękujemy dzisiaj Zuzie :) Live jest lepszy od wersji studyjnej, a to, jak podkreślam zawsze, kiedy tylko mam okazję, prawdziwa rzadkość i perełka.



Do następnego!

czwartek, 25 lipca 2013

66. Termit

Oduczyłem się pisać. Patrzę na tego bloga, na posty z początku i widzę tam innego człowieka. Jakiegoś takiego z większą werwą, wigorem, jajem, bardziej wesołego, a przede wszystkim, potrafiącego z grubsza wyrazić to, o co mu chodzi. Jakiś taki piśmiennie bardziej ogarnięty był. Pióro mi się stępiło :/ Nie jest dobrze. Ktoś ma jakieś pomysły, co by tu z tym zrobić? Twardy reset szpadlem przez łeb?

Nie rodziłem nic, wstyd się przyznać, z lenistwa. Ale też (w jakichś 15%) właśnie z powodu braku certyfikatu jakości wystawionego własnej pisaninie. Praca, kąpiel, jakaś książka, czasem wypad na basen albo na plażówkę, jeśli jeszcze mam siłę, raz na czas leniwe popołudnie nad Wisłą. Tak upływa mi czas. Na studia złapałem się bez żadnego większego problemu, choć i tak przez chwilę była nerwówka, bo Michasiowi nie chciało się wpłacić piniążka za rekrutację dzień wcześniej i był strach, czy przelew zdąży dojść. Powodem znowu lenistwo... Ech... Niech mnie ktoś kopnie w zad.

Konie to mądre stworzenia są. W pracy ogarnęła mnie fascynacja żeglarstwem (szef-znajomy jest zapaleńcem), oraz, w nieco tylko mniejszym stopniu, końmi. Mądre bestie. Dzisiaj szef pojechał gdzieś i w ogóle miał urwanie głowy, zostałem sam. Zrobiłem sobie krótką przerwę, polazłem do koni (sztuk: dwie). Zwykle podchodziły się przywitać, tym razem większy bez zbędnych ceregieli zaczął mnie popychać i szturchać. Dałem się mu tak prowadzić przez jakieś 20 metrów, do wanny w funkcji koryta z wodą. Tam stanął, schylił łeb i tak mnie nim "tyknął", jakby czegoś chciał. Patrzę do koryta, a tam suchutko. Poleciałem nalać im wody, nalałem, wypiły jeszcze prosto z węża. Ot, zmyślne stwory.

Piosenka dzisiaj zasłyszana w radiu. Niespecjalnie lubię Deep Purple, ale uwielbiam ich (niestety niedawno zmarłego) klawiszowca, Jona Lorda. No i... naprawdę dobra piosenka. Pochodzi z albumu "Machine head" z roku 1972.



Do następnego (obiecuję, że dłuższej przerwy w skrobaniu już nie będzie)!

czwartek, 30 maja 2013

65. Ale jak to tak, że już?

Dziwne to uczucie, nie musieć chodzić do szkoły. Jakoś tak... no dziwnie no. Ale z drugiej strony... 4 miesiące wczasów piechotą nie chodzą (a raczej by nie chodziły, bo muzyczna trwa normalnie, do końca czerwca, hurra!). 6 koncertów i cały semestr z (tfu) historii muzyki. Damy radę.

Muszę się pochwalić sławą nadchodzącą w najbliższym czasie (znaczy wtedy, gdy tylko google obrobi nowe mapy do street view). Staliśmy sobie po maturze przed szkołą w trójkę, kiedy na horyzoncie pojawiło się COŚ. Wyglądało jak Opel Astra IV (czym faktycznie było), ale na dachu miał jakąś dziwną kulę-szpiegulę. Przejechało toto koło nas, uwieczniając nasze facjaty zastygłe w wyrazie Shreka i Osła po obejrzeniu Duloc komerszyl. Będziemy sławni!!! Szkoda tylko, że gugl zamazuje twarze i rejestracje, ale ci, co te zdjęcia będą obrabiać, na pewno będą mieli niezły ubaw.

Zostałem też ostatnio przejechany przez samochód. Nic specjalnego, gdyby nie to, że był to McLaren. Oglądałem sobie spokojnie z koleżanką Małgosią Gumball (coroczny wyścig takich, co to mają za dużo i czasu i pieniędzy (podobno gdyby się sprzedało wszystkie auta z tegorocznej edycji, można by wyciągnąć Grecję z całego długu)) w Krakowie (ścisk, jak cholera, przejeżdżali przez tłum na milimetry, rozpychając się zarąbiście drogimi zderzakami i zarąbiście drogimi lusterkami), kiedy tuż przed McLarenem zostałem przez kogoś z tyłu delikatnie pchnięty i wskutek tego na moim prawym czubku buta pozostał czarny ślad po oponie owego cuda. Błogosławieństwo owocu brytyjskiej myśli technicznej noszę zawsze ze sobą :D

W CKM-ie dzisiaj stali i chyba najczęstsi goście. Wstyd pomyśleć, że tej jednej z najpiękniejszych ich piosenek (pretendującej nawet do najwyższego miejsca na podium) jeszcze tu nie było. Skandal, prędziutko się poprawiam. Zamieszczam wersję z tekstem, bo jest ważny, a wersja z teledyskiem jest bardzo ładna, ale ucięta. Jeśli ktoś chce zobaczyć, nie ma żadnego problemu.



Wydana na płycie "A kind of Magic" w 1986, napisana przez gitarzystę Briana Maya do filmu "Nieśmiertelny". Nic więcej nie piszę, bo mi ciarki chodzą po plecach. Do następnego!

środa, 8 maja 2013

64. Kołomyja

Jestem prorokiem. Przepowiednia pogodowa mi się sprawdziła, dzisiaj odparowały ze mnie chyba wszystkie wody. W dodatku nie oddałem książki do biblioteki szkolnej przed zakończeniem roku. Przedwiośnia. A co było na maturze? Poza tym, wracając dzisiaj z matur słuchałem przymusowo eremefu, gdzie babka wybrała jakieś tam sobie pudełko, w którym była nagroda. Dziesięć sekund przed ogłoszeniem wpadła mi do głowy myśl: "trzydzieści tysięcy". Babka wygrała...

Staję się chyba jakimś medium. Hm... W kolejnym losowaniu dużego lotka padną następujące liczby...

A sama matura... Nie taki diobeł straszny... Jakoś tak bezstresowo do tej pory, luźno i... łatwo. Za łatwo. Wyczuwam podstęp. Ale z drugiej strony, dostając 16-stronnicową knigę z wzorami matematycznymi, gdzie nawet napisali, kiedy funkcja kwadratowa ma skierowane ramiona w górę, a kiedy w dół, no to cóż. Mając to już za sobą popadłem w głębokie zdumienie, jak, do jasnej cholery, jeden na pięciu maturzystów mógł tego nie zdać?! Toż to trzeba być - pardomsik - debilem bez piątej klepki, tudzież idiotą, moronem, głąbem, pacanem, kretynem. Jeszcze polski - można by jakoś zrozumieć, nie wiem, czy jest ktoś, kto przeczytał wszystkie lektury, jakie są, można też po prostu nie mieć talentu interpretacyjnego. Ale mając pergaminy legalnych ściąg? Proszę Was.

Dzisiaj narzekam króciutko, bo w młynie, następny będzie niezły, jak wymyślę jakiś dobry temat (miałem, ale nie zapisałem, no i się zapomniało).

Dzisiaj znowu Muse. Refren dedykuję wszystkim nam maturzystom. Płyta Resistance z 2009r.



Do następnego!

PS. Jak ktoś chce zobaczyć, jak CKE chce być świętsze niż papież, to niech rzuci okiem na arkusze z Historii Muzyki.

sobota, 20 kwietnia 2013

63. Plus-minus półtorej tony ekstazy.

Przepraszam.

Tak, żyję, oddycham, mam się dobrze, jestem sprawny, zdrowy (niedawno miałem ,co prawda, ospę, ale poszła już won).

Obiecuję się poprawić.

Przyszła wiosna. W końcu. Jako że teraz wszystko staje na głowie, to za tydzień, najwyżej dwa (zapamiętajcie słowa proroka!), przywali słońcem takim, że na matury dojadą tylko parujące skwarki tego czegoś, co jeszcze niedawno było tkanką ludzką.

Koniec roku za pasem, trzeba by jakoś te matury zdać, a tymczasem w szkole muzycznej twierdzą, że poza ćwiczeniem na instrumentach nie mamy niczego do roboty i rąbnęli programem na chyba trzy godziny muzyki. Super, ale dlaczego w tym roku?!

Dawno na nic nie narzekałem. Więc chyba czas najwyższy. Ale tu potrzebne jest kilka zdjęć i małe wprowadzenie.



Moja nowa miłość. Ferrari LaFerrari (jakkolwiek idiotyczna jest nazwa, to auto jest wspaniałe). Szturmem wdarło się na szczyt mojego TOP5, które do tej pory wyglądało tak: Fisker Karma, McLaren P1, Pagani Huayra, Pagani Zonda F, Ferrari 458. Cacko to kosztuje dużo za dużo (właśnie, ma ktoś pożyczyć pięć milionów złotych do przyszłego poniedziałku?). Kolejne arcydzieło na kołach.

Tylko że co z tego, skoro takie auto, podobnie z resztą, jak cały mój top, jak i wiele innych, bardzo pięknych i bardzo drogich samochodów, nabędzie jakiś bananowiec tylko po to, by zaszpanować, po czym zaraz rozwali takie cudo na pierwszej lepszej autostradzie u naszych zachodnich sąsiadów (pełno takich filmików na Jutubie), po czym zleci złomowanie, a sami popędzi z kabzą w ręku do kolejnego salonu po kolejne auto do rozbicia, podczas gdy ci, którzy takie samochody naprawdę kochają, potrafią godzinami wpatrywać się w każdy detal, ubóstwiają ich stwórców, a także (przepraszam), leją po nogach z ekstazy na sam widok zdjęcia takiego wozu, przez całe swoje życie, okupione setkami tęsknych westchnień, nie zarobią sobie na takie coś. Krzyśku, Filipie, nie dla psa kiełbasa, jak dobrze pójdzie, to sobie co najwyżej używane A8 kupimy. Ech... Kiedy tak wpatrywałem się w zdjęcia LaFerrari, owoc 11 lat wytężonej pracy, naprawdę zrobiło mi się bardzo smutno (tak jak bym się nie miał innych problemów, ale cóż...). Świat nie jest sprawiedliwy.

Miłość do samochodów zwykle jest jednostronna (vide Alfy Romeo i ich notoryczne psucie się, co nie przeszkadza im być kochanymi przez rzeszę fanów (w tym i niżej podpisanego)). Ech...

Czas na piosenkę i gości, których dawno tu nie było, o których zapomniałem, a szczerze zasługują na miejsce w kanonie największych zespołów rockowych świata (jeśli ktoś nie wierzy w mój osąd, to pan redaktor Jerzy Skarżyński z Radia Kraków na pewno potwierdzi moją tezę). Muse. Piosenka Butterflies and Hurricanes jest singlem promującym ich trzeci album Absolution. Płyta została wydana w 2004 roku. Utwór klimatyczny, z wspaniałym solo fortepianowym w środku, tu w najdłuższej z trzech wersji (zainteresowanych szerszym opisem piosenki odsyłam tu).



No to do następnego, oby wcześniej, niż teraz.

PS. Pozdrowienia dla Karoliny K.!

sobota, 9 lutego 2013

62. Komercjalizacja śmierdzi

Długo nie mogłem chwycić weny, a jak już przyszła, to rzuciła małpa dwa tematy na raz. Ale jako że o jeden porusza kwestię wartości słowa, a coś podobnego już kiedyś wypociłem, więc, siłą rzeczy, zostaje jedna opcja: klocki LEGO.

Firma powstała w 1932 roku w Danii, produkowali między innymi różne zabawki. Pierwszy rodzaj plastikowych klocków został opatentowany i wyprodukowany w 1949r. I to jest najlepsza zabawka na całym świecie. Kupka plastikowych równoległoboków może (tak, nadal to robię) zapewnić wprost niewymierną masę zabawy. W miarę upływu czasu dodawali coraz to nowe elementy, jakieś łuczki, słupki, cienkie, płaskie, kliny, zaokrąglenia, proste mechanizmy, dzięki którym można było tworzyć prawdziwe arcydzieła architektury (jeśli się tylko miało odpowiednią ilość klocków). A ile się nieraz trzeba nakombinować, żeby minąć główną barierę ograniczającą fantazję, czyli brak jakiegoś klocka, to się nawet w głowie nie mieści. Nieraz zajmowało mi to ponad 15 minut, a jaka satysfakcja, jak się w końcu coś wymyśliło! Kreatywność!

Nieco później zapoznałem się z "technikami", nigdy nie miałem ich za dużo, bo były i są szalenie drogie (np słynny zestaw 8880, obiekt westchnień większości moich rówieśników, którzy się Lego bawili osiąga na allegro ceny ok. 800zł). Tu często wyzwanie może przerosnąć budującego. Coś wspaniałego!

Ale od pewnego czasu można zaobserwować koszmarny wręcz wzrost liczby zestawów tematycznych (mniej więcej od pierwszego bionicle wymknęło się to całkiem spod kontroli) i zaczęły powstawać typy klocków dedykowanych tylko i wyłącznie do jednego zestawu, który można złożyć i postawić na półce. Te kawałki, owszem, można łączyć z innymi, ale wygląda to kretyńsko (dawniejsze kombinacje wyglądały zawsze dobrze, jeśli się tylko miało odrobinę artyzmu). Nawet czasem wcale się da. W pogoni za klientem Duńczycy zatracili największy atut swojego produktu - możliwość zbudowania WSZYSTKIEGO z kupki równoległoboków. Teraz klocki LEGO, dawniej cudowne pożeracze czasu, mówiąc trywialnie, kolokwialnie i brzydko, trącają siusiakiem :(.

Za inspirację dziękuję Paulinie :)

W CKM dzisiaj Megan Fox... eee... coś dla cierpliwych :)



Zespól pochodzi z Niemiec, ich historia zaczęła się w 1979 roku, przy czym zmieniali nazwę dwa razy i wielokrotnie skład, ta piosenka pochodzi z roku 1987, z płyty Keeper of the Seven Keys part 1, która to podobno zdefiniowała Power Metal na długie lata. Piosenka pełna energii mimo że długa, z wpadającym w ucho refrenem. Troszkę śmierdzą Iron Maiden, ale nie do końca. Według mnie są lepsi. Smacznego!

Do następnego!

czwartek, 17 stycznia 2013

61. Powodz... -Nie chcę!

Ciężki maraton weekendowy już za mną. Studniówka, powrót do domu o czwartej, chwila snu, żeby lecieć jak z piórem do sztabu WOŚP, by o ósmej, spóźniony o dwie godziny rozpocząć całodzienne siedzenie, liczenie, myślenie, pilnowanie, okraszone na koniec wieczornym graniem na koncercie. Ufff... Jakoś przeżyłem.

Nazbieraliśmy w naszym małym Gdowie i okolicach 43.960,64zł. W tym roku była już Ameryka. Nawet nie wiedziałem, jak zwykła, mała, prosta maszyna do liczenia bilonu potrafi ucieszyć. Zwłaszcza, gdy biedni wolontariusze przynoszą worek, w którym jest 65 złotych w 1-, 2-, i 5-cio groszówkach. Musieli zbierać nasze westchnienia i okrzyki dezaprobaty (maszyna liczy, ale nie sortuje, więc trzeba było to jednak zrobić ręcznie). Chwila ulgi, by od następnej grupy dostać... 15 letni dorobek jakiegoś faceta, czyli 118zł z hakiem w tych samych nominałach. Fuuuuuu!

Chciałbym poruszyć dzisiaj sprawę, którą możliwe, że już poruszałem. Nasze narodowe "nie-dziękuję".Strasznie to głupie. Po co to-to? Żeby nie zapeszyć, gardzimy czyjąś dobrą wolą? Ktoś nam dobrze życzy a my pokazujemy mu mentalny tyłek i odmawiamy jego szczerych życzeń. Toż to skrajna arogancja! Phi! Ja z tym wśród znajomych walczę i wszystkim polecam to samo.

Zainspirowane dzisiejszą rozmową z Klaudią (tylko mi się, proszę, nie obrażaj, na blogu zawsze piszę dość radykalnie, żeby przerysować zjawisko).

A w muzyce, dzisiaj czas na coś filmowego. Animacja pochodzi z roku 2011., bardzo mi się spodobała. Trio skądinąd znane (Verbinski, Zimmer, Depp) zrobiło kawał dobrej roboty. Moja zamaskowana miłość do muzyki meksykańskiej (czyż to nie piękne zestawienie, dwie gitary, akordeon, trąbka i czasem jaki smyczek do smaku?) i westernowej (zwłaszcza z tym potężnym, z lekka patetycznym nadęciem Zimmera) eksplodowała potężnym wulkanem namiętności :). No i głos Johnny'ego... Kobiety się nim zachwycają, ja ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że chciałbym być nim, jeśli nie miałbym być mną. Czas na jakiś konkret, więc prosię :)



Jeśli komuś się podoba, zachęcam do posłuchania całości (youtube):
utwory 1-8
utwory 9-17
utwory 18-20 (przepraszam za jakość)

Do następnego!

niedziela, 30 grudnia 2012

60. Wiadomości lokalne

Wielki (z mojej perspektywy) powrót. Po świętach, niemałym rozczarowaniu "Hobbitem" i trzech godzinach wymyślania tematu na tego posta (dalej go nie mam), wracam. I w sumie nie bardzo wiem z czym. No to tak, w telegraficznym skrócie:

Festiwal "zastaw się a postaw się", festyn obżarstwa, czyli święta w naszym komercyjnym, postmodernistycznym wydaniu zakończyły się. Na oklaski zasługuje aura, która wybitnie podkreśliła ten szczególny dla niektórych okres. Niektórzy wiedzą, że jestem materialistą, skąd więc ten sceptycyzm? Lubię jeść i lubię prezenty (kto nie lubi). Ale to można robić bez żadnej okazji. Materializm niejedno ma imię, a takie podszywanie go duchową otoczką jest błe. Coś, co kiedyś było przeżyciem duchowym okraszonym symbolicznymi uroczystymi kolacjami i drobnymi upominkami zostało przez przedmioty całkiem pokryte. Teraz tylko zasłaniamy się świętami po to, żeby się nażreć. Na pewno nie wszyscy, ale taki obraz społeczeństwa serwują nam media i sporo osób to kupuje. Wyszło to bez ładu i składu, nic dzisiaj (i w najbliższym czasie) nie poradzę, że nie mogę się odpowiednio wysłowić, mam nadzieję, że ktoś mnie zrozumie.


Dziura w ziemi, o której pisałem kiedyś, dalej straszy, ludzie dalej łażą.


Pogoda taka zimowa, że magnolia wypuściła liście.


"Hobbit" jest zły. To już tylko pogoń za pieniądzem a nie chęć zrobienia filmu ładnego, czarującego i (jakkolwiek dziwnie to brzmi) małego.


Polacy nie umieją jeździć. 100 metrów przed zakrętem ja i kierownik przede mną zostaliśmy wyprzedzeni przez Skodę Octavię. Panu kierownikowi mało nie urwał przodu, bo się połapał, że zza zakrętu coś wyjeżdża. Wszystko na niezabudowanym, więc przy znacznych prędkościach. Gratuluję.


Pogląd na zimę diametralnie zmienia się wraz z uzyskaniem prawa jazdy. Teraz chcę już tylko raz, może dwa razy na narty i wiosnę


Nie, nie mam chandry, po prostu tak jakoś ponuro wyszło :)



Jeśli ktoś szukał muzyki z reklamy Żywca, to niech już tego nie robi.

Piosenka pochodzi z albumu "Manhay", a jej nazwa od belgijskiej prowincji o tej samej nazwie (z Belgii pochodzi zespół). Krążek wypuszczony został w 2009r.



Do następnego (oby szybszego)!

wtorek, 4 grudnia 2012

59. Śluuuuurpf!

Drugi post w tygodniu. Coś mi się dzieje. Ale to chyba dobrze się dzieje.

Byłem dzisiaj u wampirów. Wyssali mi 450ml krwi. Pierwsze wrażenie po wejściu do RCK (nawiasem mówiąc, znajdujące się na ulicy Rzeźniczej :)): Prawie jak MORD. poczekalnia, rejestracja, ludzie równie "mili". Przychodzisz do takich dobrowolnie, chcesz im oddać część siebie, a oni do ciebie jak do ostatniego drania. Robią testy, wypełnia się ankietę, a procent zdawalności (dopuszczenia do upuszczania) taki sam. Z dziewiątki, która się tam wybrała, dopuścili z nas trzy osoby. Drugie pierwsze wrażenie (siedząc, a właściwie pół-leżąc na niesamowicie wygodnym szezlongu), o ja pier... jaka ta igła wielka! Suchoń, ty idioto! Uciekaj! Na szczęście panie robią to profesjonalnie i prawie nie było czuć tego wielkiego kawała żelastwa gmerającego w mojej żyle. Szybciutki, bo 5-minutowy spust do worka i mogłem cieszyć się wolnością i niższą wagą. Fajnie. Suchoń - RCK to chyba coś więcej, niż przelotna znajomość :) Za 2 miesiące powtórka.

Krótko, bo krótko, ale cóż. Teraz CKM. W tym miejscu chciałbym o czymś poinformować. Otóż najbliższe CKM-y będą brzmiały muzyką London Symphony Orchestra, a także musicalami "Hair" i "Jesus Christ Superstar", może jeszcze czasem "Grease". No to zaczynamy:



Do następnego!

sobota, 1 grudnia 2012

58. Co, (...), ja nie skoczę?

Weekend leci za weekendem, dopiero się rok szkolny zaczął, a tu już, cholera, grudzień. Zwariować, kurdelebele, można. Tak samo dzisiejszy dzień. Pobudka o 7, wyjazd do Krakowa, chwila łażenia po sklepie, próba, druga próba, powrót do domu i jest 15:30. Dopiero teraz chwila wytchnienia przy węgierskim koncercie Queen.

Nawiązując do tematu, my, Polacy to strasznie dziwne kreatury jesteśmy. Wysiadłem dzisiaj z tramwaju linii 3. Zanim znalazłem przejście dla pieszych, prawie wszyscy przeleźli przez ulicę w sposób nie do końca legalny, przekraczając łańcuch i biegnąc na oślep, bo głowa zajmuje się wypatrywaniem straży miejskiej. Nieco później, idąc plantami, napotkałem barierę zabraniającą ruchu pieszego na jednej alejce. Irytujące, ale trudno, widocznie mają jakiś powód, idę naokoło. I gdy tak sobie nadkładałem drogi, patrzę, że ta alejka to w istocie istna autostrada dla pieszych. Na nic barierki zasłaniające całe przejście, bo można je obejść po trawie. Ba, nawet pewne panie przecinały 50 (pięćdziesiąt) metrów dzielące dwie RÓWNOLEGŁE barierki, byle tylko iść tamtędy. Kiedy w końcu obie obie ścieżki się zeszły, moim pięknym oczom ukazała się dziura ło taka łogromna (rozkłada ręce od ściany do ściany). No i co? Tu dziura taka, że Australię widać, a ludzie łażą, jak po Tokio w godzinach szczytu. A jak cóś wpadnie, to co? Kto będzie odpowiadał? Pewnie miasto, albo wykonawca, bo ktoś wpadł. A po co to-to tam lazło, jak nie wolno?

Naszą naturę całkiem nieźle oddaje ten dowcip:

Samolotem leci Polak, Rosjanin i Niemiec. Nagle pojawia się diabeł, otwiera drzwi i mówi do Niemca:
- Skacz!
- Nie! odpowiada.
- To rozkaz! Niemiec skoczył. Następnie diabeł odwraca się do Rosjanina i mówi:
- Skacz!
- Nie!
- Za Mateczkę Rosję! - Rosjanin skoczył. Nadchodzi kolej na Polaka.
- Skacz!
- Nie!
- To rozkaz!
- W życiu!
- Za Polskę!
- Za co?
- No to nie skacz - Polak skoczył.

Nasza cecha narodowa to ta nieznośna przekora i wrodzona upartość, by zawsze łamać zasady, bo "są głupie i nieprzemyślane". Jasne. My wiemy lepiej. Podczas rodzinnego oglądania F1 nagle wszyscy są takimi ekspertami, że z palcem w... Z zawiązanymi oczami założyliby podwójny dyfuzor do Cinquecento. Albo ktoś, kto widział każdą sytuację lepiej niż sędzia, który był tuż obok, mimo, że na nosie +8 dioptrii. Jesteśmy najmądrzejsi na świecie. A efekty tego widać na drodze. Przecież tą pięćdziesiątkę jakiś idiota tu postawił, spokojnie mogę 90. A potem drapiemy ich żyletkami. Życiem wielu polaków kieruje maksyma przytoczona w tytule, często z wypełnieniem nawiasu o dodatkowe, ciepłe i jakże głęboko w nas zagnieżdżone słówko.

Czas na CKM. Każdy zna zespół, piosenkę, myślę, też, ale mix ciekawy :)



DO następnego!

sobota, 24 listopada 2012

57. I po krzyku

No i próbne z głowy. Na wstępie chciałbym pogratulować naszemu geografowi, który wspaniałomyślnie nie poinformował nas (około 10 osób), że w piątek zamierza zrobić operonowską próbną z geografii. A, pardomsik, powiedział. Jednej osobie. I ona ta osoba sobie poszła pisać. Gratuluję, niniejszym.

Swoją drogą, żeby nie zdać podstaw, to trzeba albo mieć ogromnego pecha, albo być - co tu owijać w bawełnę - idiotą. Na przykład taka matematyka. Dostając te 8 pergaminów zaćkane wzorami nie uciułać tych nędznych 30%? Jeszcze jakimś tam usprawiedliwieniem może być to, że to teraz, gdy kończy się jeszcze materiał, coś można pozapominać. Ale w maju po paru miesiącach ciągłych powtórek? Jesteśmy największymi leniami na świecie.

Zdałem sobie techniczny z fagotu. 22 punkty. Takiego egzaminu jeszcze nie grałem. Z dwóch gam i kombinacji na ich temat zagrałem połowę jednej. Zamiast dwóch etiud grałem jedną. A a vista (dla laików: dostajesz jakieś tam nuty, drapiesz się po głowie, przeklinasz swój nędzny los i grasz)? Zapomnijcie. Tak to fajnie jest, jak się kierownikowi sekcji gdzieś spieszy :).

Obrałem kurs na studia. Przyjemne uczucie, wiedzieć, co ze sobą robić dalej. I nazwa jakaś taka lepsza, INiB UJ, a nie, jak na przykład (pozdrawiam Kubę) Wydział Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

CKM. Mam problem. ostatnimi czasy nazbierało się za dużo dobrej muzyki na raz, a nie chcę już wlepiać po kilka piosenek na raz, bo to traci sens, a nieliczni czytelnicy chęć słuchania wszystkiego. Muszę pomyśleć.

Mam.Inspiracja muzyką u Anonimki. Utwór pochodzi z gry Mirror's Edge i w zasadzie tyle o nim wiem. A! Ładny jest.



Do następnego!

sobota, 3 listopada 2012

56. Back in 50's (chcę!)

No tego już za wiele. Idę sobie chodnikiem, latarnie świecą, jasno, a jakiś frajer z przeciwka i tak świeci mi długimi po gębie. Głupich nie sieją.

Pierwsza przygoda za kółkiem zaliczona :) Na skrzyżowaniu w mojej wiosce (dość ruchliwym, trasa przelotowa) skręcam sobie w prawo i wciskam hamulec, żeby puścić pieszych. A tutaj nagle dup! Noga z pedałem wpadła mi po samą deskę :) Hamulca tak 5-10%. Dobrze, że nikogo nie rozjechałem :)

Chcę do lat 50. Chcę pojeździć tamtymi krążownikami szos, jak Chevrolet Bel Air, Ford Galaxie, Thunderbird, Hudson Hornet, I inne potężne Plymouthy, Dodge, Fordy, Lincolny, Chryslery, Mercury, Chevrolety... Ech... No, ale popatrzcie. Czyż nie warto tak wzdychać?


Plymouth Fury z 1957. roku. Kto co-nieco jest oczytany, rozpozna go z łatwością. Stephen King i jego niezapomniana "Christine", sfilmowana przez J. Carpentera.

Albo taki. Tu komentarz jest, myślę, zbędny.


Mam takie marzenie... ściągnąć jakieś takie cacko z Kuby (będzie ciężko, ale taniej, niż z Ju Es Ej) i tchnąć nowe życie w takiego trupa. I zbankrutować wydając wszystko na paliwo. Ech...

A skoro takie klimaty mamy, to i piosenka musi się wpisać w kanon :) Utwór powstał w 1956 roku w Connecticut. Boysband nazywał się "Five Satins". Parę lat później powstał cover stworzony przez grupę Boyz II Men i jest popularniejsza, nawet nasi Audiofeels (Chór UAM w Poznaniu, nawiasem mówiąc, najlepszy wg mnie chór w długiej i szerokiej Polsce) zrobili swoją wersję tej wersji, ale co oryginał, to oryginał :)

No to gramy...



Do następnego!

sobota, 13 października 2012

55. Zgaś pan tę lampę!

Idę Wam ja sobie z pieskiem na kupkę (piesek, nie ja). Ciemno, latarni w jednym takim miejscu nie ma. Zazwyczaj tam piesek staje i coś robi. A z przeciwka samochód. JA kulturalnie wyciągam telefon, odblokowuję, świecę, że jestem i dobrze by było, gdyby mnie nie rozplackował. I wtedy... Bach! Matko Bosko, UFO istnieje! Porywają mnie! Nie chcę być badany! A nie, to ten debil włączył długie.

Kretyński zwyczaj kierowców. Dawać pieszemu długimi po oczach, że niby słabo go widać. Jeszcze krótkie błyśnięcie przejdzie, ale kiedy gość włącza reflektory 200m ode mnie i dojeżdża tak aż do mnie, to mam ochotę rzucić coś na maskę. A kiedy jeszcze świecę telefonem, żeby było mnie widać (testowałem, widać), to mam ochotę roznieść w drzazgi wszystko, co wpadnie mi w ręce.

Jako że jesienią zwykle więcej rzeczy nas boli, to dodam jeszcze coś.

Historia z wczoraj: Wchodzę do Urzędu Miasta Wieliczki w celu zapłacenia haraczu za otrzymanie prawa jazdy. Kolejka do kasy - 10 minut. Tylko po to, żeby babka powiedziała, że muszę iść do pokoju nr 1, żeby pobrać jakiś papier. Ok, w porządku. Kolejka do pokoju nr 1: 15 minut. Wchodzę, legitymuję się, biorę ten świstek i z powrotem do kasy. Kolejka do kasy: 10 minut. Po "uiszczeniu opłaty komunikacyjnej (84zł) i opłaty skarbowej, czy jakiejś tam (0,50gr, ale musi być osobno na papierze) powrót z potwierdzeniem zapłaty do pokoju numer 1. kolejka? A pewno, 10 minut. CZY TO JEST NORMALNE?

CKM. The Beatles, rok 1968, Biały Album. A mówią, że to Doorsi są psychodeliczni.



Do następnego!

czwartek, 27 września 2012

54. ...i nawet księżyc dziś dupą do nas świeci

Choróbsko przechodzi. powoli, ale przechodzi. W klasie w porywach do 10 osób. Jedna jedna-trzecia na wycieczce, druga jedna-trzecia nie wiadomo gdzie, a trzecia jedna-trzecia musiała siedzieć w szkole i nudzić się, jak mopsy, bo nic się nie działo. No i siedzieliśmy jak te śląskie dzieci na hałdzie (od razu prostuję, nie mam nic do Ślązaków, jesteśmy sobie nawzajem potrzebni, ale o tym innym razem).

Wracałem dzisiaj z koleżanką z dawnej, gimnazjalnej klasy busikiem do domu. Gadka-szmatka, zeszło na wspólnych kolegów i koleżanki. No i jestem wstrząśnięty (a nawet zmieszany). Otóż, opowiadała mi o jednym takim, co zawsze był, co tu dużo mówić, wiejskim zabijaką :) Łysy, zawsze pokancerowany, zero kultury, zero wiedzy, liczyły się fajki, libacje, przekleństwa, popisy na lekcjach przed fumflami i tym podobne. Znacie ten typ. Otóż kolega ów ostatnio został spotkany przez ww. koleżankę. I co? Gość czyściutki, pachnący, ubrany, rozmawia jak człowiek. Zdał prawko, jedzie do Niemiec pracować na samochód. Nie uwierzyłbym. Drugi podobny również wyszedł całkiem na ludzi.

Natomiast szmacą się wszystkie wzory cnót z gimnazjum. Wszyscy święci stłukli swoje aureole, pokazali palec i poszli na bibę. Z osób palących w liczbie mniej-więcej pięciu na trzydzieści, zostało troje-czworo NIEPALĄCYCH. Dramat. O tym, jak często ci ludzie są w stanie upojenia alkoholowego i co potrafią wyprawiać, szkoda nawet pisać. Przykładowo, rzucają sport na rzecz fajek, alkoholu i imprez. Szkoda.

Trzymają się ci, co byli jakby po środku, w tym i ja. Nie byłem aniołkiem, czasem nawet w gimnazjum mieli ze mną sporo problemów, mniej i bardziej poważnych (za jedną sprawę mógłbym nawet odpowiadać prawnie), ale generalnie wiedziałem, kiedy powiedzieć "basta". Teraz też tak jest. Pójdę na imprezę, wypiję, ale bez szaleństw (delikatne odstępstwa od reguły, które co poniektórzy mogliby mi wytknąć, owszem, zdarzały się, ale nikt nie jest doskonały). Podobnie kilkoro tych znajomych.

Postrzeliła mnie myśl, że tym kozakom już się wyskoki znudziły, natomiast ci, którzy dawniej byli święci, teraz zachłysnęli się "wolnością". Pozostaje mieć nadzieję, i tego im życzę, żeby im się też w końcu odmieniło. Gdyby ktoś mi podał taki scenariusz kilka lat temu, to bym go wyśmiał i wysłał do pedagoga :). A kolega Patryk (który jeszcze w podstawówce przewidział, że Vettel będzie mistrzem świata) mówił: zobaczysz, oni (kozaki) jeszcze wyjdą na ludzi. I co? Świat na głowie nam staje i nawet księżyc dziś dupą do nas świeci, jak już rzekłem wcześniej.

Koniec smętnych rozmyślań, za materiał do refleksji dziękujemy dzisiaj Oli. Czas na piosnkę. A tu... Jak by mnie kto nie znał, to by pomyślał, że jestem totalnym bezguściem muzycznym. Ale będę tego bronił krzesłem, nogami, rękami, będę pluł, gryzł, drapał, bił i kopał. A dlaczego? Bo to dobra piosenka jest. Przede wszystkim chwytliwa, skoczna, bogata muzycznie (posłuchajcie głośno, akordeonista jest naprawdę niezły). Chórki, rytm, instrumentarium, wszystko tam gra :). I nawet całkiem dobrze zaśpiewana. Jasne, że naiwna, ale czego wymagać od hitu na lato. Ale przede wszystkim siada w głowie i nie chce wyjść. A to recepta do rozpoznawalności. Wydane toto było w styczniu 2011 roku w Brazylii, a na świecie w kwietniu i błyskawicznie zawojowało praktycznie całą Europę. Holandia, Szwajcaria, Francja, Włochy, Luxemburg, no i oczywiście Polska. Tam to był (i chyba nadal jest) hicior numero uno.

Dobra, dajmy Gustawowi zaśpiewać ;)



Do następnego!

Tytuł: twórczość własna, dość spontaniczna, ale mi się podoba :)

wtorek, 25 września 2012

53. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć... światła :(

Egzaminek za pasem, trzymajcie palce (mogą być nawet swoje). Za równy tydzień stawiamy czoło żywiołom na krakowskich równych, szerokich, przestronnych i pustych drogach.

I znowu mnie irytują. Tym razem banda "odzawszowców". Przecież od zawsze byli fanami Paktofoniki, co się czepiacie? Ciekawe, że zanim nie powstał film, o tym zespole pamiętali jedynie nieco starsi młodzi i prawdziwi fani polskiego hip-hopu, a teraz każdy gimbus (nie cierpię tego słowa, ale pasuje tu wprost idealnie) zarzeka się, że zawsze ich słuchał. Wielcy fani, którzy tydzień temu nawet nie znali zespołu, teraz dadzą się pokroić za Paktofonikę. Sam nie wiem, co grają, na razie nie zamierzam się dowiadywać. Melodeklamację akceptuję jedynie w postaci serwowanej przez Rage Against The Machine i Franka Kimono.

Swoją drogą, podobno chłopaki byli nieźli. Ale kto mnie czyta, wie, jaki mam stosunek do samobójstwa, także nie poruszam więcej tematu.

Choruję. W nosie powstały mi wodospady Iguazu, natomiast w gardle obozem rozbili się harcerze i rozpalili ognisko. Trochę dupy, nie zaradni ludzie, bo ognisko małe, ale jednak trochę pali.

Swoją drogą: Kto to są harcerze? To Banda dzieciaków ubranych jak debile pod wodzą debila ubranego jak dzieciak.

Żartuję, nie mam nic do harcerzy.

Dobrze, powoli zmierzam ku końcowi, bo widzę, że zaczynam mocno pieprzyć.

A w kąciku po prostu niedźwiedź. Niedźwiedź Janusz. On wciąż horyzont muska smutnym wzrokiem swym :)

sobota, 8 września 2012

52. Pierwszy z wielu

Pierwszy tydzień minął. Jakoś poszło, nawet napisaliśmy sprawdzian. Następne 5 zapowiedzianych. Chcę wakacje.

Kochajmy demokrację. Zrobiliśmy wybory. Nawet gładko poszło, ale wychowawczyni stwierdziła, że prawie 200 głosów to za dużo i unieważniła imprezę. Potem niewiele, bo jeden głos dzielił mnie od nieszczęścia, czyli od stołka przewodniczącego. Od niebezpiecznej dogrywki uratował mnie głos na Kazimierza Przerwę-Tetmajera zaliczony kumplowi Pawłowi. Uffff :)

Z innych ciekawych rzeczy: dostalibyśmy już pierwsze (i nie ostatnie) nieodpowiednie zachowanie :) A za co? A za (uwaga, werble, tremolo, trrrrrrrrrr) nieprzyniesienie deklaracji odnośnie udziału w wycieczce (Tu-dum, pshhhhhhhh!). Lubię naszą wychowawczynię, ale czasem ma dziwne pomysły.

Dalej zadziwia mnie idiotyzm kierowców i kierownic polskich. Stoję ja sobie pod wiaduktem pod Nowohucką na prawym pasie. Na lewym staje skuterzysta z pasażerką bez kasku. Ruszamy. Jadę już jakieś 45 na godzinę, a ten niefrasobliwie i całkowicie nielegalnie pakuje mi się przed maskę. Strąbiony pokazał tylko palec i pojechał. Albo pańcia w fabii, która wyprzedza mnie na strefie 40, 50m przed zakrętem i przed progiem zwalniającym. Do progu hamowała tuż koło mnie. Cudnie.

Czas na złośliwość: Połowa weekendu za nami :)

W CKM dzisiaj czysty, żywy ogień. Freddie i jego banda :)

To podobno pierwsza piosenka Queen, którą usłyszała moja mama słuchając po nocy radia, zamiast spać, jak to grzeczne dziewczynki kiedyś miały w zwyczaju. Piosenka pochodzi z płyty "Jazz" z 1978 roku. Potężna dawka energii :)



Do następnego!

PS. Wiecie, że nietoperze po wylocie z jaskini zawsze skręcają w lewo?

środa, 29 sierpnia 2012

51. A czas sobie płynie...

...banalne tik-tak.

Pierwszy raz zmarzłem, wracając na rowerku wieczorem z siatkówki. Rano też za ciepło nie było. Godzina dwudziesta, a tu ciemno. Błe. Robi się niefajnie. No ale cóż, tak było, jest i będzie. Teraz czekam na 22 grudnia, bo dzień się będzie robił coraz dłuższy.

Ale co tam, wiosna, lato, jesień, zima, a ludzie jak jeździć nie umieli, tak dalej nie umieją :/. Gość wyprzedzał mnie przez 300 metrów tylko po to, żeby przywalić po klockach, bo na rondzie czerwone. O swobodnej Corsie już wspominałem, a wyprzedzanie na przejściu jest sprawą nagminną. Ma-sak-ra!

Na dzisiaj dość, bo mi nie idzie. Następny post dopiero, jak będę miał coś godnego podzielenia się.

A w CKM piosenka, która jednoznacznie kojarzy mi się z wakacyjnym, lekkim klimatem. Za teledysk, za klimat, za luz, za wygląd Toma. Ale głównie za teledysk :)



A tu to samo, tylko nieco bardziej kanciaste :

)

Do następnego!

tytuł - piosenka początkowa z audycji "Powtórka z rozrywki" w radiowej "Trójce

środa, 22 sierpnia 2012

Dodatek specjalny...

...Bo zrobiło mi się okropnie smutno, że tam nie byłem i takiego koncertu już nigdy nie będzie :(

50. W pół do

Dopiero założyłem bloga, a tu trach! Pięćdziesiąty post. Własny Hyde Park, nowe super znajomości. Samo dobro :)

Wróciłem z krótkich wakacji w dziczy, gdzie nawet 3g nie ma (niektórzy stwierdzą, że się powtarzam, ale trudno, tam tak było :)), a nawet ze zwykłym 2g bywało ciężko. Cisza, najbliższy asfalt daleko, I las. I piasek. I rzeka. I grzyby :). Przepiękna stara chatka, delikatnie odnowiona, z wspaniałym piecem. A w środku wszędzie stare radia i zegary (pasja wujka). Mógłbym tam siedzieć całe wakacje.

A na swoim podwórku po staremu. Prawo jazdy w drodze. I wciąż nie mogę się nadziwić, gdzie niektórym sprzedali prawo jazdy. 2 pasy do skrętu w lewo, jedziesz sobie kulturalnie prawym, a tu z lewej ładuje się - niczym tir z dwiema naczepami - Corsa, pakując połowę swego jestestwa w mój tor jazdy, bo nie chce jej się (kierowcy) mocniej obrócić kółkiem. No kurde. A kto zdarł okładzinę hamulcową?

Gwoi ścisłości, nie jestem seksistą, który twierdzi, że baba za kółkiem to lucyfer w czystej postaci, znam wiele niezłych kobiet-kierownic, tylko w tej sytuacji kierującym była kobieta. Także, żeby nie było, jak by tego, no, wiecie :)

Jakąś mam zniżkę formy, nie mogę posklejać sensownych zdań. Dlatego kończę, nie udzielam się już dzisiaj, teraz pora na tych sławnych, mniej lub bardziej, niech oni się produkują. A ten jest bardzo sławny, nawet już raz u mnie gościł :). Kolega Wojtek powinien się ucieszyć. A piosenka to chyba obok "Born in the USA", najbardziej znana kompozycja tego gościa. No i wiadomo o kogo chodzi. A piękny utwór z pięknego filmu (którego nigdy nie obejrzałem, ale takie rzeczy się wie :)), który w spolszczeniu nazywa się mniej-więcej "Filadelfia". Polecam słuchanie w ciszy i spokoju. Najlepiej głośno.



No. To do następnego!