Presja egzaminów coraz bliżej. Coraz większe rozchwianie emocjonalne dotyczące umiejętności grania na fagocie nastąpiło. Raz wydaje mi się, że jestem bogiem, że zagrałbym koncert B-dur Mozarta a vista (dla niewtajemniczonych - a vista znaczy po prostu od strzała), a raz, że nie umiem nic a nic. Dzisiaj pomogło mi bardzo wysłuchanie tego, co dmucha gość, który gra dwa lata dłużej. Ciężko mi było zachować powagę. Ale to stan chwilowy.
Temperatura znacznie wzrosła. Już mi się plecy spiekły. Lekko szczypie.
Krótko bo krótko, ale nie mam czasu na więcej.
Jeszcze pytanie. Czy komentując moje posty też musicie przedzierać się przez te durne captche? Nigdy nie komentowałem się niezalogowany.
CKM. It's CKM time :)
A tu śliczna, nie taka wcale stara ballada :) Katie Melua.
Edit - wtykam inną, lepszą wersję, chociaż szkoda teledysku. Ale wg mnie dźwięk ważniejszy (zboczenie zawodowe).
Do następnego!
poniedziałek, 21 maja 2012
wtorek, 15 maja 2012
38. I potwora duszę czasem ma
I miłe zaskoczenie. Zdzierców z empiku w końcu chyba ruszyło sumienie. Nadchodząca wielkimi krokami płyta ukochanego mojego zespołu nadchodzi wielkimi krokami. Carolus Rex, bo o niej mowa, wyjdzie w Europie 25 maja, u nas 28 (wciąż zacofani, goddammit). Najlepiej mają amerykanie, bo już 22. Ale mniejsza. W każdym razie myślałem, że trzeba będzie zabulić po około 60 Euro polskich za wersję szwedzką i drugie tyle za angielską, a tu trach! W przedsprzedaży 54.99 za dwupłytowe wydanie! Szok. Pojedyncza za 35.99 chyba. Jeszcze większy szok! Weee!
Pokazały się sample z całego albumu. Płyta gotowa, pozostaje jedynie czekać i czekać!
A z innych: Zaczęły się egzaminy, zagrałem już pierwszy, techniczny z fagotu. 22 punkciory, BeDeBe. Gratulować ;)
CKM pod dyktando Karola. Drugi wypuszczony singiel. A lifetime of war. Patos pełną gębą, ale taki patos jest najlepszym patosem świata całego naszego dużego!
Do następnego!
Pokazały się sample z całego albumu. Płyta gotowa, pozostaje jedynie czekać i czekać!
A z innych: Zaczęły się egzaminy, zagrałem już pierwszy, techniczny z fagotu. 22 punkciory, BeDeBe. Gratulować ;)
CKM pod dyktando Karola. Drugi wypuszczony singiel. A lifetime of war. Patos pełną gębą, ale taki patos jest najlepszym patosem świata całego naszego dużego!
Do następnego!
sobota, 12 maja 2012
37. Egoisty zasrane.
Środa, ten tydzień. Cały Kraków stoi, bo Conrada rozkopana, Opolska rozkopana, Kamieńskiego po jednym pasie w każdą stronę, Basztową nie jeździ ani jeden tramwaj (z chyba ośmiu linii). Prawie wszystkie pozostałe tramwaje blokuje wyżej przedstawiony pajac. Nie samobójca, tylko gość ma problem z głową. Czwarty raz taki numer wywinął.
Ale samobójcy... Szczerze i z całego serca nienawidzę elementu. Kiedy słyszę o kimś takim, to aż mnie skręca i od razu zaczynam przeklinać. Pieprzone samoluby. Pół biedy ci, co naprawdę nie mają dla kogo żyć, nie mają ani rodziny, ani znajomych, etc. (ale zauważcie, że najczęściej wśród młodzieży pod sufitem huśtają się ci z bogatym gronem znajomych, zazwyczaj niezłą sytuacją materialną...). Każdy jest kowalem swojego losu, może robić z życiem co chce, byleby nie niszczył przy tym życia innym, np. maszynistom, czy kierowcom.
Skrajny egoizm. Nie mogę dać sobie rady z życiem - sznur. A rodzina, przyjaciele niech się martwią, ważne, żebym ja nie miał już problemów. A jak ktoś pójdzie siedzieć przeze mnie, bo zachce mi się rozsmarować na czyjejś szybie, a on jechał o 20 km/h za szybko? A w dupie to mam. Że dzieci tego człowieka będą ten moment przeżywać do końca życia, a tak wyczekiwane wczasy zamienią się w koszmar? MOJA sprawa, MOJE życie, MOJE problemy. Moje, moje, moje. Moje się liczy. Niczyje inne.
Dla mnie to nie jest nawet problem słabej psychiki, a zwykłej chęci zwrócenia na siebie uwagi. Bo nawet, jak jest bardzo źle, można znaleźć jakąś pozytywną drobinę życia. A już wieszanie się, bo dziewczyna mnie rzuciła, albo że w szkole się ze mnie śmieją, że jestem brzydki/brzydka (a i o takim przypadku słyszałem), to patologiczna skrajność. No i zabijanie życia innym ludziom... Ponoć rekordzista wśród maszynistów w Polsce ma na wycieraczkach 46 idiotów.
Nigdy, przenigdy nie pójdę na pogrzeb samobójcy, choć by był mi nie wiem jak bliski.
Piosenka tematyczna.
Srali muszki, będzie wiosna, Tere-fere kuku.
Uzupełnienie tematu i dyskusja pod tym linkiem .
piątek, 4 maja 2012
36. Cyfryzacja, elektronizacja, automatyzacja...
Społeczeństwo się cyfryzuje. Zewsząd otaczają nas komórki, palmtopy, tablety, laptopy, ekrany reklamowe, kamery, sieci wifi-rifi, bluetooth, mikrofale i jedna cholera wie, co jeszcze. Wszechobecne zera i jedynki pomału wypierają z powietrza, ziemi i wody standardowe Ziemskie sterowniki, czyli m. in. tlen, azot, wodę itepe. I niby z jednej strony wszystko bardzo fajnie. Masz znajomego na drugim końcu świata? Nie ma problemu. Skype, chwila oczekiwania i już możecie gadać. Nagle wypada ci coś pilnego i nie możesz się gdzieś stawić na czas - nie ma problema. Wyciągasz telefon i po prostu kogoś informujesz. A już wyjście w góry bez jakiegokolwiek telefonu byłoby kompletnym szaleństwem. W razie czego można błyskawicznie wezwać pomoc. Wszystko super, ale...
Wczoraj pozbyłem się na dwie-trzy godziny telefonu. Wolność od wszelkiej elektroniki przy sobie. I cały czas myślałem o tym, że telefon zgubiłem, albo ktoś mi zwinął. Ciągle go szukałem. Wtedy napadł mnie temat na tego posta i nawet zapisać to sobie, żeby nie zapomnieć, chciałem na telefonie. Jesteśmy niewolnikami kodu binarnego. Źle.
Ale moje pokolenie (szumna nazwa, ale nie mam innego słowa) to i tak nie to samo, co rówieśnicy mojej siostry i młodsi. Ja pamiętam, jak bawiliśmy się cały dzień zwykłymi patykami. Oglądałem tylko dobranockę, w niedzielę rano dwie japońskie bajki i czasem coś innego, interesującego, np. ważny mecz, albo film, który chciałem zobaczyć. Oni siedzą w ekranie prawie cały dzień. Mimo, że komputer był w domu odkąd tylko pamiętam, miałem na granie na komputerze godzinę dziennie. Oni grają w przerwie od oglądania i odwrotnie. Moi kuzyni, co prawda, wraz z siostrą latają jak głupki po polu z kijami, ale po pierwsze, ja ich tego nauczyłem, po drugie, są ortodoksyjnymi fanami Gwiezdnych Wojen, po trzecie, to raczej nieliczne wyjątki wśród rówieśników.
Pffff. Czasami mam wrażenie, że zamieniam się w jakiegoś sentymentalnego pryka, który potrafi tylko narzekać, że za jego czasów trawa była bardziej soczysta, zieleńsza, drzewa wyższe, autostrady równiejsze, a czas płynął wolniej (to akurat prawda). Czasem aż sam siebie się boję. brrr!
Czas CKM-u. I długo, długo zastanawiam się, co by tu dodać. Mam kilka świeżo odkrytych piosenek. Wybieram.
Wybrałem.
Zespół Kansas powstał w 1970r. i, jako rzecze Wikipedia, jest dla amerykańskiego rocka tym czym dla europejskiego jest Genesis, Yes, albo ELP. Zaś piosenka ta pochodzi z roku 1976, z płyty "Leftoverture". Smacznego!
A maturzystom powodzenia!
Do następnego!
PS. Jak ktoś stwierdzi, że tego zespołu nie zna, niech posłucha piosenki "Dust in the wind". Pa!
Wczoraj pozbyłem się na dwie-trzy godziny telefonu. Wolność od wszelkiej elektroniki przy sobie. I cały czas myślałem o tym, że telefon zgubiłem, albo ktoś mi zwinął. Ciągle go szukałem. Wtedy napadł mnie temat na tego posta i nawet zapisać to sobie, żeby nie zapomnieć, chciałem na telefonie. Jesteśmy niewolnikami kodu binarnego. Źle.
Ale moje pokolenie (szumna nazwa, ale nie mam innego słowa) to i tak nie to samo, co rówieśnicy mojej siostry i młodsi. Ja pamiętam, jak bawiliśmy się cały dzień zwykłymi patykami. Oglądałem tylko dobranockę, w niedzielę rano dwie japońskie bajki i czasem coś innego, interesującego, np. ważny mecz, albo film, który chciałem zobaczyć. Oni siedzą w ekranie prawie cały dzień. Mimo, że komputer był w domu odkąd tylko pamiętam, miałem na granie na komputerze godzinę dziennie. Oni grają w przerwie od oglądania i odwrotnie. Moi kuzyni, co prawda, wraz z siostrą latają jak głupki po polu z kijami, ale po pierwsze, ja ich tego nauczyłem, po drugie, są ortodoksyjnymi fanami Gwiezdnych Wojen, po trzecie, to raczej nieliczne wyjątki wśród rówieśników.
Pffff. Czasami mam wrażenie, że zamieniam się w jakiegoś sentymentalnego pryka, który potrafi tylko narzekać, że za jego czasów trawa była bardziej soczysta, zieleńsza, drzewa wyższe, autostrady równiejsze, a czas płynął wolniej (to akurat prawda). Czasem aż sam siebie się boję. brrr!
Czas CKM-u. I długo, długo zastanawiam się, co by tu dodać. Mam kilka świeżo odkrytych piosenek. Wybieram.
Wybrałem.
Zespół Kansas powstał w 1970r. i, jako rzecze Wikipedia, jest dla amerykańskiego rocka tym czym dla europejskiego jest Genesis, Yes, albo ELP. Zaś piosenka ta pochodzi z roku 1976, z płyty "Leftoverture". Smacznego!
A maturzystom powodzenia!
Do następnego!
PS. Jak ktoś stwierdzi, że tego zespołu nie zna, niech posłucha piosenki "Dust in the wind". Pa!
środa, 2 maja 2012
35. Na tapczanie siedzi leń...
Dziś, ulegając leniwej aurze dookoła , jedynie piosenka. Wybaczcie, ale jeśli bym miał coś wymyślać na siłę, to wolę nic nie wymyślać.
Rzucam dwie piosenki, które jakoś mi się łączą w jedną całość.
Pierwsza pochodzi płyty "The Rise and Fall" z 1982r. brytyjskiego zespołu Madness. każdy zna.
Druga również pochodzi z 1982r. Obie z Anglii, tyle, że tytuł twórców (i płynąca z tego tytułu chwała, bo piosenka jest super) należy do zespołu Dexy's Midnight Runners. Też każdy zna.
Długo się zastanawiałem, czy dać lepszy dźwięk, czy oryginalny teledysk i stwierdziłem, że teledysk to sobie każdy przy odrobinie dobrej woli zobaczy, ważniejszy jest dźwięk.
No i na koniec cóś mocniejszego, pokazane przez Filipa. Van Halen zawsze firmowali się niesamowicie brzmiącymi solówkami, a ta jest chyba jedną z najlepszych.
Do następnego!
Rzucam dwie piosenki, które jakoś mi się łączą w jedną całość.
Pierwsza pochodzi płyty "The Rise and Fall" z 1982r. brytyjskiego zespołu Madness. każdy zna.
Druga również pochodzi z 1982r. Obie z Anglii, tyle, że tytuł twórców (i płynąca z tego tytułu chwała, bo piosenka jest super) należy do zespołu Dexy's Midnight Runners. Też każdy zna.
Długo się zastanawiałem, czy dać lepszy dźwięk, czy oryginalny teledysk i stwierdziłem, że teledysk to sobie każdy przy odrobinie dobrej woli zobaczy, ważniejszy jest dźwięk.
No i na koniec cóś mocniejszego, pokazane przez Filipa. Van Halen zawsze firmowali się niesamowicie brzmiącymi solówkami, a ta jest chyba jedną z najlepszych.
Do następnego!
sobota, 21 kwietnia 2012
34. No to robię! Hyc, siup, o k....
No i boli. Ponad połowę gości z dwóch klas. Nasz kochany "fuewista" nakazał nam gibać się drążku. Wymyk i odmyk. Prawidłowo wykonany jest całkiem fajny. Gorzej, gdy podczas wymyku nie podciągnie się do końca tak, żeby zaprzeć drążek o podbrzusze, a tylko nieco niżej. Ból cojones miażdżonych przez rurkę z jednej strony, a swój własny, prywatny brzuch (podła, zdradziecka świnia, żeby tak własne ciało atakować)z drugiej nie do opisania. Mało tego. Gdy tak zdychasz tam u góry, to pilnuj się jeszcze, żeby nie spaść z 2,5 metra na glebę! Wszyscy po zejściu z rury umierali przez dłuższą chwilę. Za jakieś 15 lat obstawiam nieco większy niż demograficzny i wyludnienie się lokalnych domów dziecka.
A swoją drogą, z tym postem najprawdopodobniej stuknie 2000 wyświetleń. Nie, żebym jakoś specjalnie latał za statystykami, ale miło tak okrągło. Dziękuję wszystkim czytaczom, W szczególności Bee i Julke (która nawiasem mówiąc gdzieś przepadła) i polecam się na przyszłość.
W przyszłym tygodniu wycieczka i długi weekend przedłuża się nam o 3 dni (MUHAHAHAHAHA szatański plan). No, gratulować!
Nie podoba mi się ten post. Dlatego zakańczam go szybko.
Panowie z klasy bardzo lubią ten teledysk. Wcale nie wiem, dlaczego.
Do następnego!
PS. Tytuł: Tekst z dzisiejszego cyrku WF-em dla niepoznaki zwanym.
A swoją drogą, z tym postem najprawdopodobniej stuknie 2000 wyświetleń. Nie, żebym jakoś specjalnie latał za statystykami, ale miło tak okrągło. Dziękuję wszystkim czytaczom, W szczególności Bee i Julke (która nawiasem mówiąc gdzieś przepadła) i polecam się na przyszłość.
W przyszłym tygodniu wycieczka i długi weekend przedłuża się nam o 3 dni (MUHAHAHAHAHA szatański plan). No, gratulować!
Nie podoba mi się ten post. Dlatego zakańczam go szybko.
Panowie z klasy bardzo lubią ten teledysk. Wcale nie wiem, dlaczego.
Do następnego!
PS. Tytuł: Tekst z dzisiejszego cyrku WF-em dla niepoznaki zwanym.
wtorek, 10 kwietnia 2012
33. Błądzić rzeczą ludzką
Punkt pierwszy: Sprostowanie
Chciałem oficjalnie przeprosić wszystkich zrobionych w bambuko w poście nr 31.. Zamiast obiecanej i tak opiewanej przeze mnie piosenki wskoczył mi drugi raz gameplay z "fable'a". Błagam o wybaczenie (odgłosy desperackiego walenia się po głowie gumową kaczką).
Punkt drugi: Podziękowanie
Chciałem bardzo podziękować Bee za promocję i odpłacić się tym samym.
Masz dość nudnej, szarej rzeczywistości? Chciałbyś odmienić swoje życie, ale nie masz dość odwagi? Kliknij i wejdź w niepowtarzalny, magiczny świat, tak pełny życia (te pościgi! te wybuchy!). Niezapomniane wrażenia gwarantowane, lub zwrot pieniędzy. Nie czekaj! Odwiedź już dziś!
A tak poważnie, super blog, super autorka, super zdjęcia. Polecam!
Punkt trzeci: Clue
Dzisiaj powrót do przeszłości. Do źródła źródeł mego bloga. Kto nie wie, niech się teraz dowie, że powstał on głównie po to, bym mógł sobie ponarzekać, wywalić "zły bebech" bez uszkadzania kogoś w pobliżu.
Ale konkretnie: PIĄTY STADION: ROZGRZEWKA.
Rozumiem, że Ełro, poważna sprawa, gruba impreza. Rozumiem, że trzeba zarobić na atmosferze. Rozumiem nawet, że robi to telewizja publiczna, która i tak zarobi krocie na reklamach między transmisjami meczów. Ale nie rozumiem, jak, do jasnej cholery można zrobić taką szmirę?! Pokażcie mi (tylko nie palcem, bo to nieładnie) tego, który wie, o co tam do jasnej, ciasnej chodzi?! Cały serial (tfu) wygląda jak przypomnienie poprzednich odcinków. Polskich gwiazdek (Adamczyk, Książkiewicz, Karolak, Jakubik itede, itepe) nasrane, jak w kiblu słonia po ciężkiej obstrukcji. Kupa kasy w błocie. Całości dopełnia komentujący wszystko cudowny, anielski głos Pierwszego Komentatora RP Darka - Koszmarka - Szpakowskiego. Poziom komentarzy gorszy niż w polskich wersjach FIFY (której nawiasem mówiąc nie lubię, wolę PES-a).
Wszystko to za pieniążki wydarte od mas pracujących. Od rodziców moich, twoich (no, moich nie), może nawet już od ciebie Wszystko to z abonamentu. Równie denerwujący jest ostatni spot "Tworzona z pasją". No co to do cholery jest? Ponad minuta ckliwego, monumentalnego pokazu, czego to jaśnie TVP nie robi. Bleh. Rzygać się chce. Kiedy zestawimy to ze sprzedkilkumiesięcznymi ( :) ) prośbami o płacenie abonamentu RTV (nawiasem mówiąc, równie debilnie zrealizowanymi), to wychodzi nam obraz telewizji pełnej hipokrytów, zakłamanej i przede wszystkim skrajnie rozrzutnej. No, ale oni przecież spełniają misję. Na szczęście są i tacy, co abonamentu nie opłacają i opłacać nie będą.
Dobra, wylałem z siebie, teraz czas na przyjemność.
A tu zespół, który poza WB i Polską nie zyskała zbytniej popularności, jednak stawia się ich na równi z m. in. Black Sabbath, Led Zeppelin, czy Deep Purple pod względem wpływu na rozwój muzyki, w tym wypadku heavy metalu. Ja, który nie darzę zbytnią sympatią HM, w Budgie wpadłem jak śliwka w mazurka (wybaczcie, spuścizna po świętach). Świetna rytmika, i ten niepowtarzalny głos Burke'a Shelley'a.
Grupa powstała w roku 1967. w Walii. Piosenka zaś pochodzi z płyty Never Turn Back on a Friend z 1973r. Utwór spopularyzowany został w 1988r. przez pewien zespół z Ju Es Ej, dośc mało znany. Napisali takie mało znane piosenki jak Master of Puppets, Orion, czy One. Cieniasy. Otóż chłopaki z Ameryki nagrali cover tej piosenki, który został znacznie lepiej przyjęty. Mi się nie podoba.
Jeden z najbardziej niedocenianych zespołów hard rockowych XX wieku - Budgie w piosence Breadfan.
Tak, to śpiewał facet. Do następnego!
PS. To chyba najczęściej edytowany (po publikacji) post. Źle z moją koncentracją (najprawdopodobniej z przejedzenia). Pa!
Chciałem oficjalnie przeprosić wszystkich zrobionych w bambuko w poście nr 31.. Zamiast obiecanej i tak opiewanej przeze mnie piosenki wskoczył mi drugi raz gameplay z "fable'a". Błagam o wybaczenie (odgłosy desperackiego walenia się po głowie gumową kaczką).
Punkt drugi: Podziękowanie
Chciałem bardzo podziękować Bee za promocję i odpłacić się tym samym.
Masz dość nudnej, szarej rzeczywistości? Chciałbyś odmienić swoje życie, ale nie masz dość odwagi? Kliknij i wejdź w niepowtarzalny, magiczny świat, tak pełny życia (te pościgi! te wybuchy!). Niezapomniane wrażenia gwarantowane, lub zwrot pieniędzy. Nie czekaj! Odwiedź już dziś!
A tak poważnie, super blog, super autorka, super zdjęcia. Polecam!
Punkt trzeci: Clue
Dzisiaj powrót do przeszłości. Do źródła źródeł mego bloga. Kto nie wie, niech się teraz dowie, że powstał on głównie po to, bym mógł sobie ponarzekać, wywalić "zły bebech" bez uszkadzania kogoś w pobliżu.
Ale konkretnie: PIĄTY STADION: ROZGRZEWKA.
Rozumiem, że Ełro, poważna sprawa, gruba impreza. Rozumiem, że trzeba zarobić na atmosferze. Rozumiem nawet, że robi to telewizja publiczna, która i tak zarobi krocie na reklamach między transmisjami meczów. Ale nie rozumiem, jak, do jasnej cholery można zrobić taką szmirę?! Pokażcie mi (tylko nie palcem, bo to nieładnie) tego, który wie, o co tam do jasnej, ciasnej chodzi?! Cały serial (tfu) wygląda jak przypomnienie poprzednich odcinków. Polskich gwiazdek (Adamczyk, Książkiewicz, Karolak, Jakubik itede, itepe) nasrane, jak w kiblu słonia po ciężkiej obstrukcji. Kupa kasy w błocie. Całości dopełnia komentujący wszystko cudowny, anielski głos Pierwszego Komentatora RP Darka - Koszmarka - Szpakowskiego. Poziom komentarzy gorszy niż w polskich wersjach FIFY (której nawiasem mówiąc nie lubię, wolę PES-a).
Wszystko to za pieniążki wydarte od mas pracujących. Od rodziców moich, twoich (no, moich nie), może nawet już od ciebie Wszystko to z abonamentu. Równie denerwujący jest ostatni spot "Tworzona z pasją". No co to do cholery jest? Ponad minuta ckliwego, monumentalnego pokazu, czego to jaśnie TVP nie robi. Bleh. Rzygać się chce. Kiedy zestawimy to ze sprzedkilkumiesięcznymi ( :) ) prośbami o płacenie abonamentu RTV (nawiasem mówiąc, równie debilnie zrealizowanymi), to wychodzi nam obraz telewizji pełnej hipokrytów, zakłamanej i przede wszystkim skrajnie rozrzutnej. No, ale oni przecież spełniają misję. Na szczęście są i tacy, co abonamentu nie opłacają i opłacać nie będą.
Dobra, wylałem z siebie, teraz czas na przyjemność.
A tu zespół, który poza WB i Polską nie zyskała zbytniej popularności, jednak stawia się ich na równi z m. in. Black Sabbath, Led Zeppelin, czy Deep Purple pod względem wpływu na rozwój muzyki, w tym wypadku heavy metalu. Ja, który nie darzę zbytnią sympatią HM, w Budgie wpadłem jak śliwka w mazurka (wybaczcie, spuścizna po świętach). Świetna rytmika, i ten niepowtarzalny głos Burke'a Shelley'a.
Grupa powstała w roku 1967. w Walii. Piosenka zaś pochodzi z płyty Never Turn Back on a Friend z 1973r. Utwór spopularyzowany został w 1988r. przez pewien zespół z Ju Es Ej, dośc mało znany. Napisali takie mało znane piosenki jak Master of Puppets, Orion, czy One. Cieniasy. Otóż chłopaki z Ameryki nagrali cover tej piosenki, który został znacznie lepiej przyjęty. Mi się nie podoba.
Jeden z najbardziej niedocenianych zespołów hard rockowych XX wieku - Budgie w piosence Breadfan.
Tak, to śpiewał facet. Do następnego!
PS. To chyba najczęściej edytowany (po publikacji) post. Źle z moją koncentracją (najprawdopodobniej z przejedzenia). Pa!
czwartek, 5 kwietnia 2012
32. Wciąż żywy
Moje notki coraz bardziej przypominają nie wiadomo co. Coraz krótsze, coraz ogólniejsze. Nie lubię tego, ale na razie nic nie poradzę, że mnie wena opuściła.
Wolne. Chwila wytchnienia. Ledwo się zacząłem uczyć (pierwszy raz w życiu), to już przerwa. Ale nie narzekam.
UWAGA! Potrzebna pomoc! Szukamy z Bee teledysku. Rockowa ballada, w klipie gość w płaszczu jeździ na krześle i patrzy przez wielkie teleskopy, potem cały zespół gra na ulicy. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, niech da znać mnie lub jej - klik . Aż dziw, że wcześniej na to nie wpadłem, żeby dać znać tu.
Dzisiejszego posta chciałbym podporządkować wychodzącej za dwa miesiące płycie CAROLUS REX zespołu Sabaton. Źle się dzieje w państwieduńskim szwedzkim. Chłopaki się pogryźli i czwórka opuściła zespół tuż przed premierą. Na szczęście mają już nowy skład (oprócz klawiszowca). Szczegóły w kwaterze głównej , albo, jeśli komuś się nie chce, lub nie umie po angielsku, tu .
Dwa dni temu na YT pokazał się klip, singiel, po szwedzku. Brzmi dużo, dużo lepiej, niż w języku Szekspira. Imię jego płyty imieniem również jest (Yoda style!). A chętnych zapraszam na 18. Przystanek Woodstock, 2-4.08.2012r., Gdzie chłopaki dadzą czadu (obok m. in. Anthraxu). Już nie ględzę, oglądajcie!
Do następnego!
Wolne. Chwila wytchnienia. Ledwo się zacząłem uczyć (pierwszy raz w życiu), to już przerwa. Ale nie narzekam.
UWAGA! Potrzebna pomoc! Szukamy z Bee teledysku. Rockowa ballada, w klipie gość w płaszczu jeździ na krześle i patrzy przez wielkie teleskopy, potem cały zespół gra na ulicy. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, niech da znać mnie lub jej - klik . Aż dziw, że wcześniej na to nie wpadłem, żeby dać znać tu.
Dzisiejszego posta chciałbym podporządkować wychodzącej za dwa miesiące płycie CAROLUS REX zespołu Sabaton. Źle się dzieje w państwie
Dwa dni temu na YT pokazał się klip, singiel, po szwedzku. Brzmi dużo, dużo lepiej, niż w języku Szekspira. Imię jego płyty imieniem również jest (Yoda style!). A chętnych zapraszam na 18. Przystanek Woodstock, 2-4.08.2012r., Gdzie chłopaki dadzą czadu (obok m. in. Anthraxu). Już nie ględzę, oglądajcie!
Do następnego!
sobota, 31 marca 2012
31. Rock'n'roll is king!
Kolejny weekend. Pogoda pod psem. leje, wieje, nie grzeje. Wielka Matematyczna Akcja Ratunkowa trwa. Zobaczym, czy się uda.
Dopadłem kolejną legendę. Fable. Przepiękna gra. Pełna magii, ogromna, i te smaczki delikatne, jak np. taka sytuacja: Wystukiwanie na kamieniach imienia demonicznych drzwi z czterech liter: H, S, T, I. Imię brzmi HITS, ale średnio rozgarnięty humanoid zauważy, że da się ułożyć słowo SHIT. Po każdej kombinacji głos literuje kolejne litery. Po wyczytaniu "es, ejdż, aj, ti" za jakieś trzy sekundy głos cichutko, ledwie słyszalnie mówi "shit" :). A samo imię hits też sprytne, po "hitaniu" kamieni.
A w sumie, co będę sobie język łamał. Patrzcie.
A z innych szaleństw: Wpadłem w muzykę Led Zeppelin. Zawsze uważałem, że byli super, ale teraz tak na dobre. Taki klasyczny rock'n'roll to to, co mnie teraz kręci. Prosta rama i ewolucje Roberta, Jimmy'ego, Johna i Johna. No bomba.
Jednakże w CKM dzisiaj nie L.Z., jak by się ktoś mógł spodziewać, po tych wcześniejszych opiewaniach. Będzie coś równie pięknego, jednak zupełnie inne.
Mamy rok 1971, Londyn. Grupa Uriah Heep formalnie działa od dwóch lat. Ta piosenka to podobno ich pierwsza spójna stylistycznie kompozycja.
"Przez długi czas szukaliśmy naszej muzycznej twarzy. Kiedy dotarliśmy do „Look at Yourself”, czyli do naszego trzeciego albumu, postanowiliśmy zostać zwykłym zespołem rockowym."
— Mick Box
No i właśnie. Wychodzi album "Look at Yourself", a na nim TO. Przez wielu krytyków uznawana za najlepszą balladę rockową, stawianą na równi z "Child in time" i "Stairway to heaven".
July Morning
Przepraszam za teledysk.
Do następnego!
PS. A tytuł posta to tytuł piosenki Electric Light Orchestra, ale i jedno z najmądrzejszych zdań, jakie ludzkość wymyśliła.
Dopadłem kolejną legendę. Fable. Przepiękna gra. Pełna magii, ogromna, i te smaczki delikatne, jak np. taka sytuacja: Wystukiwanie na kamieniach imienia demonicznych drzwi z czterech liter: H, S, T, I. Imię brzmi HITS, ale średnio rozgarnięty humanoid zauważy, że da się ułożyć słowo SHIT. Po każdej kombinacji głos literuje kolejne litery. Po wyczytaniu "es, ejdż, aj, ti" za jakieś trzy sekundy głos cichutko, ledwie słyszalnie mówi "shit" :). A samo imię hits też sprytne, po "hitaniu" kamieni.
A w sumie, co będę sobie język łamał. Patrzcie.
A z innych szaleństw: Wpadłem w muzykę Led Zeppelin. Zawsze uważałem, że byli super, ale teraz tak na dobre. Taki klasyczny rock'n'roll to to, co mnie teraz kręci. Prosta rama i ewolucje Roberta, Jimmy'ego, Johna i Johna. No bomba.
Jednakże w CKM dzisiaj nie L.Z., jak by się ktoś mógł spodziewać, po tych wcześniejszych opiewaniach. Będzie coś równie pięknego, jednak zupełnie inne.
Mamy rok 1971, Londyn. Grupa Uriah Heep formalnie działa od dwóch lat. Ta piosenka to podobno ich pierwsza spójna stylistycznie kompozycja.
"Przez długi czas szukaliśmy naszej muzycznej twarzy. Kiedy dotarliśmy do „Look at Yourself”, czyli do naszego trzeciego albumu, postanowiliśmy zostać zwykłym zespołem rockowym."
— Mick Box
No i właśnie. Wychodzi album "Look at Yourself", a na nim TO. Przez wielu krytyków uznawana za najlepszą balladę rockową, stawianą na równi z "Child in time" i "Stairway to heaven".
July Morning
Przepraszam za teledysk.
Do następnego!
PS. A tytuł posta to tytuł piosenki Electric Light Orchestra, ale i jedno z najmądrzejszych zdań, jakie ludzkość wymyśliła.
niedziela, 18 marca 2012
30. Wiosna, panie sierżancie!
Ciepło. Pierwsze wyjście w krótkich gaciach, Pierwszy opieprz zebrany za chodzenie w krótkich gaciach. Pierwsze wiosenne granie na Orliku. Guma mocno oddaje ciepło. Bleh.
A co cieszy? Oprócz słonka, zwycięstwo (Brawo Kasia, Ania, Kuba!) w festiwalu młodzieżowym CK-Art, nominacja do szczebla wojewódzkiego.
No i mimo, że nie było mnie tu dłuuugi, długi czas, nie mam zielonego pojęcia o czym by tu naskrobać. Niby tyle się działo, a w łepetynie pustka. Zakładając bloga postanowiłem też sobie, że nigdy nie napiszę tu recenzji książki/filmu/gry itede, itepe. Przed chwilą prawie to postanowienie złamałem. Aby mnie dalej nie kusiło, postanawiam w tym miejscu na dziś zakończyć. Tak, żebyście wiedzieli, że żyję jeszcze.
A w CKM piosenka, która na pozór wydaje się całkiem zwyczajna. Zyskuje, kiedy człowiek mocno w nią wsłucha. W wszystkie te dźwięki w tle, pozornie nieistniejące, usłyszane dopiero za 3-4 razem. Najlepiej "wchodzi" około dwunastej, pierwszej w nocy, jak człowiek leży w łóżku z słuchawkami na kłapciatych i się wsłuchuje. Powstała w 1982 roku. Przepraszam za obcięty początek.
PS. Tytuł zapożyczony. Kto wie - ten wie. Kto nie wie... ma problem :) Niech poszuka.
A co cieszy? Oprócz słonka, zwycięstwo (Brawo Kasia, Ania, Kuba!) w festiwalu młodzieżowym CK-Art, nominacja do szczebla wojewódzkiego.
No i mimo, że nie było mnie tu dłuuugi, długi czas, nie mam zielonego pojęcia o czym by tu naskrobać. Niby tyle się działo, a w łepetynie pustka. Zakładając bloga postanowiłem też sobie, że nigdy nie napiszę tu recenzji książki/filmu/gry itede, itepe. Przed chwilą prawie to postanowienie złamałem. Aby mnie dalej nie kusiło, postanawiam w tym miejscu na dziś zakończyć. Tak, żebyście wiedzieli, że żyję jeszcze.
A w CKM piosenka, która na pozór wydaje się całkiem zwyczajna. Zyskuje, kiedy człowiek mocno w nią wsłucha. W wszystkie te dźwięki w tle, pozornie nieistniejące, usłyszane dopiero za 3-4 razem. Najlepiej "wchodzi" około dwunastej, pierwszej w nocy, jak człowiek leży w łóżku z słuchawkami na kłapciatych i się wsłuchuje. Powstała w 1982 roku. Przepraszam za obcięty początek.
PS. Tytuł zapożyczony. Kto wie - ten wie. Kto nie wie... ma problem :) Niech poszuka.
środa, 7 marca 2012
29. Ty dzielny, Ty młody... Ty głupi!
Brak reakcji na ostatni post utwierdza mnie w przekonaniu, że chyba przesadziłem :). Trudno, nie moja sprawa, że jesteście lenie.
Dzisiaj w końcu eksplodowało we mnie przeświadczenie zbierające się przez kilka dni. Że droga obrana przeze mnie w liceum droga oświaty prowadzi donikąd. Co ja, do jasnej cholery mogę robić po humanie w tym kraju i w ogóle na świecie? Sprzedawać ewentualnie frytki, bo nawet żeby smażyć, trzeba mieć uprawnienia. Mógłbym iść w stronę muzyki, ale tu też ciężko. W naszym kraju nie da się wyżyć z grania. Całe życie praktyki i ćwiczeń jest wyceniane często na wysokości płacy minimalnej. Żeby dać sobie radę, trzeba by grać w orkiestrze, uczyć w jednej, drugiej i ewentualnie w trzeciej szkole. Wtedy jest jako-tako. A tak... Kicha.
Dlatego podejmuję wyzwanie. Podciągnąć się z dramatycznej sytuacji z matematyki i jakoś się w końcu czegoś nauczyć. Natomiast plan dalekosiężny:
1. Zdać maturę
2. Obryć się na blachę
3. Zdać rozszerzoną matematykę i fizykę
4. Próbować się dostać na AGH (może automatyka i robotyka?)
5. Oprócz tego zdać na akademię muzyczną i grać dla przyjemności a nie z konieczności
Cóż, zobaczymy co z tego wyjdzie. Plany ambitne jak cholera, ale znając mojego lenia, będzie ciężko. Ale czas pokaże...
Ostatnio było długo, to dzisiaj dla równowagi krótko.
Z tego wszystkiego zapomniałem o CKM. Ale by było. A tu dzisiaj osoba dziwna. Osoba, o której wiele słyszałem, ale nigdy nie natknąłem się na nią. Osoba specyficzna. Jedna z kilkunastu umieszczonych na słynnym plakacie "Guitar heaven". Steven Gene Wold, a.k.a. Seasick Steve. Bluesman, zbiera stare i zniszczone gitary. Najsłynniejszą chyba jest 3-strunowa Trance Wonder (Fender Coronado). A jago ksywka wzięła się od choroby morskiej, na którą cierpi :) Smacznego!
Do następnego!
Dzisiaj w końcu eksplodowało we mnie przeświadczenie zbierające się przez kilka dni. Że droga obrana przeze mnie w liceum droga oświaty prowadzi donikąd. Co ja, do jasnej cholery mogę robić po humanie w tym kraju i w ogóle na świecie? Sprzedawać ewentualnie frytki, bo nawet żeby smażyć, trzeba mieć uprawnienia. Mógłbym iść w stronę muzyki, ale tu też ciężko. W naszym kraju nie da się wyżyć z grania. Całe życie praktyki i ćwiczeń jest wyceniane często na wysokości płacy minimalnej. Żeby dać sobie radę, trzeba by grać w orkiestrze, uczyć w jednej, drugiej i ewentualnie w trzeciej szkole. Wtedy jest jako-tako. A tak... Kicha.
Dlatego podejmuję wyzwanie. Podciągnąć się z dramatycznej sytuacji z matematyki i jakoś się w końcu czegoś nauczyć. Natomiast plan dalekosiężny:
1. Zdać maturę
2. Obryć się na blachę
3. Zdać rozszerzoną matematykę i fizykę
4. Próbować się dostać na AGH (może automatyka i robotyka?)
5. Oprócz tego zdać na akademię muzyczną i grać dla przyjemności a nie z konieczności
Cóż, zobaczymy co z tego wyjdzie. Plany ambitne jak cholera, ale znając mojego lenia, będzie ciężko. Ale czas pokaże...
Ostatnio było długo, to dzisiaj dla równowagi krótko.
Z tego wszystkiego zapomniałem o CKM. Ale by było. A tu dzisiaj osoba dziwna. Osoba, o której wiele słyszałem, ale nigdy nie natknąłem się na nią. Osoba specyficzna. Jedna z kilkunastu umieszczonych na słynnym plakacie "Guitar heaven". Steven Gene Wold, a.k.a. Seasick Steve. Bluesman, zbiera stare i zniszczone gitary. Najsłynniejszą chyba jest 3-strunowa Trance Wonder (Fender Coronado). A jago ksywka wzięła się od choroby morskiej, na którą cierpi :) Smacznego!
Do następnego!
sobota, 3 marca 2012
28. Samochwała w kącie stała...
Dzisiaj coś, co ostatnio zrodziłem w mękach, bólach i w dość krótkim czasie.
Horror czerwcowy
Czwarta przerwa. Pod ścianą, tuż obok drzwi do sali geograficznej leżał spory tobołek, z którego wystawała blond-szczotka. Podobnych kupek było na korytarzu więcej. Nagle szczotka poruszyła się. Leżący na podłodze Lucjan uniósł się na rękach, przeczesał palcami rozczochrane włosy i szeroko ziewnął, bardzo starając się pokazać starannie umyte, białe jak śnieg zęby. Nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi. Po prostu wszyscy spali. Chłopak rozejrzał się dookoła, wzruszył ramionami, przewrócił się na drugi bok i z powrotem wyłożył się na chłodnym parkiecie.
Był początek czerwca, na zewnątrz mocno świeciło słońce. Zdawało się mówić do chmur:
- Tylko spróbujcie podlecieć, to zobaczycie! - i rzeczywiście, na niebie nie było najmniejszego obłoczka. W szkole pustki. Maturzystów nie było od maja, większość pierwszo- i drugoklasistów na wagarach. Pozostałe niedobitki leżą plackiem na korytarzach i wprost umierają z nudów. Szkoła nie przewidziała, że ktokolwiek w taką pogodę przyjdzie chłonąć aurę wiedzy płynącą z „oświaty kagańca” i większość nauczycieli była już na urlopie. Z braku pomysłów i środków polecono uczniom siedzieć na korytarzu i zachowywać się tak, aby nikomu nic się nie stało.
Lucjan obudził się mniej-więcej w połowie szóstej lekcji. Mamrocząc pod nosem coś o narodowym szkolnictwie udał się w kierunku toalety. Nachylił się nad umywalką z zamiarem przemycia twarzy. Kran parsknął, kichnął, po czym wypluł coś, co kiedyś może można było nazwać wodą, ale na pewno nie teraz. Miała ona ciekawy, aczkolwiek niezbyt zdrowy, czerwono-brązowy kolor. Chłopak uniósł brwi, z pewną trudnością zakręcił zacinający się kurek, zauważył też wydrapanego w nim malutkiego węża. Spróbował szczęścia w drugiej umywalce. Poszło nieco lepiej, kurek działał płynnie, a woda przynajmniej na pierwszy rzut oka przypominała to, co przypominać miała. Lucjan obmył twarz i spojrzał w lustro. Na lewym policzku miał odbite czerwone kółko. Teraz z kolei zmarszczył brwi. Stwierdził, że następnym razem postara się nie usnąć leżąc twarzą na ręce z zegarkiem. Rzucił jeszcze szybkie spojrzenie na odbicie, poczochrał włosy, zrobił do siebie kilka min i wyszedł. Za drzwiami zobaczył dziwny widok. Ujrzał pędzącego korytarzem kolegę ze szkolnej ławki – Filipa, a jakieś piętnaście metrów za nim goniącą go z miotłą woźną Szczotę z… Tu chłopak musiał aż przetrzeć oczy i dogłębnie przeanalizować to, co zobaczył. Woźna bowiem miała na ramieniu żabę. Miała ona dziwny, niebieski pasek wzdłuż boku, mało tego, zdawała się popędzać kobietę szarpiąc ją chwytnymi palcami za przetłuszczone włosy. Wzdłuż trasy ich biegu unosiły się nieliczne zaspane głowy szukające źródła zakłócającego ich sen hałasu. Kiedy Filip i woźna zniknęli za rogiem, Lucjan postanowił dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Zaciekawiło go to nowe, tak dziwne zwierzątko Szczoty, która szeroko znana była z nienawiści do brudu, do zwierząt, a najszczególniej do uczniów. Powoli podążył w kierunku milknących odgłosów ucieczki i pościgu. Kierując się słuchem dotarł w końcu do piwnicy. Na końcu ciemnego korytarza zobaczył zarysy dwóch sylwetek. Namacał na ścianie kontakt, ale kiedy pstryknął, nic się nie stało. Tymczasem woźna zaczęła wrzeszczeć głosem, który podniósłby z grobu nawet najbardziej leniwego umarlaka:
- To jest twój koniec, giń, szczylu!
Lucjan podbiegł do nich wyciągając z kieszeni telefon. Uruchomił latarkę. Zobaczył Filipa przyciskanego do ściany za szyję miotłą przez ogarniętą amokiem woźną. Włos miała rozwiany, oczy rozbiegane i przekrwione, na czole perliły jej się krople potu, a brodawka na nosie pulsowała złowieszczo. Żaba na jej ramieniu rechotała szatańsko. Popatrzyła na nowo przybyłego wzrokiem, który najodważniejszemu odebrałby chęć do przebywania w jej pobliżu. Chłopak zdobył się na odwagę i wydukał:
- D-dzień dobry. Jest pani proszona w sprawie tych zepsutych kranów na drugim pię…
Zanim dokończył zdanie, otrzymał mocny cios w brzuch miotłą. Wypuścił ze świstem powietrze, a wtedy kobieta przygwoździła go całym ciężarem. Nastolatek poczuł specyficzny zapaszek potu połączonego z środkami do polerowania parkietu. Został uniesiony z podłogi za kark i wraz z Filipem zapakowany do jakiejś ciasnej klitki w piwnicy. Zanim wyszła, do leżących bez sił uczniów doskoczyła żaba. Płaz popatrzył na nich z politowaniem, po czym z demonicznym, mrożącym krew w żyłach śmiechem wypadła z salki, którą zamknęła woźna.
Po dłuższym czasie blondyn znowu włączył latarkę i popatrzył na Filipa. On wzruszył ramionami i zapytał:
- Wyobrażasz sobie? Żaba kontrolująca świat?
-Co?! - z niedowierzaniem wytrzeszczył oczy na swojego towarzysza. Przyjrzał mu się dokładnie. Wysoki, smagły, o nieco abstrakcyjnym poczuciu humoru. Znał go jednak na tyle długo, że wiedział, że to nie ten zwykły uśmieszek podczas wkręcania naiwnych koleżanek, a uśmiech raczej żałosny.
- Żaba. Miękki, oślizgły, zielony płaz. Z tym, że ten nie jest taki zwykły. To diabeł wcielony. Podobno uciekła z tajnego ośrodka badawczego pod jakimś Gdowem, czy coś takiego. To gdzieś w małopolskim. Poświeć mi tu.
Filip podszedł do drzwi i zaczął gmerać przy zamku.
- To na nic, w środku jest klucz. - zrezygnowany usiadł pod ścianą. Lucjan nie mógł zrozumieć jednej rzeczy. Zaczął się dopytywać:
- A dlaczego powiedziałeś o kontrolowaniu świata?
- To jej plan, który usłyszałem stojąc przed kanciapą Szczoty. Poszedłem po kredę, żeby się porzucać na korytarzu z chłopakami i zabić jakoś nudę. Pod drzwiami usłyszałem, że ona coś powtarza. Zajrzałem przez dziurkę od klucza i zobaczyłem tego płaza siedzącego na jej biurku i wpatrującego się w nią tak intensywnie, że oczy jej prawie wylazły z orbit. A babka ciągle powtarzała te zdania i kiwała głową. Ta żaba chce przejąć kontrolę nad uczniami wstrzykując jakąś substancję do chipsów i coli sprzedawanych w szkole. To coś lasuje mózgi. Wszyscy zaczynają się zachowywać jak płazy. A jedynymi rzeczami, które cofają ten efekt, są jabłka. Kazała Szczocie opróżnić automat z wszystkiego, co ma w sobie chociaż odrobinę jabłek.
Lucjan zamyślił się. Faktycznie, cały dzień chodziła za nim ochota na ten sok, ale nie mógł go znaleźć ani w bufecie, ani w automacie. Zasępił się i zapytał:
- Co możemy zrobić?
Filip roześmiał się i powiedział:
- My? Nie mam pojęcia.
Lucjan zasmucił się jeszcze bardziej. Tymczasem drzwi otwarły się. Do środka wpadły dwie paczki chipsów i dwie puszki coli. Głodny Lucjan rzucił się na jedzenie, ale szybko został obezwładniony przez większego i silniejszego Filipa. Ten oburzony wykrzyknął:
- Zwariowałeś?! Co ja mówiłem o płazyfikacji!
Skruszony obezwładniony przewrócił oczyma i rzekł:
- No dobra, to co robimy z tym jedzeniem?
Wysypali zawartość paczek na podłogę, po czym zalali to colą. Nagle zaświeciło się światło, a ich uszy zaatakował głośny wrzask. Spojrzeli w kierunku wyjścia. To stamtąd, a konkretnie z gardła woźnej dochodził ten dźwięk.
- Głupie głupki, co zrobili! Mieli zeżryć! - podeszła do Lucjana i zamachnęła się. Chłopak zrobił unik, ale kolejnego, tak szybkiego ciosu drugą ręką się nie spodziewał. Padł na podłogę jak długi. Filip rzucił się na nią od tyłu w obronie kolegi, lecz tak, jak szybko skoczył, tak szybko znalazł się na podłodze. Obaj niezdolni do jakiegokolwiek ruchu obserwowali, jak wyciąga z fartucha kolejną puszkę coli. Patrzyła na nią chwilę drapiąc się brudnymi paznokciami po głowie. Żaba na jej ramieniu cały czas się śmiała. W końcu niezdarnie wetknęła paznokieć pod kluczyk i po chwili ruszania palcem w końcu udało jej się otworzyć puszkę. Podeszła do Filipa, brutalnie chwyciła go za policzki lewą ręką tak, by usta miał otwarte. Nalała spory haust, po czym odrzuciła puszkę i zatkała chłopakowi nos. Po chwili siłowania się uczeń w końcu ustąpił i połknął to, co miał w ustach. Żaba na ramieniu wyglądała, jakby za chwilę miała pęknąć z emocji. Uporczywie wpatrywała się w młodzieńca. Nie musiała długo czekać. Chłopak odkaszlnął, beknął, zakumkał i zaczął skakać w kucki dookoła pokoju. Gdyby nie to, że właśnie został obity najboleśniej w życiu, Lucjan dostałby ataku śmiechu. Płaz zakumkał donośnie i zaczął chichotać. Szczota podniosła się, powiedziała:
- Nu, i tak ma być! - i wyszła nie gasząc światła.
Lucjan obserwował uganiającego się za muchą Filipa. Jako że ten był żabą zaledwie od minuty, nie szło mu zbyt dobrze. Na pewno przeszkadzał mu też fakt, że językiem mógł co najwyżej polizać się po nosie, o sięganiu chociaż na dwadzieścia centymetrów w jakimkolwiek kierunku mógł zapomnieć. Kiedy tak podskakiwał w górę i w dół kłapiąc zębami na niedostępnego owada, z kieszeni bluzy wysunął się kartonik soku z rurką. Leżący chłopak poderwał się i złapał opakowanie chwilę przed tym, zanim wylądowała w tym miejscu noga największego w historii płaza. Sok okazał się sokiem jabłkowym. Niewiele myśląc Lucjan wbił rurkę w pudełko i poszukał wzrokiem Filipa. On zaś odkrył dobrodziejstwo posiadania długich kończyn chwytnych po prostu łapiąc muchę rękami. Radośnie wepchnął ją do ust i głośno mlaszcząc zaczął ją przeżuwać. Nie zdążył jednak się nacieszyć jedzeniem, gdyż Lucjan bezwstydnie wcisnął mu rurkę w usta i ścisnął kartonik. Wtłoczony płyn spowodował, że Filip zakrztusił się. Po chwili zaczął dygotać. Kiedy przestał, zakumkał, beknął i odkaszlnął. Beknął jeszcze raz i powiedział:
- Matko! Ale mnie łeb boli! Chyba zaraz się porzygam.
- Porzygasz się, jak się dowiesz, co zrobiłeś, jak byłeś żabą - oznajmił Lucjan - ale sok działa.
- Pewnie, że działa. Co zrobiłem, jak byłem żabą? - zaciekawił się tamten.
- Kiedy indziej ci powiem. Teraz musimy wymyślić, co zrobić z tą rechoczącą łajzą z niebieskim paskiem.
- Zabiję gada! - zacietrzewił się chłopak
- Chyba płaza - poprawił go blondyn - Wiem, co zrobimy! - rzekł - jak tu wrócą, musisz dalej udawać idiotę. To znaczy żabę. Jak będą chciały zmusić mnie do wypicia tej coli, rzucisz się na to żabsko, zrzucisz na ziemię i zadepczesz jak zwykłą, nędzną mrówkę! - Aż przyklasnął z radości, że wymyślił tak prosty plan.
- Tak, ale… - Filip nie zdążył wyrazić swoich obiekcji, tylko zaczął skakać, bo drzwi znowu się otwarły. Tak jak się spodziewali, weszła woźna z kolejną puszką coli. Popatrzyła na skaczącego po pokoju, a żaba zarechotała. Szczota podeszła do Lucjana, a wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Żaba odbiła się z ramienia w kierunku siedzącego chłopca z szeroko otwartą paszczą, w której widać było ostre zęby, pasujące bardziej do rekina. Z rzadkim przebłyskiem refleksu blondyn machnął nogą w górę. Trafił idealnie. Płaz pięknym łukiem podleciał pod sam sufit, po czym zaczął opadać w kierunku Filipa, który tylko na to czekał. Wstał i przepięknie złożył się do volleya. Wydawało się, że przez dziesięć lat trenował piłkę nożną tylko po to, by kopnąć ten jeden raz. Żaba roztrzaskała się na ścianie, niczym mucha trafiona packą. Po chwili buchnęła najprawdziwszym ogniem. Obydwaj odetchnęli z ulgą.
Uwolniona z opętania woźna rozejrzała się dokoła, westchnęła ciężko, podbiegła do płonącej ściany i kilkoma ciosami szmaty ugasiła to, co z żaby zostało. Sięgnęła po swoją nieodłączną miotłę i zaczęła zamiatać leżące na podłodze wilgotne resztki chipsów. Po chwili zauważyła młodzieńców i powiedziała:
- A kysz mi, pędraki, syfulce jedne! Narobią wszędzie bruda i potym sprzątać ni ma komu! I jeszcze w podpalaństwo się bawią! Won mnie stąd!
Lucjana obudził ostatni tego dnia dzwonek. Zaspany podniósł się i przez chwilę myślał. Próbował przypomnieć sobie, co takiego okropnego mu się śniło. Nic nie wymyślił. Pod ręką wymacał kartkę. Filip zostawił mu wiadomość, że idą wcześniej, bo ile można spać na korytarzu. Z klasy został więc on jeden. Stwierdził, że przed wyjściem ze szkoły musi się jakoś doprowadzić do porządku, więc udał się do toalety. Podszedł do pierwszego kranu i zauważył, że wydrapany jest na nim wąż. Dokładnie go obejrzał. Gad wyglądał bardzo autentycznie. Wolno odkręcił kran. Ujrzał paskudną, brązową wodę. Śmierdziała. Wpatrywał się w płynący ciek z niepoprawnym zainteresowaniem, aż syfon pod umywalką wydał dziwny odgłos. Woda przestała spływać i cofnęła się do umywalki. Pojawiły się też jakieś dziwne granulki, wypływające ze spływu. Chłopak zakręcił kurek i pochylił się nad umywalką, po czym odskoczył z odrazą. Granulki okazały się kijankami.
Małe, ruchliwe zielone kijanki z niebieskimi paskami na bokach.
A w CKM (dawno nie używałem tego skrótowca, kto chce wiedzieć, co on znaczy, niech pogrzebie w starych postach :)) dzisiaj klasyka klasyki. Pierwsza nagrana piosenka rock'n'rollowa. Jackie Brenston and his Delta Cats i piosenka "Rocket 88" z 1951 roku.
Jeśli kogoś przeraziłem długością posta, to przepraszam, i do następnego!
Horror czerwcowy
Czwarta przerwa. Pod ścianą, tuż obok drzwi do sali geograficznej leżał spory tobołek, z którego wystawała blond-szczotka. Podobnych kupek było na korytarzu więcej. Nagle szczotka poruszyła się. Leżący na podłodze Lucjan uniósł się na rękach, przeczesał palcami rozczochrane włosy i szeroko ziewnął, bardzo starając się pokazać starannie umyte, białe jak śnieg zęby. Nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi. Po prostu wszyscy spali. Chłopak rozejrzał się dookoła, wzruszył ramionami, przewrócił się na drugi bok i z powrotem wyłożył się na chłodnym parkiecie.
Był początek czerwca, na zewnątrz mocno świeciło słońce. Zdawało się mówić do chmur:
- Tylko spróbujcie podlecieć, to zobaczycie! - i rzeczywiście, na niebie nie było najmniejszego obłoczka. W szkole pustki. Maturzystów nie było od maja, większość pierwszo- i drugoklasistów na wagarach. Pozostałe niedobitki leżą plackiem na korytarzach i wprost umierają z nudów. Szkoła nie przewidziała, że ktokolwiek w taką pogodę przyjdzie chłonąć aurę wiedzy płynącą z „oświaty kagańca” i większość nauczycieli była już na urlopie. Z braku pomysłów i środków polecono uczniom siedzieć na korytarzu i zachowywać się tak, aby nikomu nic się nie stało.
Lucjan obudził się mniej-więcej w połowie szóstej lekcji. Mamrocząc pod nosem coś o narodowym szkolnictwie udał się w kierunku toalety. Nachylił się nad umywalką z zamiarem przemycia twarzy. Kran parsknął, kichnął, po czym wypluł coś, co kiedyś może można było nazwać wodą, ale na pewno nie teraz. Miała ona ciekawy, aczkolwiek niezbyt zdrowy, czerwono-brązowy kolor. Chłopak uniósł brwi, z pewną trudnością zakręcił zacinający się kurek, zauważył też wydrapanego w nim malutkiego węża. Spróbował szczęścia w drugiej umywalce. Poszło nieco lepiej, kurek działał płynnie, a woda przynajmniej na pierwszy rzut oka przypominała to, co przypominać miała. Lucjan obmył twarz i spojrzał w lustro. Na lewym policzku miał odbite czerwone kółko. Teraz z kolei zmarszczył brwi. Stwierdził, że następnym razem postara się nie usnąć leżąc twarzą na ręce z zegarkiem. Rzucił jeszcze szybkie spojrzenie na odbicie, poczochrał włosy, zrobił do siebie kilka min i wyszedł. Za drzwiami zobaczył dziwny widok. Ujrzał pędzącego korytarzem kolegę ze szkolnej ławki – Filipa, a jakieś piętnaście metrów za nim goniącą go z miotłą woźną Szczotę z… Tu chłopak musiał aż przetrzeć oczy i dogłębnie przeanalizować to, co zobaczył. Woźna bowiem miała na ramieniu żabę. Miała ona dziwny, niebieski pasek wzdłuż boku, mało tego, zdawała się popędzać kobietę szarpiąc ją chwytnymi palcami za przetłuszczone włosy. Wzdłuż trasy ich biegu unosiły się nieliczne zaspane głowy szukające źródła zakłócającego ich sen hałasu. Kiedy Filip i woźna zniknęli za rogiem, Lucjan postanowił dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Zaciekawiło go to nowe, tak dziwne zwierzątko Szczoty, która szeroko znana była z nienawiści do brudu, do zwierząt, a najszczególniej do uczniów. Powoli podążył w kierunku milknących odgłosów ucieczki i pościgu. Kierując się słuchem dotarł w końcu do piwnicy. Na końcu ciemnego korytarza zobaczył zarysy dwóch sylwetek. Namacał na ścianie kontakt, ale kiedy pstryknął, nic się nie stało. Tymczasem woźna zaczęła wrzeszczeć głosem, który podniósłby z grobu nawet najbardziej leniwego umarlaka:
- To jest twój koniec, giń, szczylu!
Lucjan podbiegł do nich wyciągając z kieszeni telefon. Uruchomił latarkę. Zobaczył Filipa przyciskanego do ściany za szyję miotłą przez ogarniętą amokiem woźną. Włos miała rozwiany, oczy rozbiegane i przekrwione, na czole perliły jej się krople potu, a brodawka na nosie pulsowała złowieszczo. Żaba na jej ramieniu rechotała szatańsko. Popatrzyła na nowo przybyłego wzrokiem, który najodważniejszemu odebrałby chęć do przebywania w jej pobliżu. Chłopak zdobył się na odwagę i wydukał:
- D-dzień dobry. Jest pani proszona w sprawie tych zepsutych kranów na drugim pię…
Zanim dokończył zdanie, otrzymał mocny cios w brzuch miotłą. Wypuścił ze świstem powietrze, a wtedy kobieta przygwoździła go całym ciężarem. Nastolatek poczuł specyficzny zapaszek potu połączonego z środkami do polerowania parkietu. Został uniesiony z podłogi za kark i wraz z Filipem zapakowany do jakiejś ciasnej klitki w piwnicy. Zanim wyszła, do leżących bez sił uczniów doskoczyła żaba. Płaz popatrzył na nich z politowaniem, po czym z demonicznym, mrożącym krew w żyłach śmiechem wypadła z salki, którą zamknęła woźna.
Po dłuższym czasie blondyn znowu włączył latarkę i popatrzył na Filipa. On wzruszył ramionami i zapytał:
- Wyobrażasz sobie? Żaba kontrolująca świat?
-Co?! - z niedowierzaniem wytrzeszczył oczy na swojego towarzysza. Przyjrzał mu się dokładnie. Wysoki, smagły, o nieco abstrakcyjnym poczuciu humoru. Znał go jednak na tyle długo, że wiedział, że to nie ten zwykły uśmieszek podczas wkręcania naiwnych koleżanek, a uśmiech raczej żałosny.
- Żaba. Miękki, oślizgły, zielony płaz. Z tym, że ten nie jest taki zwykły. To diabeł wcielony. Podobno uciekła z tajnego ośrodka badawczego pod jakimś Gdowem, czy coś takiego. To gdzieś w małopolskim. Poświeć mi tu.
Filip podszedł do drzwi i zaczął gmerać przy zamku.
- To na nic, w środku jest klucz. - zrezygnowany usiadł pod ścianą. Lucjan nie mógł zrozumieć jednej rzeczy. Zaczął się dopytywać:
- A dlaczego powiedziałeś o kontrolowaniu świata?
- To jej plan, który usłyszałem stojąc przed kanciapą Szczoty. Poszedłem po kredę, żeby się porzucać na korytarzu z chłopakami i zabić jakoś nudę. Pod drzwiami usłyszałem, że ona coś powtarza. Zajrzałem przez dziurkę od klucza i zobaczyłem tego płaza siedzącego na jej biurku i wpatrującego się w nią tak intensywnie, że oczy jej prawie wylazły z orbit. A babka ciągle powtarzała te zdania i kiwała głową. Ta żaba chce przejąć kontrolę nad uczniami wstrzykując jakąś substancję do chipsów i coli sprzedawanych w szkole. To coś lasuje mózgi. Wszyscy zaczynają się zachowywać jak płazy. A jedynymi rzeczami, które cofają ten efekt, są jabłka. Kazała Szczocie opróżnić automat z wszystkiego, co ma w sobie chociaż odrobinę jabłek.
Lucjan zamyślił się. Faktycznie, cały dzień chodziła za nim ochota na ten sok, ale nie mógł go znaleźć ani w bufecie, ani w automacie. Zasępił się i zapytał:
- Co możemy zrobić?
Filip roześmiał się i powiedział:
- My? Nie mam pojęcia.
Lucjan zasmucił się jeszcze bardziej. Tymczasem drzwi otwarły się. Do środka wpadły dwie paczki chipsów i dwie puszki coli. Głodny Lucjan rzucił się na jedzenie, ale szybko został obezwładniony przez większego i silniejszego Filipa. Ten oburzony wykrzyknął:
- Zwariowałeś?! Co ja mówiłem o płazyfikacji!
Skruszony obezwładniony przewrócił oczyma i rzekł:
- No dobra, to co robimy z tym jedzeniem?
Wysypali zawartość paczek na podłogę, po czym zalali to colą. Nagle zaświeciło się światło, a ich uszy zaatakował głośny wrzask. Spojrzeli w kierunku wyjścia. To stamtąd, a konkretnie z gardła woźnej dochodził ten dźwięk.
- Głupie głupki, co zrobili! Mieli zeżryć! - podeszła do Lucjana i zamachnęła się. Chłopak zrobił unik, ale kolejnego, tak szybkiego ciosu drugą ręką się nie spodziewał. Padł na podłogę jak długi. Filip rzucił się na nią od tyłu w obronie kolegi, lecz tak, jak szybko skoczył, tak szybko znalazł się na podłodze. Obaj niezdolni do jakiegokolwiek ruchu obserwowali, jak wyciąga z fartucha kolejną puszkę coli. Patrzyła na nią chwilę drapiąc się brudnymi paznokciami po głowie. Żaba na jej ramieniu cały czas się śmiała. W końcu niezdarnie wetknęła paznokieć pod kluczyk i po chwili ruszania palcem w końcu udało jej się otworzyć puszkę. Podeszła do Filipa, brutalnie chwyciła go za policzki lewą ręką tak, by usta miał otwarte. Nalała spory haust, po czym odrzuciła puszkę i zatkała chłopakowi nos. Po chwili siłowania się uczeń w końcu ustąpił i połknął to, co miał w ustach. Żaba na ramieniu wyglądała, jakby za chwilę miała pęknąć z emocji. Uporczywie wpatrywała się w młodzieńca. Nie musiała długo czekać. Chłopak odkaszlnął, beknął, zakumkał i zaczął skakać w kucki dookoła pokoju. Gdyby nie to, że właśnie został obity najboleśniej w życiu, Lucjan dostałby ataku śmiechu. Płaz zakumkał donośnie i zaczął chichotać. Szczota podniosła się, powiedziała:
- Nu, i tak ma być! - i wyszła nie gasząc światła.
Lucjan obserwował uganiającego się za muchą Filipa. Jako że ten był żabą zaledwie od minuty, nie szło mu zbyt dobrze. Na pewno przeszkadzał mu też fakt, że językiem mógł co najwyżej polizać się po nosie, o sięganiu chociaż na dwadzieścia centymetrów w jakimkolwiek kierunku mógł zapomnieć. Kiedy tak podskakiwał w górę i w dół kłapiąc zębami na niedostępnego owada, z kieszeni bluzy wysunął się kartonik soku z rurką. Leżący chłopak poderwał się i złapał opakowanie chwilę przed tym, zanim wylądowała w tym miejscu noga największego w historii płaza. Sok okazał się sokiem jabłkowym. Niewiele myśląc Lucjan wbił rurkę w pudełko i poszukał wzrokiem Filipa. On zaś odkrył dobrodziejstwo posiadania długich kończyn chwytnych po prostu łapiąc muchę rękami. Radośnie wepchnął ją do ust i głośno mlaszcząc zaczął ją przeżuwać. Nie zdążył jednak się nacieszyć jedzeniem, gdyż Lucjan bezwstydnie wcisnął mu rurkę w usta i ścisnął kartonik. Wtłoczony płyn spowodował, że Filip zakrztusił się. Po chwili zaczął dygotać. Kiedy przestał, zakumkał, beknął i odkaszlnął. Beknął jeszcze raz i powiedział:
- Matko! Ale mnie łeb boli! Chyba zaraz się porzygam.
- Porzygasz się, jak się dowiesz, co zrobiłeś, jak byłeś żabą - oznajmił Lucjan - ale sok działa.
- Pewnie, że działa. Co zrobiłem, jak byłem żabą? - zaciekawił się tamten.
- Kiedy indziej ci powiem. Teraz musimy wymyślić, co zrobić z tą rechoczącą łajzą z niebieskim paskiem.
- Zabiję gada! - zacietrzewił się chłopak
- Chyba płaza - poprawił go blondyn - Wiem, co zrobimy! - rzekł - jak tu wrócą, musisz dalej udawać idiotę. To znaczy żabę. Jak będą chciały zmusić mnie do wypicia tej coli, rzucisz się na to żabsko, zrzucisz na ziemię i zadepczesz jak zwykłą, nędzną mrówkę! - Aż przyklasnął z radości, że wymyślił tak prosty plan.
- Tak, ale… - Filip nie zdążył wyrazić swoich obiekcji, tylko zaczął skakać, bo drzwi znowu się otwarły. Tak jak się spodziewali, weszła woźna z kolejną puszką coli. Popatrzyła na skaczącego po pokoju, a żaba zarechotała. Szczota podeszła do Lucjana, a wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Żaba odbiła się z ramienia w kierunku siedzącego chłopca z szeroko otwartą paszczą, w której widać było ostre zęby, pasujące bardziej do rekina. Z rzadkim przebłyskiem refleksu blondyn machnął nogą w górę. Trafił idealnie. Płaz pięknym łukiem podleciał pod sam sufit, po czym zaczął opadać w kierunku Filipa, który tylko na to czekał. Wstał i przepięknie złożył się do volleya. Wydawało się, że przez dziesięć lat trenował piłkę nożną tylko po to, by kopnąć ten jeden raz. Żaba roztrzaskała się na ścianie, niczym mucha trafiona packą. Po chwili buchnęła najprawdziwszym ogniem. Obydwaj odetchnęli z ulgą.
Uwolniona z opętania woźna rozejrzała się dokoła, westchnęła ciężko, podbiegła do płonącej ściany i kilkoma ciosami szmaty ugasiła to, co z żaby zostało. Sięgnęła po swoją nieodłączną miotłę i zaczęła zamiatać leżące na podłodze wilgotne resztki chipsów. Po chwili zauważyła młodzieńców i powiedziała:
- A kysz mi, pędraki, syfulce jedne! Narobią wszędzie bruda i potym sprzątać ni ma komu! I jeszcze w podpalaństwo się bawią! Won mnie stąd!
Lucjana obudził ostatni tego dnia dzwonek. Zaspany podniósł się i przez chwilę myślał. Próbował przypomnieć sobie, co takiego okropnego mu się śniło. Nic nie wymyślił. Pod ręką wymacał kartkę. Filip zostawił mu wiadomość, że idą wcześniej, bo ile można spać na korytarzu. Z klasy został więc on jeden. Stwierdził, że przed wyjściem ze szkoły musi się jakoś doprowadzić do porządku, więc udał się do toalety. Podszedł do pierwszego kranu i zauważył, że wydrapany jest na nim wąż. Dokładnie go obejrzał. Gad wyglądał bardzo autentycznie. Wolno odkręcił kran. Ujrzał paskudną, brązową wodę. Śmierdziała. Wpatrywał się w płynący ciek z niepoprawnym zainteresowaniem, aż syfon pod umywalką wydał dziwny odgłos. Woda przestała spływać i cofnęła się do umywalki. Pojawiły się też jakieś dziwne granulki, wypływające ze spływu. Chłopak zakręcił kurek i pochylił się nad umywalką, po czym odskoczył z odrazą. Granulki okazały się kijankami.
Małe, ruchliwe zielone kijanki z niebieskimi paskami na bokach.
A w CKM (dawno nie używałem tego skrótowca, kto chce wiedzieć, co on znaczy, niech pogrzebie w starych postach :)) dzisiaj klasyka klasyki. Pierwsza nagrana piosenka rock'n'rollowa. Jackie Brenston and his Delta Cats i piosenka "Rocket 88" z 1951 roku.
Jeśli kogoś przeraziłem długością posta, to przepraszam, i do następnego!
środa, 22 lutego 2012
27. Ryba - światowy człowiek
Ferie pędzą nieubłaganie. Vivaldi się w grobie przewraca na to, co gram, Lektura nieprzeczytana, kicha. Dzisiaj na obiad ryba kosmopolityczna. A dlaczego? A dlatego, że ryba jest po grecku, warzywa chińskie, zioła prowansalskie, a kucharze, w liczbie trójki zawarci, to pełnokrwiści Polacy. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
A w kraju jak zwykle kicha. Za dużo psów w schronisku? Zamknąć interes. A psy? Jedna cholera wie. Teraz państwowe. Pewnie pójdą do pieca, jak na Ukrainie przy "sprzątaniu" przed Euro. Nie, żebym był jakimś zagorzałym obrońcą praw zwierząt, poświęcającym życie dla walki z systemem, ale każdy mający jako-tako poukładane w głowie teraz powinien pomyśleć: Gdzie tu sens, gdzie logika?
Wiosna idzie. Śniegu brak (nabył się, że łohoho), ewentualnie, miejscami prawie brak. Wczoraj zacząłem się co-nieco wprawiać do wiosny i poszedłem biegać. Jest nieźle.
No i cóż. Trzeba się pomału szykować psychicznie na szkołę, ale nie chce mi się. Blee. Jeszcze z tydzień by pasował. Ale z drugiej strony, coraz cieplej, coraz jaśniej, coraz przyjemniej. Zobaczymy.
A w kątku muzycznym piosenka z może nie najlepszej (chociaż bardzo ładnej), ale na pewno najbardziej poruszającej płyty Queen - Made in Heaven. Freddie nie dokończył nagrywania płyty, a nawet tej piosenki, która poniżej. Płyta zaczęta w 1991., ostatecznie wydana w 1995r. Tytuł piosenki to "Mother Love". Drugą część po śmierci Mercurego zaśpiewał Brian May.
Do następnego!
A w kraju jak zwykle kicha. Za dużo psów w schronisku? Zamknąć interes. A psy? Jedna cholera wie. Teraz państwowe. Pewnie pójdą do pieca, jak na Ukrainie przy "sprzątaniu" przed Euro. Nie, żebym był jakimś zagorzałym obrońcą praw zwierząt, poświęcającym życie dla walki z systemem, ale każdy mający jako-tako poukładane w głowie teraz powinien pomyśleć: Gdzie tu sens, gdzie logika?
Wiosna idzie. Śniegu brak (nabył się, że łohoho), ewentualnie, miejscami prawie brak. Wczoraj zacząłem się co-nieco wprawiać do wiosny i poszedłem biegać. Jest nieźle.
No i cóż. Trzeba się pomału szykować psychicznie na szkołę, ale nie chce mi się. Blee. Jeszcze z tydzień by pasował. Ale z drugiej strony, coraz cieplej, coraz jaśniej, coraz przyjemniej. Zobaczymy.
A w kątku muzycznym piosenka z może nie najlepszej (chociaż bardzo ładnej), ale na pewno najbardziej poruszającej płyty Queen - Made in Heaven. Freddie nie dokończył nagrywania płyty, a nawet tej piosenki, która poniżej. Płyta zaczęta w 1991., ostatecznie wydana w 1995r. Tytuł piosenki to "Mother Love". Drugą część po śmierci Mercurego zaśpiewał Brian May.
Do następnego!
czwartek, 16 lutego 2012
26. Stagnacja
Czas morderczo męczącego odpoczywania trwa. Jedyne, co trzeba zrobić, to podnieść się z łóżka. Lubię taki stan, ale niezbyt długo. Łatwo się z niego nie wychodzi. Na polu sypie. Moje ranne odśnieżanie już pewnie się poszło... na spacer. Ale nie ma tego złego, usypałem "łogromną" zaspę, jak się uleży, to ryję 10-metrowy tunel.
Tuż przed feriami zagrałem konkurs miniatur. Porażka na całej linii. Myliłem się ja, akompaniatorka... W dodatku w dzień konkursu się dowiedziałem, że nie wolno grać z nut. Z nut zagrałem, ale i tak mi to niewiele pomogło. Trudno.
I znowu nie mam pomysłu, ale najprawdopobniej dlatego, że siedzę w domu, nic się nie dzieje. Jedyne, co nowego się pojawia, to coraz więcej płatków śniegu. W tym miejscu chciałbym pozdrowić lokalnych drogowców, którzy, jak donosie kolega, tak dokładnie odśnieżyli wiatę przystanku, że mucha nie siada. Odgarnięty śnieg jednak średnio ich interesował, co zaowocowało tym, że teraz "do wiaty to chyba traktorem się będę przebijał" (cytat kolegi). Well done, boys, zrobiliście robotę :)
W kąciku muzycznym dalszy ciąg eksploracji ELO. Piosenka bardzo znana, czasem w co lepszych radiach puszczana, szukałem jej kilka lat, zanim przypadkiem rozległa się ni z gruchy, ni z pietruchy, przez nikogo nie zapraszana, w moim pokoju. Album Time, który pochodzi z 1981 roku, tchnie futuryzmem, osadzony jest podobno w 2095 roku. A tytuł piosenki to...
Do następnego!
Tuż przed feriami zagrałem konkurs miniatur. Porażka na całej linii. Myliłem się ja, akompaniatorka... W dodatku w dzień konkursu się dowiedziałem, że nie wolno grać z nut. Z nut zagrałem, ale i tak mi to niewiele pomogło. Trudno.
I znowu nie mam pomysłu, ale najprawdopobniej dlatego, że siedzę w domu, nic się nie dzieje. Jedyne, co nowego się pojawia, to coraz więcej płatków śniegu. W tym miejscu chciałbym pozdrowić lokalnych drogowców, którzy, jak donosie kolega, tak dokładnie odśnieżyli wiatę przystanku, że mucha nie siada. Odgarnięty śnieg jednak średnio ich interesował, co zaowocowało tym, że teraz "do wiaty to chyba traktorem się będę przebijał" (cytat kolegi). Well done, boys, zrobiliście robotę :)
W kąciku muzycznym dalszy ciąg eksploracji ELO. Piosenka bardzo znana, czasem w co lepszych radiach puszczana, szukałem jej kilka lat, zanim przypadkiem rozległa się ni z gruchy, ni z pietruchy, przez nikogo nie zapraszana, w moim pokoju. Album Time, który pochodzi z 1981 roku, tchnie futuryzmem, osadzony jest podobno w 2095 roku. A tytuł piosenki to...
Do następnego!
wtorek, 14 lutego 2012
25. Too much time will kill you
No i mamy czas wolny. Jako ostatni z całego z narodu. W sumie najfajniej, bo przed feriami i tak jest taka nijaka ta nauka, a wolne mamy, jak inni już zasuwają. Ja natomiast oficjalnie zażegnałem kryzys twórczy (przynajmniej tak mi się wydaje), kiedy to każde napisanie notki było jakby rodzajem przymusu. Jest dobrze.
Muszę przyznać, że ten nagły brak przymusu działania, pośpiechu, przebywania w dwóch a nawet czasem trzech miejscach na raz dość mocno uderzył mi do głowy. Nie bardzo wiem, co mam ze sobą zrobić. Na razie najbardziej ucierpiał na tym domowy pobór prądu i komputer. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Kontynuując moje odkrywcze pasje wgrzebałem się w stare kasety magnetofonowe i dokonałem kilku odkryć, na przykład Electric Light Orchestra, dopiero ugryzione, ale podoba mi się, bo jest w tym to, czego ja w muzyce szukam. Bogactwo zmian. Muzyka ma mnie zaciekawić. Nieistotna jest obsada, gatunek. Może być każdy, byle piosenka trzymała poziom i była ciekawa. Wracając do ELO - naprawdę warto pogmerać co nieco w youtubie w poszukiwaniach.
Kolejną znalezioną rzeczą jest tym razem konkretna piosenka, a nawet cover.
Każdy chyba oglądał przynajmniej jeden odcinek Power Rangers (tych pierwszych, jedynych, prawdziwych, Mighty Morphin!), a jeśli nie, to każdy zna tą piosenkę (go, go, Power Rangers) i ten niezapomniany, schreddowany wstęp. Najpierw oryginał (mało kto zna całą piosenkę). Śpiewał to chyba Ron Wassermann (a.k.a. The mighty raw). Wersja z Rock Band, bo tylko taką znalazłem całkowicie pełną z tym początkiem.
A teraz wersja, której oryginał powinien skrobać pięty.
Rozszalałem się trochę z tym wklejaniem, ale na koniec chciałbym jeszcze dorzucić fenomenalnego pianistę z fenomenalnej grupy the Piano Guys, również jak najbardziej wartych polecenia.
W następnym poście nie będzie tyle wklejania, obiecuję! :)
Do następnego!
PS. Tytuł - parafraza tytułu piosenki Queen - "Too much love will kill you"
Muszę przyznać, że ten nagły brak przymusu działania, pośpiechu, przebywania w dwóch a nawet czasem trzech miejscach na raz dość mocno uderzył mi do głowy. Nie bardzo wiem, co mam ze sobą zrobić. Na razie najbardziej ucierpiał na tym domowy pobór prądu i komputer. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Kontynuując moje odkrywcze pasje wgrzebałem się w stare kasety magnetofonowe i dokonałem kilku odkryć, na przykład Electric Light Orchestra, dopiero ugryzione, ale podoba mi się, bo jest w tym to, czego ja w muzyce szukam. Bogactwo zmian. Muzyka ma mnie zaciekawić. Nieistotna jest obsada, gatunek. Może być każdy, byle piosenka trzymała poziom i była ciekawa. Wracając do ELO - naprawdę warto pogmerać co nieco w youtubie w poszukiwaniach.
Kolejną znalezioną rzeczą jest tym razem konkretna piosenka, a nawet cover.
Każdy chyba oglądał przynajmniej jeden odcinek Power Rangers (tych pierwszych, jedynych, prawdziwych, Mighty Morphin!), a jeśli nie, to każdy zna tą piosenkę (go, go, Power Rangers) i ten niezapomniany, schreddowany wstęp. Najpierw oryginał (mało kto zna całą piosenkę). Śpiewał to chyba Ron Wassermann (a.k.a. The mighty raw). Wersja z Rock Band, bo tylko taką znalazłem całkowicie pełną z tym początkiem.
A teraz wersja, której oryginał powinien skrobać pięty.
Rozszalałem się trochę z tym wklejaniem, ale na koniec chciałbym jeszcze dorzucić fenomenalnego pianistę z fenomenalnej grupy the Piano Guys, również jak najbardziej wartych polecenia.
W następnym poście nie będzie tyle wklejania, obiecuję! :)
Do następnego!
PS. Tytuł - parafraza tytułu piosenki Queen - "Too much love will kill you"
sobota, 4 lutego 2012
24. Doctor Livingstone, I presume?
No i tak to jest w tym kraju. Wszelkie przejawy oddolnej aktywności jednostek zostają niszczone, niczym Mini przejeżdżane T-80. Wszelkie zapędy młodych naukowców obracane są w niwecz przez system.
Pełna ideałów i wielkich aspiracji jednostka młodzieży polskiej Michał Suchoń podjął niedawno (wraz z kolejną jednostką, nieco większą, więc z jeszcze większymi ideałami i aspiracjami) pionierską wyprawę badawczą ku niezbadanym zakamarkom szkoły, w celu poznania ich i szerokiemu światu zaprezentowania.
Zbadane pomieszczenia okazało się starym męskim kiblem. W dodatku pełnym szmelcu. Rura od odkurzacza, wór pełen starych kolb, fiolek, destylatorów, wisząca szafka (w którą po ciemku przygrzmociłem głową) wypełniona archaicznymi śrubokrętami, przecinakami. W drugim pomieszczeniu było pełno krzeseł, jakieś zasuszone zielsko i generalnie strasznie śmierdziało.
Dyrektorka (przefajna babka) stwierdziła, że przecież jak chcieliśmy wiedzieć, co tam jest, to trzeba było do niej przyjść. Ona by nas tam zaprowadziła, zamknęła (żeby poobcować z miotłami), a nie tak brutalnie samemu. Potem zapytała, czy mamy jeszcze jakieś miejsca do zwiedzania w szkole, żeby albo odpowiednio zabezpieczyć, albo po prostu nas zaprowadzić. Podanie z pełną listą wpłynie w przyszłym tygodniu.
Oprócz tego wychowawczyni powiedziała dyrektorce, że przyznaliśmy się, że otwarliśmy komnatę tajemnic. Zaraz po wizycie na drzwiach nie wiadomo skąd pojawił się napis "komnata tajemnic została otwarta. Strzeżcie się, wrogowie dziedzica".
W każdym razie koszty (3 gwoździe i kawałek listewki) nam odpuszczono. Dostaliśmy tylko po uwadze. Tak oto państwowe instytucje podcinają skrzydła młodym odkrywcom.
A tu dzisiaj moim zdaniem najlepsza z piosenek Queen, mało znana, pochodzi z początków zespołu, z płyty "A night at the Opera" z 1975r., a imię jego...
Jej szkielet będzie spoczywał w komnacie na wieki.
Pełna ideałów i wielkich aspiracji jednostka młodzieży polskiej Michał Suchoń podjął niedawno (wraz z kolejną jednostką, nieco większą, więc z jeszcze większymi ideałami i aspiracjami) pionierską wyprawę badawczą ku niezbadanym zakamarkom szkoły, w celu poznania ich i szerokiemu światu zaprezentowania.
Zbadane pomieszczenia okazało się starym męskim kiblem. W dodatku pełnym szmelcu. Rura od odkurzacza, wór pełen starych kolb, fiolek, destylatorów, wisząca szafka (w którą po ciemku przygrzmociłem głową) wypełniona archaicznymi śrubokrętami, przecinakami. W drugim pomieszczeniu było pełno krzeseł, jakieś zasuszone zielsko i generalnie strasznie śmierdziało.
Dyrektorka (przefajna babka) stwierdziła, że przecież jak chcieliśmy wiedzieć, co tam jest, to trzeba było do niej przyjść. Ona by nas tam zaprowadziła, zamknęła (żeby poobcować z miotłami), a nie tak brutalnie samemu. Potem zapytała, czy mamy jeszcze jakieś miejsca do zwiedzania w szkole, żeby albo odpowiednio zabezpieczyć, albo po prostu nas zaprowadzić. Podanie z pełną listą wpłynie w przyszłym tygodniu.
Oprócz tego wychowawczyni powiedziała dyrektorce, że przyznaliśmy się, że otwarliśmy komnatę tajemnic. Zaraz po wizycie na drzwiach nie wiadomo skąd pojawił się napis "komnata tajemnic została otwarta. Strzeżcie się, wrogowie dziedzica".
W każdym razie koszty (3 gwoździe i kawałek listewki) nam odpuszczono. Dostaliśmy tylko po uwadze. Tak oto państwowe instytucje podcinają skrzydła młodym odkrywcom.
A tu dzisiaj moim zdaniem najlepsza z piosenek Queen, mało znana, pochodzi z początków zespołu, z płyty "A night at the Opera" z 1975r., a imię jego...
Jej szkielet będzie spoczywał w komnacie na wieki.
sobota, 28 stycznia 2012
23. Zło wcielone i szatan w jednym
23.01 Anno Domini 2012 telewizja Polsat wyemitowała w "Wydarzeniach" o 15:45 reportaż o przemocy wśród uczniów polskich podstawówek i gimnazjów. Wstęp prezentera: "Wg ostatnich badań przemoc wśród uczniów ww. szkół wzrosła od ostatniego roku o połowę". Rozpoczyna się materiał. Na początku klatka z ostrej sieczki w CS'ie (zakończonej HS-em). Padają pierwsze słowa wywnętrzeń Pani Redaktor (której nazwisko mimo najszczerszych chęci umknęło mi z powodu oburzenia): "Kolejna śmierć na koncie". "Nastolatkowie coraz więcej czasu spędzają przed komputerem. Nie dziwi więc rosnąca agresja wśród młodzieży". Pierwsza reakcja po usłyszeniu tekstu to klasyczne, staropolskie "łot de fak" i zbieranie szczęki z okolic stóp. Po obejrzeniu całego materiału krew we mnie zawrzała. Jasne, że może to być jednym z powodów (sam często dziwię się siostrze/kuzynom/kolegom, a nawet sam sobie, jak można tak nerwowo reagować na np. tych idiotów z PES-a, przecież to tylko gra?) jakiejś tam agresji, ale żeby od razu robić z tego główny i w zasadzie jedyny (ciężka sytuacja w rodzinach i inne patologie ledwie tylko szturchnięte zajadłym, jadowitym, redaktorskim piórem) argument dla rosnącej przemocy dziecięcej? Nasuwa mi się pytanie: Jak długo to będzie jeszcze trwać, zanim społeczeństwo uzna rozrywkę przy komputerze za równoważną oglądaniu dobrego filmu (Heavy Rain, Uncharted), a nawet czasem czytaniu książek? Sam nauczyłem się ogromnej części historii powszechnej (i zainteresowałem się nią) pocinając za maleńkości we wszystkie Age of Empires. Kolega z klasy zaskoczony kartkówką z wojny 30-letniej, nie mając nic do stracenia, przepisał wstępy do kampanii wojny 30-letniej z Mediveala. Dostał 3.
Jasne, że dobrym książkom gra do pięt nie dorasta, ale i tak jest świetnym, wartościowym i już nieodłącznym elementem współczesnego świata. Poza tym istnieją takie produkty, jak Physicus, całkiem edukacyjne. A niejednego szkraba łatwiej nauczyć zasad bezpieczeństwa na drodze dając mu wirtualne narzędzie w stylu Moja Droga do Szkoły (sam w to grałem), niż tłuc mu do głowy młotkiem "Nie wolno, nie wolno". Mam rację?
Niektórzy dziennikarze powinni lepiej przygotowywać się do zajęć. Taka przestroga. To nie średniowiecze, lud patrzy, pamięta i rozlicza:)
A w kąciku muzycznym arcydzieło drobnego teledyskarstwa :)
Jasne, że dobrym książkom gra do pięt nie dorasta, ale i tak jest świetnym, wartościowym i już nieodłącznym elementem współczesnego świata. Poza tym istnieją takie produkty, jak Physicus, całkiem edukacyjne. A niejednego szkraba łatwiej nauczyć zasad bezpieczeństwa na drodze dając mu wirtualne narzędzie w stylu Moja Droga do Szkoły (sam w to grałem), niż tłuc mu do głowy młotkiem "Nie wolno, nie wolno". Mam rację?
Niektórzy dziennikarze powinni lepiej przygotowywać się do zajęć. Taka przestroga. To nie średniowiecze, lud patrzy, pamięta i rozlicza:)
A w kąciku muzycznym arcydzieło drobnego teledyskarstwa :)
niedziela, 22 stycznia 2012
22. aaaaaa...
Przepraszał więcej nie będę, bo po próżnicy gadał nie będę. Po prostu mam mało okazji, by dopaść internet. Musicie to przełknąć niestety :(.
I to by było na tyle w kwestii śniegu. Pozostałą kupa błota i mokre buty. Kicha.
Dialog na geografii:
- No to wyciągamy karteczki.
W ławce:
- Hurraaaa!
- Co się tak cieszysz?
- Bo nie będzie pytaaał (nie, to nie ja :))
Kiedy człowiek jeździ po szerokim świecie, może nabawić się głębokiego lęku. Ludzie są tak różni i tak dziwni, że szkoda gadać. Sytuacja przeżyta przeze mnie w autobusie linii 304 (Kraków + aglomeracja). Here it goes:
W okolicach pl. Wolnica wsiada starszy pan, widać, że ze wsi. Włochaty garnitur, ogromne torby w garści. Zasiadł. Za chwilę z przodu autobusu przebija się do niego... coś. Facet wyglądający jak alpinista z lat 80. Jaskrawy (ale wyblakły) kombinezonik, 20 pasków od plecaka pozapinanych z przodu, na ramieniu gitara (którą niemiłosiernie okładał przypadkiem panią siedzącą za nim), a na głowie czapka założona "na krasnala". Słowem - ugh.
Stojąc około 5 metrów od siebie zaczynają rozmawiać (słychać melodyjny, wiejski zaśpiew). W końcu rozmowa (słyszana w całym autobusie) zeszła na ty, gdzie można być sztywnym. Chwila pogaduchy o seksie.
Zmiana tematu. Alpinista (złapał, że go wszyscy słuchają i popisuje się) zaczyna opowiadać, jak to pracował na cmentarzu i widział robaki ludzkie, jak wyłażą z czaszki. Takie tłuściutkie, spasione. Potem przeleciał przez WSZYSTKIE robaki jakie tylko człowiek może mieć. Wykład o tasiemcu trwał prawie 5 minut. Potem dokonał godnej co najmniej Pulitzera syntezy obu tematów, opowiadając jak robaka można się nabawić. Otóż pasażerowie linii 304 dowiedzieli się, że robaka można przechwycić z zapinania (ZAPINANIA) krowy (sic!). W tym momencie prawie przegapiłem przystanek, na którym miałem wysiąść. Nie dosłuchałem więc do końca tego jakże pouczającego wykładu.
Dzisiaj znowu klasyka. Najbardziej klasyczny rock'n'roll w wykonaniu Led Zeppelin.
Do następnego, mam nadzieję, że wcześniejszego.
Nie dla ACTA - klik i klik
I to by było na tyle w kwestii śniegu. Pozostałą kupa błota i mokre buty. Kicha.
Dialog na geografii:
- No to wyciągamy karteczki.
W ławce:
- Hurraaaa!
- Co się tak cieszysz?
- Bo nie będzie pytaaał (nie, to nie ja :))
Kiedy człowiek jeździ po szerokim świecie, może nabawić się głębokiego lęku. Ludzie są tak różni i tak dziwni, że szkoda gadać. Sytuacja przeżyta przeze mnie w autobusie linii 304 (Kraków + aglomeracja). Here it goes:
W okolicach pl. Wolnica wsiada starszy pan, widać, że ze wsi. Włochaty garnitur, ogromne torby w garści. Zasiadł. Za chwilę z przodu autobusu przebija się do niego... coś. Facet wyglądający jak alpinista z lat 80. Jaskrawy (ale wyblakły) kombinezonik, 20 pasków od plecaka pozapinanych z przodu, na ramieniu gitara (którą niemiłosiernie okładał przypadkiem panią siedzącą za nim), a na głowie czapka założona "na krasnala". Słowem - ugh.
Stojąc około 5 metrów od siebie zaczynają rozmawiać (słychać melodyjny, wiejski zaśpiew). W końcu rozmowa (słyszana w całym autobusie) zeszła na ty, gdzie można być sztywnym. Chwila pogaduchy o seksie.
Zmiana tematu. Alpinista (złapał, że go wszyscy słuchają i popisuje się) zaczyna opowiadać, jak to pracował na cmentarzu i widział robaki ludzkie, jak wyłażą z czaszki. Takie tłuściutkie, spasione. Potem przeleciał przez WSZYSTKIE robaki jakie tylko człowiek może mieć. Wykład o tasiemcu trwał prawie 5 minut. Potem dokonał godnej co najmniej Pulitzera syntezy obu tematów, opowiadając jak robaka można się nabawić. Otóż pasażerowie linii 304 dowiedzieli się, że robaka można przechwycić z zapinania (ZAPINANIA) krowy (sic!). W tym momencie prawie przegapiłem przystanek, na którym miałem wysiąść. Nie dosłuchałem więc do końca tego jakże pouczającego wykładu.
Dzisiaj znowu klasyka. Najbardziej klasyczny rock'n'roll w wykonaniu Led Zeppelin.
Do następnego, mam nadzieję, że wcześniejszego.
Nie dla ACTA - klik i klik
sobota, 7 stycznia 2012
21. Ej no sorry, nie?!
Przede wszystkim chciałbym się przed wami nisko pokajać, przepraszając za brak aktywności. Po prostu nie mogłem znaleźć odpowiedniego impulsu, żeby wygospodarować trochę czasu na pomyślenie. Za mentalny kopniak w zadek chcę podziękować Justynie :). Jeszcze raz bardzo, bardzo przepraszam.
Wczoraj zaliczyłem występ z chórem. Występ w kościele, toteż połączony z mszą. Tego wzroku pełnego nienawiści (bo nie zrobiłem togo, co wszyscy dookoła) długo nie zapomnę. Pozdrawiam panią z drugiej ławki!
Kobieta-przewodniczka spotkania dyrygująca, śpiewająca (i gestykulująca jak szalona), stojąca na chórze nasuwała jednoznaczne skojarzenia. Norymberga, 22 sierpnia 1939r. Komuś coś świta?
I znowu kryzys twórczy. Niemożność uformowania myśli w odpowiedni ciąg zer i jedynek. Może to wina braku zimy? Chcę na narty!
Zostałem perfidnie załatwiony przez profesórkę od fortepianu. Zamiast trzech utworów mam do ćwiczenia pięć. Wszystko przez chęć własnoręcznego wyboru utworków. Podsumowanie: -To to będziemy sobie grać, a do egzaminu co innego.
Dość, w głowie mam jedną wielką dziurę. Nie, nie wywróciłem się. Dziura czysto mentalna. Jutro cały w sztabie dzień (od 6:30) WOŚP, spędzony na nieustannym liczeniu. Tymczasem reszta na obiedzie u babci :(. Ja tylko o pizzy (oby). Może przywiozą. No ale nie co dzień taka okazja się trafia. Byleśmy się tylko nie rypnęli przy liczeniu, kiedy to mieliśmy 1700 złotych więcej, niż w komputerze. Wtedy dodatkowe godziny liczenia.
W kąciku muzycznym kolejna porcja klasyki. Nic dodać, nic ująć.
Do następnego!
Wczoraj zaliczyłem występ z chórem. Występ w kościele, toteż połączony z mszą. Tego wzroku pełnego nienawiści (bo nie zrobiłem togo, co wszyscy dookoła) długo nie zapomnę. Pozdrawiam panią z drugiej ławki!
Kobieta-przewodniczka spotkania dyrygująca, śpiewająca (i gestykulująca jak szalona), stojąca na chórze nasuwała jednoznaczne skojarzenia. Norymberga, 22 sierpnia 1939r. Komuś coś świta?
I znowu kryzys twórczy. Niemożność uformowania myśli w odpowiedni ciąg zer i jedynek. Może to wina braku zimy? Chcę na narty!
Zostałem perfidnie załatwiony przez profesórkę od fortepianu. Zamiast trzech utworów mam do ćwiczenia pięć. Wszystko przez chęć własnoręcznego wyboru utworków. Podsumowanie: -To to będziemy sobie grać, a do egzaminu co innego.
Dość, w głowie mam jedną wielką dziurę. Nie, nie wywróciłem się. Dziura czysto mentalna. Jutro cały w sztabie dzień (od 6:30) WOŚP, spędzony na nieustannym liczeniu. Tymczasem reszta na obiedzie u babci :(. Ja tylko o pizzy (oby). Może przywiozą. No ale nie co dzień taka okazja się trafia. Byleśmy się tylko nie rypnęli przy liczeniu, kiedy to mieliśmy 1700 złotych więcej, niż w komputerze. Wtedy dodatkowe godziny liczenia.
W kąciku muzycznym kolejna porcja klasyki. Nic dodać, nic ująć.
Do następnego!
piątek, 23 grudnia 2011
20. Dzień przed dniem przed D-day.
Prawie święta a mój świąteczny nastrój najlepiej zobrazowany jest przez ilość śniegu za oknem. Ogólnie rzecz biorąc - kiepski. Ale pewnie w końcu mi przejdzie (zwłaszcza, jak dopadnę jakiś stół z jedzeniem). Mówiłem już, że niespecjalnie lubię święta?
Klasowa wigilia. To jest dopiero cyrk. Mimo usilnych starań części dziewczyn (głównie Kaśki, pozdrawiam!) wyszło średnio. Było pełno jedzenia, picia, ludzi, ale atmosfera jak na stypie. Kupa nerwów i tyle.
Odkopałem kolejny relikt przeszłości. Piosenka zespołu Bad Religion - She. Najulubieńszy kawałek z gierki Tony Hawk's Pro Skater 2 (w którą to bez przerwy się zagrywałem małym, grubym szczylem będąc). Krótki, treściwy punk, z niezłym tekstem. Nigdy nie wiedziałem co to jest, dopiero niedawno uświadomił mnie kumpel Kombajn - chodząca encyklopedia punka, ska itp.
Na dzisiaj tyle, nie mam weny.
W kąciku muzycznym piosenka zwięźle podsumowująca mój ostatni brak refleksu i - co tu owijać w bawełnę - frajerstwo. Szkoda.
To ta druga z kolei, nie miałem serca wsadzić jej samej, to musi być całość. Tak chcieli Oni, tak niech będzie. Album to oczywiście Abbey Road, moim zdaniem najlepszy z całej dyskografii Beatles'ów.
Koniec bajki, trzy mikołajki, życzeń nie będzie, bo niepotrzebne mi do tego święta, żeby komuś coś miłego powiedzieć. Do zobaczyska!
PS. (dla niezorientowanych historycznie)
D-Day: 06.06.1944r. - lądowanie na plaży Omaha w Normandii.
Klasowa wigilia. To jest dopiero cyrk. Mimo usilnych starań części dziewczyn (głównie Kaśki, pozdrawiam!) wyszło średnio. Było pełno jedzenia, picia, ludzi, ale atmosfera jak na stypie. Kupa nerwów i tyle.
Odkopałem kolejny relikt przeszłości. Piosenka zespołu Bad Religion - She. Najulubieńszy kawałek z gierki Tony Hawk's Pro Skater 2 (w którą to bez przerwy się zagrywałem małym, grubym szczylem będąc). Krótki, treściwy punk, z niezłym tekstem. Nigdy nie wiedziałem co to jest, dopiero niedawno uświadomił mnie kumpel Kombajn - chodząca encyklopedia punka, ska itp.
Na dzisiaj tyle, nie mam weny.
W kąciku muzycznym piosenka zwięźle podsumowująca mój ostatni brak refleksu i - co tu owijać w bawełnę - frajerstwo. Szkoda.
To ta druga z kolei, nie miałem serca wsadzić jej samej, to musi być całość. Tak chcieli Oni, tak niech będzie. Album to oczywiście Abbey Road, moim zdaniem najlepszy z całej dyskografii Beatles'ów.
Koniec bajki, trzy mikołajki, życzeń nie będzie, bo niepotrzebne mi do tego święta, żeby komuś coś miłego powiedzieć. Do zobaczyska!
PS. (dla niezorientowanych historycznie)
D-Day: 06.06.1944r. - lądowanie na plaży Omaha w Normandii.
sobota, 17 grudnia 2011
19. Zapyziałość.
Uwagę mi się dostało. A za co? Tu cytat za starą polonistką-powodem: "Jak ty w tym wieku nie wiesz, to bardzo źle". Ot, całe, jasne, spójne i przystępne wytłumaczenie.
Dostałem za Resident Evil 5. Kto grał, to wie, a kto nie grał, to zaraz się dowie, że tam zombiaki, jak już chwyciły postać (a ty nie zdążyłeś odpowiednio pofajtać analogiem w lewo i w prawo, żeby się uwolnić), to parszywe łby zamieniały się w takie jakby cztero-szczęki (coś w stylu Krakena). No więc Michał, pełny dziecinnej radości opatulił się bluzą z rękami w środku, szczelnie zasłoniwszy pysk kapturem latał po korytarzu wysuwając ręce-szczęki przez szczelinę pod kapturem, strasząc ludków dookoła i wydając częściowo tylko artykułowane dźwięki w stylu "dadadadadadada" (okraszone intensywnym mlaskaniem). No więc taki zadowolony z życia podbiegłem do serwisanta grzebiącego w naszym starym, biednym, schorowanym, sponiewieranym i skopanym automacie. Zaatakowałem moją zaimprowizowaną paszczęką, a on nic. Stałem tak koło niego i już mi się zaczynało nudzić, gdy on nagle się odwrócił. Mina człowieka - bezcenna. No i ta stara jędza o mentalności rodem z okolic 1850r. przyszła, powiedziała, że mi daje uwagę. Ja się pytam, za co. Tu nastąpił ww. cytat. W poniedziałek się odwołuję u dyrektorki.
Zagrałem ostatni egzamin (z fagotu). Niby dostałem tą piątkę, (22/25p.) ale czuję straszny niedosyt. Skopałem takie głupie miejsca, co zawsze wychodziły. Satysfakcja nieduża.
Swoją drogą, ostatnio ćwiczę co najmniej po 3 godziny dziennie. Chyba jestem chory. Są na to jakieś paragrafy? Zamknijcie mnie, bo wariuję :). A tak serio - jeszcze nigdy nie grało mi się tak dobrze, jak ostatnio. Dlatego dziś kącik muzyczny podwójny. Z moim utworkiem, który właśnie opracowuję i z czymś, o czym popiszę później.
Obejrzałem "Listy do M.". Pełen najgorszych obaw (Wszak nie dość, że komedia romantyczna, to jeszcze polskiej produkcji) usadowiłem się w kinie (na beznadziejnej miejscówce, ale w planie miałem spanie, nawet się zastanawiałem w domu, czy nie spakować jaśka). Po dwudziestu minutach wytężonych prób spania zmuszony byłem przyznać, że film mi się podoba. Momentami jedynie infantylny, z dobrą obsadą, a zwłaszcza z fenomenalną Julką Wróblewską. Czapki z głów przed tą dziewczynką! Bardzo dobra muzyka, ciekawie zawiązana akcja i sploty-nie sploty historii :). Film jak najbardziej godny polecenia.
No i obiecany kącik muzyczny. Najsampierw mój repertuar :) (klasycznie też was muszę edukować, a co!) Antonio Vivaldi - człowiek, który napisał 2 koncerty po 225 razy. Oto przed państwem koncert fagotowy d-moll RV481, część 1.
A teraz to, co wspominałem. Israel Kamakawiwo'ole - mieszkaniec Hawajów, ważył chyba 343 kg. Zmarł w 1997r. głównie z powodu swej otyłości. Przepiękne zestawienie - ukulele i jego głos. Mam też wersję z wplecionym "what a wonderful world". Ładne.
Dzisiaj wyszło długo :) Niektórzy się cieszą, reszta ma to gdzieś, bo mnie nie czyta :). Do następnego!
Dostałem za Resident Evil 5. Kto grał, to wie, a kto nie grał, to zaraz się dowie, że tam zombiaki, jak już chwyciły postać (a ty nie zdążyłeś odpowiednio pofajtać analogiem w lewo i w prawo, żeby się uwolnić), to parszywe łby zamieniały się w takie jakby cztero-szczęki (coś w stylu Krakena). No więc Michał, pełny dziecinnej radości opatulił się bluzą z rękami w środku, szczelnie zasłoniwszy pysk kapturem latał po korytarzu wysuwając ręce-szczęki przez szczelinę pod kapturem, strasząc ludków dookoła i wydając częściowo tylko artykułowane dźwięki w stylu "dadadadadadada" (okraszone intensywnym mlaskaniem). No więc taki zadowolony z życia podbiegłem do serwisanta grzebiącego w naszym starym, biednym, schorowanym, sponiewieranym i skopanym automacie. Zaatakowałem moją zaimprowizowaną paszczęką, a on nic. Stałem tak koło niego i już mi się zaczynało nudzić, gdy on nagle się odwrócił. Mina człowieka - bezcenna. No i ta stara jędza o mentalności rodem z okolic 1850r. przyszła, powiedziała, że mi daje uwagę. Ja się pytam, za co. Tu nastąpił ww. cytat. W poniedziałek się odwołuję u dyrektorki.
Zagrałem ostatni egzamin (z fagotu). Niby dostałem tą piątkę, (22/25p.) ale czuję straszny niedosyt. Skopałem takie głupie miejsca, co zawsze wychodziły. Satysfakcja nieduża.
Swoją drogą, ostatnio ćwiczę co najmniej po 3 godziny dziennie. Chyba jestem chory. Są na to jakieś paragrafy? Zamknijcie mnie, bo wariuję :). A tak serio - jeszcze nigdy nie grało mi się tak dobrze, jak ostatnio. Dlatego dziś kącik muzyczny podwójny. Z moim utworkiem, który właśnie opracowuję i z czymś, o czym popiszę później.
Obejrzałem "Listy do M.". Pełen najgorszych obaw (Wszak nie dość, że komedia romantyczna, to jeszcze polskiej produkcji) usadowiłem się w kinie (na beznadziejnej miejscówce, ale w planie miałem spanie, nawet się zastanawiałem w domu, czy nie spakować jaśka). Po dwudziestu minutach wytężonych prób spania zmuszony byłem przyznać, że film mi się podoba. Momentami jedynie infantylny, z dobrą obsadą, a zwłaszcza z fenomenalną Julką Wróblewską. Czapki z głów przed tą dziewczynką! Bardzo dobra muzyka, ciekawie zawiązana akcja i sploty-nie sploty historii :). Film jak najbardziej godny polecenia.
No i obiecany kącik muzyczny. Najsampierw mój repertuar :) (klasycznie też was muszę edukować, a co!) Antonio Vivaldi - człowiek, który napisał 2 koncerty po 225 razy. Oto przed państwem koncert fagotowy d-moll RV481, część 1.
A teraz to, co wspominałem. Israel Kamakawiwo'ole - mieszkaniec Hawajów, ważył chyba 343 kg. Zmarł w 1997r. głównie z powodu swej otyłości. Przepiękne zestawienie - ukulele i jego głos. Mam też wersję z wplecionym "what a wonderful world". Ładne.
Dzisiaj wyszło długo :) Niektórzy się cieszą, reszta ma to gdzieś, bo mnie nie czyta :). Do następnego!
sobota, 10 grudnia 2011
18. Dislike that.
Kolejny egzamin już minął. Tym razem zdawany pół-eksternistycznie. Jakoś poszło (i niezapomniany cytat babki od fortepianu: "W godzinę się nie da zrobić Bacha"). Da się. Może w półtorej.
Pogoda iście grudniowa. Magnolia w ogrodzie puszcza liście. W powietrzu czuć wiosnę. Niezaprzeczalnie idą święta.
No właśnie. Te święta. Dziwna to instytucja. W aspekt religijny wchodził nie będę, bo to prowadzi jedynie do zbędnych kłótni. Chcę ugryźć kwestię zwyczajów i obyczajów. Niby to fajne, że tak się wszyscy wtedy kochają, że są mili itede, itepe. Ale dlaczego tylko wtedy? Składamy sobie życzenia, bo tak nam każe sposobność, a nie z własnej woli. Ktoś może powiedzieć: No dobra, ale jak nie chcesz, to nie składasz życzeń, więc robisz to z własnej woli. Ale czy przy jakiejś innej okazji działamy podobnie? Cały rok drzemy z kimś koty, a potem nagle pod koniec grudnia zawieszenie broni i uwielbiamy się, jak keczup z frytkami? A potem znowu to samo. Nasz sposób bycia neguje i tak już mocno nadszarpniętą (moim zdaniem) przez komercję reputację świąt.
Jeszcze raz uprzedzając spodziewane komentarze: Nie wchodzę w kwestie religijne i związane z tym uczucia. To mnie nie interesuje. To prywatna sprawa. Może dość.
Ostatnio dopadła mnie dziwna choroba. Mimo że dokładnie wiem o co mi chodzi, nie potrafię tego przełożyć na zdania mówione/pisane. O braku weny i pisaniu trochę na siłę, "bo pasowałoby już coś napisać", szkoda nawet gadać. Tu orędzie: Droga garstko czytelników! Nie obawiajcie się, że pewnego dnia pewna mało znana czarno-białą witryna po prostu zniknie. To tylko przejściowe (mam nadzieję) kłopoty z pomyślunkiem, które (też mam nadzieję) znikną wraz z zimą.
Matko, ale ględzę.
Pora na muzykę. Dzisiaj coś, co zawsze pomaga mi dotrzeć na czas na busa do szkoły. Do niczego nie maszeruje siętak dobrze, jak do Sabatonu.
Chłopaki ze Szwecji robią znakomitą robotę. Coraz rzadsze to zjawisko: pamięć. A to jest ważne. Jeśli nie będziemy pamiętać, w końcu powtórzymy dawne błędy. I nie chodzi tu jedynie o wojnę, choć kolejny globalny konflikt zakończyłby egzystencję życia na Błękitnej Planecie. Chodzi mi o pamięć o ludzkiej odwadze, poświęceniu, oddaniu, honorze. TO trzeba szanować i rozwijać, a nie jakieś kulty iglaka, czy innych złotych cielców naszych czasów.
Pogoda iście grudniowa. Magnolia w ogrodzie puszcza liście. W powietrzu czuć wiosnę. Niezaprzeczalnie idą święta.
No właśnie. Te święta. Dziwna to instytucja. W aspekt religijny wchodził nie będę, bo to prowadzi jedynie do zbędnych kłótni. Chcę ugryźć kwestię zwyczajów i obyczajów. Niby to fajne, że tak się wszyscy wtedy kochają, że są mili itede, itepe. Ale dlaczego tylko wtedy? Składamy sobie życzenia, bo tak nam każe sposobność, a nie z własnej woli. Ktoś może powiedzieć: No dobra, ale jak nie chcesz, to nie składasz życzeń, więc robisz to z własnej woli. Ale czy przy jakiejś innej okazji działamy podobnie? Cały rok drzemy z kimś koty, a potem nagle pod koniec grudnia zawieszenie broni i uwielbiamy się, jak keczup z frytkami? A potem znowu to samo. Nasz sposób bycia neguje i tak już mocno nadszarpniętą (moim zdaniem) przez komercję reputację świąt.
Jeszcze raz uprzedzając spodziewane komentarze: Nie wchodzę w kwestie religijne i związane z tym uczucia. To mnie nie interesuje. To prywatna sprawa. Może dość.
Ostatnio dopadła mnie dziwna choroba. Mimo że dokładnie wiem o co mi chodzi, nie potrafię tego przełożyć na zdania mówione/pisane. O braku weny i pisaniu trochę na siłę, "bo pasowałoby już coś napisać", szkoda nawet gadać. Tu orędzie: Droga garstko czytelników! Nie obawiajcie się, że pewnego dnia pewna mało znana czarno-białą witryna po prostu zniknie. To tylko przejściowe (mam nadzieję) kłopoty z pomyślunkiem, które (też mam nadzieję) znikną wraz z zimą.
Matko, ale ględzę.
Pora na muzykę. Dzisiaj coś, co zawsze pomaga mi dotrzeć na czas na busa do szkoły. Do niczego nie maszeruje siętak dobrze, jak do Sabatonu.
Chłopaki ze Szwecji robią znakomitą robotę. Coraz rzadsze to zjawisko: pamięć. A to jest ważne. Jeśli nie będziemy pamiętać, w końcu powtórzymy dawne błędy. I nie chodzi tu jedynie o wojnę, choć kolejny globalny konflikt zakończyłby egzystencję życia na Błękitnej Planecie. Chodzi mi o pamięć o ludzkiej odwadze, poświęceniu, oddaniu, honorze. TO trzeba szanować i rozwijać, a nie jakieś kulty iglaka, czy innych złotych cielców naszych czasów.
niedziela, 4 grudnia 2011
17. Aż do porzygu.
Jest dopiero początek grudnia, a ja już mam dość nadchodzących świąt. Odpowiada za to głównie miejska kulka Coca-Coli, Maria Carey u T-mobajla i wiele innych świątecznych badziewów w telewizji. Rzygać się chce tymi wszystkimi tandetnymi dekoracjami w centrach handlowych. W dodatku pogoda też wtrąca swoje. Komercha śmierdzi.
Zwyczaj z bitwami na gumki i haczyki pomału przemija. Ostatnio zarzuciliśmy dużą walkę na rzecz znalezionego pod oknami auli roweru. Zrobiliśmy szybki wypad w celu przechwycenia pojazdu (zakończony sukcesem) i po chwili siłowania się znalazł się w auli. Radości nie było końca. Kiedy znudziła nam się zwykła jazda, postanowiłem podnieść poprzeczkę. Wtarabaniłem się na scenę i z całą prędkością, jaką można było uzyskać na 2-metrowym odcinku starym, zdezelowanym rowerem z zepsutą przerzutką, oddałem się w szpony matki grawitacji. W kołach nie było powietrza. Przeżyłem, nawet wylądowałem. Potem woziłem koleżankę na ramie. Perfidnie przerwał nam PO-ziom (gość od PO). Tu dialog:
PO-z: (z miną podobną do "krzyku" Muncha) Co to jest?
Ja: (z miną niewinną, jak mój pies, który rano się zlał na wykładzinę) Rower, panie psorze.
PO-z: Skąd?
Kumpel: Spod auli.
PO-z: A jak go wnieśliście?
Ja: Okn... Normalnie, przez główne.
PO-z: Dobra, wynosić mi to. (my biegiem do okna) NIE TĘDY! Drzwiami!
Rower leży po dziś dzień.
Przechodzę właśnie okres egzaminów półrocznych w szkole muzycznej, na razie (bardzo) dobrze. Teraz gorsza część.
Dzisiaj kolejna porcja klasyki. Jestem zbyt zabiegany, żeby szukać czegoś mało znanego, a ciekawego. Piosenka "Black Sabbath" z płyty "Black Sabbath" zespołu... (cóż za oryginalność i inwencja)
Z tym zespołem wiąże się ciekawa historia. Mianowicie, gitarzysta, Tony Iommi, zanim zaczął grać, pracował przy maszynie do cięcia blachy. No i ta wstrętna bestia bez serca uciachała mu dwa opuszki u palców prawej ręki. Wymyślił sobie specjalne nakładki na palce, ale i tak podobno go bolało podczas grania. Zaczął więc sobie stroić gitarę niżej, co zaowocowało niepowtarzalnym brzmieniem zespołu.
Na dzisiaj to tyle ględzenia, do następnego razu!
Zwyczaj z bitwami na gumki i haczyki pomału przemija. Ostatnio zarzuciliśmy dużą walkę na rzecz znalezionego pod oknami auli roweru. Zrobiliśmy szybki wypad w celu przechwycenia pojazdu (zakończony sukcesem) i po chwili siłowania się znalazł się w auli. Radości nie było końca. Kiedy znudziła nam się zwykła jazda, postanowiłem podnieść poprzeczkę. Wtarabaniłem się na scenę i z całą prędkością, jaką można było uzyskać na 2-metrowym odcinku starym, zdezelowanym rowerem z zepsutą przerzutką, oddałem się w szpony matki grawitacji. W kołach nie było powietrza. Przeżyłem, nawet wylądowałem. Potem woziłem koleżankę na ramie. Perfidnie przerwał nam PO-ziom (gość od PO). Tu dialog:
PO-z: (z miną podobną do "krzyku" Muncha) Co to jest?
Ja: (z miną niewinną, jak mój pies, który rano się zlał na wykładzinę) Rower, panie psorze.
PO-z: Skąd?
Kumpel: Spod auli.
PO-z: A jak go wnieśliście?
Ja: Okn... Normalnie, przez główne.
PO-z: Dobra, wynosić mi to. (my biegiem do okna) NIE TĘDY! Drzwiami!
Rower leży po dziś dzień.
Przechodzę właśnie okres egzaminów półrocznych w szkole muzycznej, na razie (bardzo) dobrze. Teraz gorsza część.
Dzisiaj kolejna porcja klasyki. Jestem zbyt zabiegany, żeby szukać czegoś mało znanego, a ciekawego. Piosenka "Black Sabbath" z płyty "Black Sabbath" zespołu... (cóż za oryginalność i inwencja)
Z tym zespołem wiąże się ciekawa historia. Mianowicie, gitarzysta, Tony Iommi, zanim zaczął grać, pracował przy maszynie do cięcia blachy. No i ta wstrętna bestia bez serca uciachała mu dwa opuszki u palców prawej ręki. Wymyślił sobie specjalne nakładki na palce, ale i tak podobno go bolało podczas grania. Zaczął więc sobie stroić gitarę niżej, co zaowocowało niepowtarzalnym brzmieniem zespołu.
Na dzisiaj to tyle ględzenia, do następnego razu!
sobota, 26 listopada 2011
16. Kryzys twórczy
Cały tydzień myślałem, że muszę tu coś napisać, a jak przychodzi co do czego, to siedzę przed komputerem i gapię się w ekran jak idiota. Dzień dość intensywny, praktycznie cały spędzony na polu. Przedzimowe porządki.
Kurczę, tak ciężko jeszcze nigdy nie szło. Żaden konkretny temat mi się nie nasuwa. Przez dwadzieścia minut wypociłem tyle, co do tej chwili. O, mam tytuł. Przeraża mnie paraliż ludzkiego umysłu. Raz wszystko jest na swoim miejscu, tam, gdzie trzeba, innym razem - nie ma bata - nie wymyśli się nic. Co gorsza, ten stan utrzymuje się u mnie już od dłuższego czasu. Wpływ zimy, ciśnienia, pływów morskich, populacji rzekotek drzewnych, sytuacji geo-politycznej w południowym Bagdadzie? Nie mam pojęcia.
OStatnio ukochany mój polonista radośnie wtryndolił się w rozmowę wychowawczyni z rodzicami. Przez dziesięć minut chrzanił jak potłuczony o nowej maturze i o tym, jak ja to mówię hasłami, szarpię wypowiedzi, spłycam kontekst, et cetera, et cetera. Jak by tego było mało, kolejne piętnaście minut na lekcji relacjonował całej klasie ww. rozmowę. Ja się pytam, po co?
W klasie nowa-stara moda. Haczyki z kartki + gumka = pędząca śmierć. Ostrzeliwujemy wszystko i wszystkich. Jak mamy lekcję w auli, rozgrywa się epicka obrona bastionu. Bastion co bitwę się rozrasta, w ostatniej bitwie składał się z trzech stolików (blok główny), zasieków (krzesła nogami do góry, sztuk: 4) i 2 wysuniętych stanowisk strzeleckich (również z krzeseł). Bitwa trwa, amunicję liczy się w setkach :)
No i tak w mękach i bólach, po prawie dwóch godzinach powstało coś. To coś jest średniej jakości, ale musi wystarczyć, wybaczcie.
Dzisiaj klasyka. Klasyka klasyki. Ob la di ob la da.
Po prostu.
Więcej nic nie powiem.
Do następnego!
Kurczę, tak ciężko jeszcze nigdy nie szło. Żaden konkretny temat mi się nie nasuwa. Przez dwadzieścia minut wypociłem tyle, co do tej chwili. O, mam tytuł. Przeraża mnie paraliż ludzkiego umysłu. Raz wszystko jest na swoim miejscu, tam, gdzie trzeba, innym razem - nie ma bata - nie wymyśli się nic. Co gorsza, ten stan utrzymuje się u mnie już od dłuższego czasu. Wpływ zimy, ciśnienia, pływów morskich, populacji rzekotek drzewnych, sytuacji geo-politycznej w południowym Bagdadzie? Nie mam pojęcia.
OStatnio ukochany mój polonista radośnie wtryndolił się w rozmowę wychowawczyni z rodzicami. Przez dziesięć minut chrzanił jak potłuczony o nowej maturze i o tym, jak ja to mówię hasłami, szarpię wypowiedzi, spłycam kontekst, et cetera, et cetera. Jak by tego było mało, kolejne piętnaście minut na lekcji relacjonował całej klasie ww. rozmowę. Ja się pytam, po co?
W klasie nowa-stara moda. Haczyki z kartki + gumka = pędząca śmierć. Ostrzeliwujemy wszystko i wszystkich. Jak mamy lekcję w auli, rozgrywa się epicka obrona bastionu. Bastion co bitwę się rozrasta, w ostatniej bitwie składał się z trzech stolików (blok główny), zasieków (krzesła nogami do góry, sztuk: 4) i 2 wysuniętych stanowisk strzeleckich (również z krzeseł). Bitwa trwa, amunicję liczy się w setkach :)
No i tak w mękach i bólach, po prawie dwóch godzinach powstało coś. To coś jest średniej jakości, ale musi wystarczyć, wybaczcie.
Dzisiaj klasyka. Klasyka klasyki. Ob la di ob la da.
Po prostu.
Więcej nic nie powiem.
Do następnego!
piątek, 11 listopada 2011
15. CUDOWNE!!!!
Dzisiejszą młodzież bardzo łatwo zadowolić. Wpadamy w zachwyt stanowczo zbyt często, używamy superlatyw maksymalnie napompowanych pozytywnie w stylu "genialne", "najlepsze" etc. w odniesieniu do szeroko pojętego lada-gówna. Wszystko nas zachwyca. Jednak po paru dniach to genialne dzieło, jak jakaś piosenka, czy ktoś, coś, cokolwiek znika w przepaściach pamięci, jak w odmętach oceanu znika facet z odmiennym od Al'a Capone poglądem na interesy. W rezultacie spłycamy wszystko, czego doświadczamy. Nie potrafimy docenić czegoś faktycznie genialnego, bo dla nas wszystko takie jest.
Taka jakby trochę kiszka. Co z tym światem będzie...
Inspirowane postem "Piękno w prostocie" u Julke .
Swego czasu przeczytałem artykuł, w którym padło stwierdzenie, że muzycy wykonali "I love rock'n'roll" zespołu "Arrows". Długo myślałem, co ta małolata napisała (gazetka mojego ex-gimnazjum), przecież to Joan Jett. Ale okazało się, że jednak miała, skubana, rację.
Piosenka pochodzi z 1975 roku. Sam zespół grał krótko, bo od 1974 do 1977r. Wydali tylko jedną płytę, "First hit"
Taka jakby trochę kiszka. Co z tym światem będzie...
Inspirowane postem "Piękno w prostocie" u Julke .
Swego czasu przeczytałem artykuł, w którym padło stwierdzenie, że muzycy wykonali "I love rock'n'roll" zespołu "Arrows". Długo myślałem, co ta małolata napisała (gazetka mojego ex-gimnazjum), przecież to Joan Jett. Ale okazało się, że jednak miała, skubana, rację.
Piosenka pochodzi z 1975 roku. Sam zespół grał krótko, bo od 1974 do 1977r. Wydali tylko jedną płytę, "First hit"
14. Autor długo myślał nad tytułem, jednak nie odnalazł w sobie tyle weny, by ów element powstał.
Dawno, oj dawno mnie tu nie było. Ograniczony dostęp do sieci i ogólny młyn dookoła mnie są sprawcami tego jakże haniebnego uczynku. Obiecuję się poprawić. Ale do rzeczy.
Cały naród z rozpaczą i obłędem w oczach przyjął na klatę śmierć Hanki Mostowiak (zapamiętamy Cię na zawsze [*]). Tragedia to nagła i niespodziewana. Gruchnęła na nas w poniedziałkowy wieczór jak grom z jasnego nieba. Nikt, ale to nikt się nie spodziewał. Strzeżcie się! Kartonowe pudła czyhają na nasze cenne życia na każdym kroku.
Mamy 11 listopada, święto. Polacy po raz kolejny dali pożałowania godny popis swojej zaściankowatości. Myślę o wołających o pomstę do nieba wydarzeniach na pl. Konstytucji we "stolycy". Zaplanowany marsz niepodległości skończył się jedną wielką zadymą z policją. Czemu się dziwić, skoro zlazł się tam cały element z miasta i z dalsza. Ale czemu się dziwić. Zadymiarze, neo-naziści, Młodzież Wszechpolska, popularne ostatnio w różnych województwach grupy (...) patriotów (w miejsce kropek nazwa województwa), nacjonaliści, anarchiści i różne inne ścierwo się tam zlazło. Kolejny powód dla świata, by śmiać się z "tych głupich polaków". I to w jedno z najważniejszych, jeśli nie najważniejsze święto narodowe. Denerwuje też mało stanowcza postawa policji. Owszem, wyjęli pałki, czasem nawet przygrzali z armatki, ale co z tego. Zamiast zamknąć to-to na placu, wypychali ich, żeby się rozleźli po całym mieście. Polakom gratulujemy debili.
Jakiś czas temu w "Liście przebojów wszechczasów" red. Jerzy Skarżyński zapuścił piosenkę Bruce'a Springsteena "Johnny 99". Pochodzi z płyty "Nebraska", nagrywanej w sypialni Bruce'a tylko przez niego. Tyle wiem sam :). Teraz ciocia Wikipedia:
"Nebraska to szósty album Bruce'a Springsteena. Został nagrany w jego sypialni na 4-ścieżkowiec marki Tascam. Początkowo Nebraska miała być normalnym albumem nagranym z E-Street Band a wersja solowa miała służyć jedynie jako demo, ale ostatecznie zdecydowano się na jej wydanie. Elektryczne wersje utworów z tej płyty były grane podczas tras promujących ten i późniejsze albumy i można je znaleźć na bootlegach jako Electric Nebraska.
Utwór tytułowy został zainspirowany przez Charlesa Starkweathera, nastoletniego mordercę, który zabił 11 osób w latach 1957-1958.
W 2003 album został sklasyfikowany na 224. miejscu listy 500 albumów wszech czasów wg magazynu Rolling Stone."
Jako że piosenka strasznie wpadła mi w ucho, to posłuchałem trochę z tego albumu. Ogólnie smęci, ale jest parę perełek.
No a teraz clue monologu:
Do następnego!
Cały naród z rozpaczą i obłędem w oczach przyjął na klatę śmierć Hanki Mostowiak (zapamiętamy Cię na zawsze [*]). Tragedia to nagła i niespodziewana. Gruchnęła na nas w poniedziałkowy wieczór jak grom z jasnego nieba. Nikt, ale to nikt się nie spodziewał. Strzeżcie się! Kartonowe pudła czyhają na nasze cenne życia na każdym kroku.
Mamy 11 listopada, święto. Polacy po raz kolejny dali pożałowania godny popis swojej zaściankowatości. Myślę o wołających o pomstę do nieba wydarzeniach na pl. Konstytucji we "stolycy". Zaplanowany marsz niepodległości skończył się jedną wielką zadymą z policją. Czemu się dziwić, skoro zlazł się tam cały element z miasta i z dalsza. Ale czemu się dziwić. Zadymiarze, neo-naziści, Młodzież Wszechpolska, popularne ostatnio w różnych województwach grupy (...) patriotów (w miejsce kropek nazwa województwa), nacjonaliści, anarchiści i różne inne ścierwo się tam zlazło. Kolejny powód dla świata, by śmiać się z "tych głupich polaków". I to w jedno z najważniejszych, jeśli nie najważniejsze święto narodowe. Denerwuje też mało stanowcza postawa policji. Owszem, wyjęli pałki, czasem nawet przygrzali z armatki, ale co z tego. Zamiast zamknąć to-to na placu, wypychali ich, żeby się rozleźli po całym mieście. Polakom gratulujemy debili.
Jakiś czas temu w "Liście przebojów wszechczasów" red. Jerzy Skarżyński zapuścił piosenkę Bruce'a Springsteena "Johnny 99". Pochodzi z płyty "Nebraska", nagrywanej w sypialni Bruce'a tylko przez niego. Tyle wiem sam :). Teraz ciocia Wikipedia:
"Nebraska to szósty album Bruce'a Springsteena. Został nagrany w jego sypialni na 4-ścieżkowiec marki Tascam. Początkowo Nebraska miała być normalnym albumem nagranym z E-Street Band a wersja solowa miała służyć jedynie jako demo, ale ostatecznie zdecydowano się na jej wydanie. Elektryczne wersje utworów z tej płyty były grane podczas tras promujących ten i późniejsze albumy i można je znaleźć na bootlegach jako Electric Nebraska.
Utwór tytułowy został zainspirowany przez Charlesa Starkweathera, nastoletniego mordercę, który zabił 11 osób w latach 1957-1958.
W 2003 album został sklasyfikowany na 224. miejscu listy 500 albumów wszech czasów wg magazynu Rolling Stone."
Jako że piosenka strasznie wpadła mi w ucho, to posłuchałem trochę z tego albumu. Ogólnie smęci, ale jest parę perełek.
No a teraz clue monologu:
Do następnego!
wtorek, 1 listopada 2011
13. Jeden Jedenaście Dwa Jedenaście
Piękna pogoda i przyjemna temperatura. A ja prawie zgryzłem połowę nagrobków, bo nie wziąłem aparatu. Coś tam próbowałem pstrykać moim przezacnym, Szwedzko-Japońskim, podręcznym kombajnem do zdjęć i nie tylko, ale to jednak nie to samo (mimo że to ponoć cajber-szot jest). Z resztą sami patrzcie.
Dialog cmentarny:
Ja: (patrząc na szczyt jakiegoś starego nagrobka, w którym tkwił, jakby wbity, malutki krzyżyk,) Oo! Excalibur!
Mama: Trzeba było wyciągać.
Ja: Nie wiem, czym godzien.
Tata: No to trzeba było próbować! Na tym to polegało.
Ja: Eeee... Jak by wylazł to co by było?
---------------------------------------------------------
O piosence na dzisiaj zasadniczo niewiele wiem, oprócz tego, że mi się podoba :) Zaraz coś poszperam.
Mam. Chyba zajmę się tłumaczeniem brytyjskich haseł z wikipedii do polskiej wersji, bo jeśli chodzi o takie sprawy typu piosenki, zespoły, single itede, itepe, to nasza wikipedia jest BEZ-WAR-TOŚ-CIO-WA! Ale do rzeczy.
Zespół The View powstał w 2005 roku w Szkocji, gra indie-rocka i post-punk, do tej pory nagrali 3 studyjki.
"Grace" to jeden z dwóch singli promujących ostatnią płytę Bread and Circuses.
I co my byśmy bez tej wikipedii zdziałali?
Gwoi ścisłości: Informując o piosence zwykle wspomagam się ww. portalem, z wyjątkiem zespołu Queen, Muse i paru innych pojedynczych płyt. No wszystkiego po prostu nie mogę wiedzieć (chociaż niewiele mi brakuje :D)
Do następnego!
Dialog cmentarny:
Ja: (patrząc na szczyt jakiegoś starego nagrobka, w którym tkwił, jakby wbity, malutki krzyżyk,) Oo! Excalibur!
Mama: Trzeba było wyciągać.
Ja: Nie wiem, czym godzien.
Tata: No to trzeba było próbować! Na tym to polegało.
Ja: Eeee... Jak by wylazł to co by było?
---------------------------------------------------------
O piosence na dzisiaj zasadniczo niewiele wiem, oprócz tego, że mi się podoba :) Zaraz coś poszperam.
Mam. Chyba zajmę się tłumaczeniem brytyjskich haseł z wikipedii do polskiej wersji, bo jeśli chodzi o takie sprawy typu piosenki, zespoły, single itede, itepe, to nasza wikipedia jest BEZ-WAR-TOŚ-CIO-WA! Ale do rzeczy.
Zespół The View powstał w 2005 roku w Szkocji, gra indie-rocka i post-punk, do tej pory nagrali 3 studyjki.
"Grace" to jeden z dwóch singli promujących ostatnią płytę Bread and Circuses.
I co my byśmy bez tej wikipedii zdziałali?
Gwoi ścisłości: Informując o piosence zwykle wspomagam się ww. portalem, z wyjątkiem zespołu Queen, Muse i paru innych pojedynczych płyt. No wszystkiego po prostu nie mogę wiedzieć (chociaż niewiele mi brakuje :D)
Do następnego!
niedziela, 30 października 2011
12. Bohater Obi-boków.
Miło siąść w niedzielne popołudnie ze świadomością jeszcze 2 dni względnego luzu. Nic nie smakuje lepiej, niż pobudka o 10:45 (dawnej 11:45). Obiad sfagocytowany, ciasto również, A ja złapałem takiego lenia, że siedzę i gapię się bez celu w monitor, nawet klepać w te małe, śmieszne, czarne kwadraciki z literkami mi się nie chce.
Rozpoczynam bojkot Formuły 1. Moja akcja wymierzona jest w Lewisa Hamiltona. Nie chodzi tu o rasizm, ale o jego wandalizm, brak wyobraźni i piątej klepki, wreszcie, o jego pozycję w świecie motoryzacji.
Lewis Hamilton jest bandytą, chamem, nie liczy się z nikim i niczym, a jego postawa pożałowania godną jest. Praktycznie w każdym wyścigu eliminuje któregoś z rywali, podczas gdy jemu wszystko uchodzi na sucho, gdyż jest ubóstwiany przez sędziów, władze FIA i ogólnie przez wszystkich tych, którzy mają coś do powiedzenia. Dzisiejszy, indyjski przykład starcia z Felipe Massą ukazuje cały schemat działań. W miejscu zupełnie nie nadającym się do jakichkolwiek manewrów szanowny Anglik zabiera się od wewnętrznej do tyłka Brazylijczykowi, po czym z całą radością pakuje mu się w bok, niczym w zawodach Destruction Derby. Po całej akcji płacze do radia, że "Massa nie zostawił mi miejsca", po czym jak gdyby nigdy nic rusza dalej na trasę. Massa podczas ataku cały czas był przed Hamiltonem, nie blokował go, po prostu jechał cały czas swoim torem, nawet nie spodziewał się, że w tym miejscu toru może zostać zaatakowany.
A kto dostał karę?
Dość tego narzekania, bo zrażę do siebie całą żeńską publikę i wtedy to już nikt mnie nie będzie czytał. Całkowicie wsiąkłem ostatnio w Final Fantasy 1 na Pegasusa. Gierka wyje, buczy, błyska i daje tyle radochy, co cała szafka najnowszych, kilkunasto-gigabajtowych tworów. Polecam!
A w kąciku muzycznym, tak jak obiecałem, dzisiaj w roli głównej...
...hydraulik.
Również bohater Pegasusa :)
Miłej reszty weekendu, ja włączam FF1, świat się przecież sam nie uratuje!
PS. Tytuł posta (to oczywiście o mnie) to również tytuł trzeciej z trylogii Mariusza Niemyckiego książki, w której zaczytywałem się szkrabem będąc.
Rozpoczynam bojkot Formuły 1. Moja akcja wymierzona jest w Lewisa Hamiltona. Nie chodzi tu o rasizm, ale o jego wandalizm, brak wyobraźni i piątej klepki, wreszcie, o jego pozycję w świecie motoryzacji.
Lewis Hamilton jest bandytą, chamem, nie liczy się z nikim i niczym, a jego postawa pożałowania godną jest. Praktycznie w każdym wyścigu eliminuje któregoś z rywali, podczas gdy jemu wszystko uchodzi na sucho, gdyż jest ubóstwiany przez sędziów, władze FIA i ogólnie przez wszystkich tych, którzy mają coś do powiedzenia. Dzisiejszy, indyjski przykład starcia z Felipe Massą ukazuje cały schemat działań. W miejscu zupełnie nie nadającym się do jakichkolwiek manewrów szanowny Anglik zabiera się od wewnętrznej do tyłka Brazylijczykowi, po czym z całą radością pakuje mu się w bok, niczym w zawodach Destruction Derby. Po całej akcji płacze do radia, że "Massa nie zostawił mi miejsca", po czym jak gdyby nigdy nic rusza dalej na trasę. Massa podczas ataku cały czas był przed Hamiltonem, nie blokował go, po prostu jechał cały czas swoim torem, nawet nie spodziewał się, że w tym miejscu toru może zostać zaatakowany.
A kto dostał karę?
Dość tego narzekania, bo zrażę do siebie całą żeńską publikę i wtedy to już nikt mnie nie będzie czytał. Całkowicie wsiąkłem ostatnio w Final Fantasy 1 na Pegasusa. Gierka wyje, buczy, błyska i daje tyle radochy, co cała szafka najnowszych, kilkunasto-gigabajtowych tworów. Polecam!
A w kąciku muzycznym, tak jak obiecałem, dzisiaj w roli głównej...
...hydraulik.
Również bohater Pegasusa :)
Miłej reszty weekendu, ja włączam FF1, świat się przecież sam nie uratuje!
PS. Tytuł posta (to oczywiście o mnie) to również tytuł trzeciej z trylogii Mariusza Niemyckiego książki, w której zaczytywałem się szkrabem będąc.
wtorek, 25 października 2011
11. Próżności ma!
Kolejny męczący początek tygodnia za nami.Długi weekend zbliża się wielkimi krokami. Wypłata po akademii nadchodzi, pozytywne wpisy! Żeby otrzymać, należało opisać krótko na kartce, co się działało, by przyczynić się do ogólnoświatowego sukcesu naszego przedstawienia. Ponieważ treść mojej i tak już wypłynęła w świat, przytaczam ją też tutaj.
Michał Suchoń urodził się wmałej wiosce mieście byłym stołecznym Krakowie w roku 1994. Przez całe życie dorastał ze świadomością, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym będzie on musiał stanąć na wysokości zadania, biorąc udział w światowej klasy dziwowisku dla niepoznaki szumnie akademią nazwanego. Dzień ten nadszedł dnia czternastego miesiąca dziesiątego w miasteczku Wieliczce, z systemu podziemnych korytarzy słynącego.
Kiedy stanął w świetle jupiterów, cała scena, cała publika były jego. Doskonale znał każdy centymetr kwadratowy sceny, przecież sam ją montował poświęcając swój cenny, prywatny czas potrzebny do szlifowania roli.
Michał był tego dnia królem sceny. Po znamienitym odegraniu swej roli życia łaskawie pozostał po spektaklu, by zjednoczyć się z plebsem w trudach dnia powszedniego, rozmontowując po sztuce dekoracje.
Jego nieoceniony wkład w edukowanie polskiej młodzieży powinien zostać bezsprzecznie uhonorowany i doceniony. Powinien też zająć miejsce wyżej nauczycieli.
Nauczyciele rodzą się codziennie.
Michał Suchoń tylko raz!
Ostatnie zdanie niestety nie zostało wymyślone przeze mnie, sparafrazowałem wypowiedź cesarza Józefa II Habsburga o Mozarcie (w miejsce nauczycieli - generałowie).
W Kąciku Muzycznym pora na nieco klasyki.
Jako że ten utwór zaprząta mi teraz większość czasu poświęconego ćwiczeniu na fagocie, nie sposób nie nadmienić o jego wpływie. Pierwsze próby pełnym składem już się odbyły, idzie nieźle, choć do tych tu na dole trochę nam jeszcze brakuje.
Meine Dammen und Herren, Herr Franz Schubert und seine Unvollendete Simphonie (jeśli coś jest źle, korygujcie, zedytuję).
Tadam!
Następnym razem coś wyłącznie na fagot (właściwie to na 4).
PS. Zbieram siły i motywację na artykuł specjalny. Oczekujcie :)
Dobrej nocy!
PS 2. Naprawdę urodziłem się w Krakowie, tylko ta mała wioska mi w wizji leżała.
Michał Suchoń urodził się w
Kiedy stanął w świetle jupiterów, cała scena, cała publika były jego. Doskonale znał każdy centymetr kwadratowy sceny, przecież sam ją montował poświęcając swój cenny, prywatny czas potrzebny do szlifowania roli.
Michał był tego dnia królem sceny. Po znamienitym odegraniu swej roli życia łaskawie pozostał po spektaklu, by zjednoczyć się z plebsem w trudach dnia powszedniego, rozmontowując po sztuce dekoracje.
Jego nieoceniony wkład w edukowanie polskiej młodzieży powinien zostać bezsprzecznie uhonorowany i doceniony. Powinien też zająć miejsce wyżej nauczycieli.
Nauczyciele rodzą się codziennie.
Michał Suchoń tylko raz!
Ostatnie zdanie niestety nie zostało wymyślone przeze mnie, sparafrazowałem wypowiedź cesarza Józefa II Habsburga o Mozarcie (w miejsce nauczycieli - generałowie).
W Kąciku Muzycznym pora na nieco klasyki.
Jako że ten utwór zaprząta mi teraz większość czasu poświęconego ćwiczeniu na fagocie, nie sposób nie nadmienić o jego wpływie. Pierwsze próby pełnym składem już się odbyły, idzie nieźle, choć do tych tu na dole trochę nam jeszcze brakuje.
Meine Dammen und Herren, Herr Franz Schubert und seine Unvollendete Simphonie (jeśli coś jest źle, korygujcie, zedytuję).
Tadam!
Następnym razem coś wyłącznie na fagot (właściwie to na 4).
PS. Zbieram siły i motywację na artykuł specjalny. Oczekujcie :)
Dobrej nocy!
PS 2. Naprawdę urodziłem się w Krakowie, tylko ta mała wioska mi w wizji leżała.
czwartek, 20 października 2011
10. Zero.
No i mam mały jubileusz. Dyszka tych właściwych (numerowanych) postów stuknęła. No i mam problem, bo mimo ograniczenia się z częstotliwością pisania nie mogę wymyślić nic konkretnego. Całkowity brak weny. Nawet teraz uciekła mi dobra myśl na kontynuację tego postu.
Naszą klasę obarczono akademią na święto KEN. Się nauczylim, odegralim, podobało się. Zostaliśmy też pod niebiosa wychwaleni oraz hojnie wynagrodzeni przez ukochanego naszego polonistę. W bezmiarze swej łaskawości wkroił do dziennika wszystkim aktorom po czwórce (cytat: "Bo po piąteczce to nie!"). Więc jak wszystko było super, no to z jakiej cholery, zapytuję, 4 a nie 5? Takie to trudne? Kreska w dół, brzuszek i pozioma u góry?
No i znalazłem kolejny temat do narzekań. Niewyczerpany wręcz i nieskończenie bezsensowny. Umysł kobiety. Istota problemu: Tu zacytuję nowe objawienie polskiego słowa pisanego, czwartego wieszcza narodowego, niejakiego Michała S.:
"Bo wy to macie nasrane do tych głów. Ta ma 55 kilo i się odchudza (bo gruba), te ładne twierdzą, że wyglądają jak pasztet z konserwy (przeterminowany), a WSZYSTKIE twierdzą, że mają za małe cycki (nawet te, co w nocy nie mogą spać na wznak, bo by się podusiły).
Ot, cała sprawa.
Drogie panie, ocenianie zostawcie nam, facetom. Wy nie jesteście obiektywne, my zwykle do bólu szczerzy (pozdrawiam kolegów z Korytarzowego Prezydium Sędziowskiego). Więc jeśli mężczyzna mówi: Jest OK, super, wyglądasz świetnie etc., to tak najczęściej JEST. Jeśli nie, to też się o tym dowiecie (za wyjątkiem związku małżeńskiego, w którym kobieta ZAWSZE ma figurę dziewiętnastoletniej modelki i ZAWSZE wygląda wprost olśniewająco).
No i jakoś poszło. Częściowo dzięki koleżance Klaudii (pozdrawiam!)z kompletnej pustki zrodził się całkiem spory tekścik. Na dzisiaj starczy już tego dziermolenia. And now... A SONG!!!
Na piosenkę też nie miałem pomysłu, przez jakieś 5 minut pozwalałem moim myślom błądzić, aż w końcu napatoczyło się TO!
Brighton Rock zespołu Queen. Wersja studyjna pojawiła się na płycie Sheer Heart Attack, ale postanowiłem wrzucić wersję z koncertowej Live Killers (2x dłuższa, 2x bogatsza, 2x lepsza!!!) Bawcie się!
"...I chołodziec litewski milczkiem żwawo jedli."
Naszą klasę obarczono akademią na święto KEN. Się nauczylim, odegralim, podobało się. Zostaliśmy też pod niebiosa wychwaleni oraz hojnie wynagrodzeni przez ukochanego naszego polonistę. W bezmiarze swej łaskawości wkroił do dziennika wszystkim aktorom po czwórce (cytat: "Bo po piąteczce to nie!"). Więc jak wszystko było super, no to z jakiej cholery, zapytuję, 4 a nie 5? Takie to trudne? Kreska w dół, brzuszek i pozioma u góry?
No i znalazłem kolejny temat do narzekań. Niewyczerpany wręcz i nieskończenie bezsensowny. Umysł kobiety. Istota problemu: Tu zacytuję nowe objawienie polskiego słowa pisanego, czwartego wieszcza narodowego, niejakiego Michała S.:
"Bo wy to macie nasrane do tych głów. Ta ma 55 kilo i się odchudza (bo gruba), te ładne twierdzą, że wyglądają jak pasztet z konserwy (przeterminowany), a WSZYSTKIE twierdzą, że mają za małe cycki (nawet te, co w nocy nie mogą spać na wznak, bo by się podusiły).
Ot, cała sprawa.
Drogie panie, ocenianie zostawcie nam, facetom. Wy nie jesteście obiektywne, my zwykle do bólu szczerzy (pozdrawiam kolegów z Korytarzowego Prezydium Sędziowskiego). Więc jeśli mężczyzna mówi: Jest OK, super, wyglądasz świetnie etc., to tak najczęściej JEST. Jeśli nie, to też się o tym dowiecie (za wyjątkiem związku małżeńskiego, w którym kobieta ZAWSZE ma figurę dziewiętnastoletniej modelki i ZAWSZE wygląda wprost olśniewająco).
No i jakoś poszło. Częściowo dzięki koleżance Klaudii (pozdrawiam!)z kompletnej pustki zrodził się całkiem spory tekścik. Na dzisiaj starczy już tego dziermolenia. And now... A SONG!!!
Na piosenkę też nie miałem pomysłu, przez jakieś 5 minut pozwalałem moim myślom błądzić, aż w końcu napatoczyło się TO!
Brighton Rock zespołu Queen. Wersja studyjna pojawiła się na płycie Sheer Heart Attack, ale postanowiłem wrzucić wersję z koncertowej Live Killers (2x dłuższa, 2x bogatsza, 2x lepsza!!!) Bawcie się!
"...I chołodziec litewski milczkiem żwawo jedli."
Subskrybuj:
Posty (Atom)