Znowu nie dotrzymałem słowa. Znowu nie było mnie za długo. Ale wracam, tak, jeszcze żyję. A co więcej, nawet mam na co narzekać.
Dane nam było zagrać na przesłuchaniach makroregionalnych (ludzie z 3 województw). Od samego początku przedsięwzięcie usiane było minami. Najpierw nasz kochany Dyrektor (który, przypomnę, kupuje nowe fortepiany i wstawia lustra o powierzchni boiska piłkarskiego do każdego kibla podczas gdy waltornie są poklejone taśmą klejącą, co by się nie rozpadły) płakał, że za dużo ludzi jedzie, będzie musiał płacić. Potem zarządził, że nie mamy noclegu, do Lublina jedziemy, gramy, wracamy. Na koniec powiadomił łaskawie, że nie da transportu, jedziemy tam własnymi samochodami. Cudownie.
Żeby tam zajechać, ustalono wyjazd na godzinę 7:30. Żeby dotrzeć na tę godzinę do Krakowa, musiałem wstać o godzinie 5:20. Niby raz na czas można, ale w perspektywie grania tego dnia konkursu... Dobra. Zajechaliśmy, nawet całkiem niezłą drogą, w jakieś 4 godziny z hakiem, więc jest około 12. Moja grupa zaczyna się o... 17. Więc, siedzimy prawie 5 godzin na dupach i nic nie robimy. Można się było w domu wyspać, ale... cóż...
Gramy. Po całym dniu, wyczerpującej jeździe, no ale gramy.
Zagraliśmy wszyscy. Ja nie najlepiej, ale nie liczyłem na wiele więcej. Wracamy. W Krakowie na tyle późno, że żadnego busa do domu, dobrze mieć miłych i uczynnych przyjaciół (dzięki jeszcze raz, Zuz).
Przychodzą wyniki. Wszystko jak się spodziewałem. Na trzecim miejscu ze wszystkich uczestników fagocistka z Krakowa, nie wiadomo skąd, nie wiadomo, kto to.
Jakiś czas później, gdy już właściwie wszyscy o tym zapomnieli, na Akademii Muzycznej w Krakowie odbywały się warsztaty z bardzo dobrym fagocistą. Jedną z uczestniczek było wcale niebrzydkie dziewczę o imieniu i nazwisku dziwnie zbieżnym z tą z Makro. Ale nie, Suchoniu, przecież to niemożliwe, ta tutaj robi licencjat, na konkurs dla 4. i 5. roku średniej muzycznej nikt by jej nie wpuścił, za długo gra. Tym większe było moje zdziwienie, gdy mój profesor zwrócił na nią moją uwagę i powiedział, co sądzi. Okazało się, że w prawie polskim jest luka (niejedna zresztą) i osoby, które przerwały edukację w średniej muzycznej w 4. i 5. klasie, nieważne co z nimi potem się działo, czy olały muzykę, czy studiują na akademiach muzycznych tego świata, wg kryteriów przyjęcia do tego konkursu jak najbardziej mogą brać udział, bo mają ukończone jedynie 3 czy 4 lata średniej psm. Pozostawiam do przemyśleń, a o tym, jak bardzo liczy się wygląd na scenie i to, skąd jest przewodniczący jury, pominę.
Koniec jęczenia, bo mi dzisiaj nie idzie.
Zespół Deep Purple wydał w 1971 roku album "Fireball". w 1996 roku wyszedł remaster z okazji 25, rocznicy wydania, na którym utworów bonusowych jest więcej niż płycie właściwych. Między innymi to nagranie. Powołując się na dochodzenie redaktora z Radia Kraków mogę napisać, że członkowie grupy po prostu się narąbali i urządzili sobie taki jam. I wiecie co... chciałbym tak grać, żeby nawet w tym stanie TAK grać.
Do następnego!
niedziela, 8 grudnia 2013
poniedziałek, 9 września 2013
68. Obrona humanizmu
W sali historycznej mojego ex-LO wiszą w gablotkach (ku uciesze tego starego nietoperza, który nazywać siebie nauczycielem ma w zwyczaju, a tak naprawdę to nie jest) karteluszki opisujące pokrótce zależności między dwoma profilami klasy, której to ów człek jest wychowawcą (było ich za mało, co by zrobić dwie bandy, więc matematyków połączono z polonistami i powstał dziwny potworek, mat-inf-pol-hist, lub coś bardzo podobnego). Na tych kartkach są wypisane różnego rodzaju "przekomarzanki" międzyfrakcyjne, pobrane w większości z nonsensopedii, w stylu "Humanista – niespójna wewnętrznie subkultura powstała w celu tłumaczeniu otoczeniu, że nie warto się uczyć matematyki" i w drugą stronę. I tego jednego hasła właśnie chciałbym się uczepić.
Wśród społeczeństwa utarło się opozycyjne zestawienie humanista-ścisłowiec. Tak bardzo się utarło, że jest przyjmowane za aksjomat niemalże. A ja się pytam, do ciężkiej, cholery, dlaczego?!
Prąd humanizmu europejskiego narodził się w epoce renesansu, we Włoszech. Bez zbędnego zagłębiana się, stawiał człowieka, jego uczucia, doznania w centrum zainteresowania. Homo Sapiens zaczął się interesować tym, by po prostu było mu dobrze, a także tym, co się dzieje wewnątrz niego (i biologicznie i eterycznie) Doprowadziło to wielu różnych, bardziej lub mniej udanych eksperymentów i badań. Człowiek zaczął poznawać świat będący przed, za, nad, pod, wokół, z lewej, z prawej, a nawet w nim. Wiele razy wyrywało mu się ciche, "ożesz ty...", kiedy uświadamiał sobie kolejne wiekopomne odkrycie. Nie ograniczał się przy tym do poznawania jednej dziedziny, chciał wiedzieć jak najwięcej. Taki Michelangelo Buonarotti. Nie dość, że wybitny malarz, rzeźbiarz i architekt, to do tego jeszcze poeta. Doskonały w każdej dziedzinie. Dalej, Albrecht Dürer, prócz niewątpliwego talentu malarskiego był także teoretykiem wojskowym. Mikołaj Kopernik zajmował się astronomią, matematyką, prawem, ekonomią, strategią wojskową, astrologią, był także lekarzem oraz tłumaczem. A już wszystkich bije na głowę pewien nieślubny syn notariusza i chłopki, urodzony 15 kwietnia 1452r. w okolicach włoskiego miasta Vinci. Ów człowiek był (gdy tak się pomyśli, że to wszystko może robić jeden człowiek to... ufff) malarzem, architektem, filozofem, muzykiem, pisarzem, odkrywcą, matematykiem, mechanikiem, anatomem, wynalazcą, geologiem. Człowiek witruwiański, Dama z łasiczką, Mona Lisa, projekt helikoptera, czołgu, łodzi podwodnej, podwójnego kadłuba, wykorzystanie podstaw tektoniki płyt, tysiące wynalazków, o których nawet nie wiemy, że to jego zasługa - to wszystko on jeden, sam, samiusieńki.
Podobnych im polihistorów było znacznie, znacznie więcej. Humanizm wyprodukował ludzi wszechstronnych, interesujących się każdym bez wyjątku aspektem życia człowieka. Więc dlaczego teraz uważamy, że humanista to ktoś uczący się polskiego/historii/wosu itp? Dlaczego utarło się stwierdzenie, że humaniście wręcz nie wolno lubić, interesować się matematyką/fizyką/chemią?
Jestem humanistą.
Tak, interesuję się naprawdę wszystkim po trosze. Od literatury (zarówno wchłaniania, jak i oddawania), przez astronomię, muzykę, historię, fizykę, chemię, modelarstwo, fotografię, żeglarstwo, sporty motorowe, przeróżne inne sporty, mechanikę, geografię, kulinaria, meteorologię, budownictwo, architekturę, różnego rodzaju manufaktury i zasady wytwarzania przedmiotów, kulturę i sporty dalekiego wschodu, kończąc nawet na takich abstrakcyjnych zagadnieniach jak wylewki maszynowe, zielarstwo czy produkcja nakrętek i śrub. Jest mi nawet ciężko wymieniać, w każdej dziedzinie widzę coś ciekawego, z wielu mam jakąś (bardzo nawet) podstawową wiedzę, która (na przykładzie żeglarstwa) może nie pozwoli mi opłynąć samotnie świata w kajaku, ale znam zasady poruszania się żaglówek, pewne procedury, jak np. halsówka (możliwość płynięcia w kierunku przeciwnym do wiatru), refowanie żagli czy zwrot przez rufę. Wiem co to bakburta, sterburta, bom, spinaker, rufa, rumpel i tym podobne. Nie jest to wiele, ale zawsze jakaś baza pod pogłębianie wiedzy (niezbyt wielkiej i z racji wieku i z racji ogromu wiedzy, którą ludzkość przez tysiące lat nabyła) Podobnie jest z innymi dziedzinami. Czyni mnie to, niezbyt skromnie mówiąc (ale trzeba znać swoją wartość i być odrobinę pewnym siebie, no bo co w końcu, kurczę blade), doskonałym materiałem do rozmowy :) Nie trzeba mi tłumaczyć większości podstaw pasji różnych ludzi, o których tak chętnie się przecież opowiada, a przy tym jestem aktywnym i chłonnym słuchaczem. Oczywiście, nie można dysponować wiedzą wyłącznie ogólną, specjalizacja jest, jak najbardziej, wskazana (Sam mógłbym opowiadać godzinami o muzyce (od poważnej, po bardzo rozrywkową)czy o browarnictwie i piwie), ale wszystko rozsądnie, z umiarem. Yin Yang (Azjaci to wyższa cywilizacja, ale o tym kiedy indziej).
No bo popatrzmy praktycznie. Luźna rozmowa towarzyska. (bardzo proszę się nie czepiać, że w towarzystwie się o takich rzeczach nie gada, bo po pierwsze: to jest nieźle obrazujący (mam nadzieję) sytuację przykład; po drugie, poznałem takich, co mogą). Siedzimy w knajpie przy piwie, rozmowa schodzi na... górnictwo i kopalnie (cicho być, uprzedzałem). Myślę sobie: "fajnie, przeczytałem miliony książek o halicie, zarówno historycznych jak i stricte technicznych, o wydobyciu soli wiem wszystko, byłem nawet w kopalni w Wieliczce, a nawet - szacunek dla mnie - w Bochni i Kłodawie. Wiem o tym naprawdę wszystko, nikt mnie nie zagnie, pokażę swoją erudycję, zyskam szacunek..." et cetera, et cetera. Tymczasem rozmowa schodzi na... wydobycie węgla kamiennego. O którym nie wiem absolutnie NIC. I jedno i drugie to kopalnia, z jednego i drugiego wywleka się ciężkie kloce minerałów na powierzchnię, jednak technika ich wydzierania Mateczce Ziemi, zagrożenia z tym związane, warunki pracy i wiele innych czynników różnią się diametralnie. Siedzę więc cichuteńko, tyle mając do powiedzenia, co karp w wigilię, otwierając tylko co jakiś czas usta, wiercąc się niespokojnie na swoim miejscu i wypatrując z utęsknieniem zmiany tematu. Tematu przecież tak pokrewnego z moim konikiem, jak tylko się da, ale jednak - mi obcego.
W wiedzy ogólnej nie ma nic zdrożnego, co więcej, według mnie jest wysoce wskazana, by móc szczęśliwie i spokojnie egzystować socjalnie. Jest jednak jeden warunek. Nie może to być wiedza ogólna nabyta w polskich szkołach państwowych. Odpuśćcie sobie. Pół życia uczymy się o jakichś aparatach szparkowych, fagocytozach, fazach replikacji DNA, a pójdziemy do lasu i nie rozpoznamy nawet gatunku drzewa, które mijamy piąty raz, próbując odnaleźć drogę do domku, nie umiejąc określić nawet azymutu mimo oczywistych znaków dawanych nam przez naturę i nawet nie domyślając się oczywiście, że te śliczne, tak duże i smaczne jagódki, które zjedliśmy chwilę temu zdążyły już wydzielić całą atropinę a za najdalej parę godzin zostawią jedynie poskręcane, stygnące zwłoki na środku tej idyllicznej polanki, gdzie fruwają motylki, ptaszki ćwierkają a słonko prześwieca przez rzadsze korony drzew, rzucając przepiękne snopy światła na zieloną, soczystą trawkę.
To chyba najdłuższa moja notka w historii (nie liczę opowiadania). W końcu satysfakcjonująca moje chorawe ambicje, w końcu taka, której pisanie zajęło mi więcej (oj, znacznie więcej) niż dwadzieścia minut. Mam nadzieję, że się podobała. Blog ten w ogóle powoli zamienia się w zbiór felietonów (wpływy panów Andrusa i Kresa), ale podoba mi się ta transformacja. Bo w sumie dlaczego by nie?
W CKM dzisiaj, jako że poziom notki (mam nadzieję) wysoki, to też wypadałoby coś podobnego umieścić.
Jako że odbieram ten post jako swego rodzaju święto, przełamanie, to utworki dzisiaj będą dwa. Pierwszy to wyraz mojego sprzeciwu wobec komercjalnemu podejściu do czegoś, co tylko może spodobać się szerszej niż predestynowana grupie odbiorców. Taką politykę stosuje u nas radio RMF FM, puszczające w kółko jedną piosenkę (często całkiem nie najgorszą, vide: Enej) AŻ DO PORZYGU. Jechać busem godzinę i słyszeć to samo razy trzy? Toż oni by mi nawet Queen obrzydzili. Ale do rzeczy.
Każdy zna "Nothing else matters". Każdy, choć trochę osłuchany w normalnej muzyce rzyga "Nothing else matters". Każdy umie zagrać "Nothing else matters". Ja też do wszystkich tych grup się zaliczam. Ale...
Zespół nazywa się Iron Horse, pochodzi z USA, gra muzykę bluegrassową (dla niezorientowanych: taki amerykański folklor: szybkie banjo, skrzypce, prosta rytmika), powstał w roku 2000 i gra covery. Covery największych tuzów, jak Metallica, Led Zeppelin, Black Sabbath, czy na przykład Black Label Society. No i... umieją chłopaki grać. A nawet trochę śpiewać.
Natomiast druga piosenka to mistrzostwo. Zarówno w oryginale jak i wersji panów z Alabamy. Swoją drogą, również rozklepana niczym Andrzej Gołota po walce z Lennoxem Lewisem. Ale to nie szkodzi. Bo jest jedną z najcudowniejszych piosenek kiedykolwiek napisanych.
Trzy godziny pisania, nieprędko chyba będzie mnie stać na podobny zryw. Do następnego!
Wśród społeczeństwa utarło się opozycyjne zestawienie humanista-ścisłowiec. Tak bardzo się utarło, że jest przyjmowane za aksjomat niemalże. A ja się pytam, do ciężkiej, cholery, dlaczego?!
Prąd humanizmu europejskiego narodził się w epoce renesansu, we Włoszech. Bez zbędnego zagłębiana się, stawiał człowieka, jego uczucia, doznania w centrum zainteresowania. Homo Sapiens zaczął się interesować tym, by po prostu było mu dobrze, a także tym, co się dzieje wewnątrz niego (i biologicznie i eterycznie) Doprowadziło to wielu różnych, bardziej lub mniej udanych eksperymentów i badań. Człowiek zaczął poznawać świat będący przed, za, nad, pod, wokół, z lewej, z prawej, a nawet w nim. Wiele razy wyrywało mu się ciche, "ożesz ty...", kiedy uświadamiał sobie kolejne wiekopomne odkrycie. Nie ograniczał się przy tym do poznawania jednej dziedziny, chciał wiedzieć jak najwięcej. Taki Michelangelo Buonarotti. Nie dość, że wybitny malarz, rzeźbiarz i architekt, to do tego jeszcze poeta. Doskonały w każdej dziedzinie. Dalej, Albrecht Dürer, prócz niewątpliwego talentu malarskiego był także teoretykiem wojskowym. Mikołaj Kopernik zajmował się astronomią, matematyką, prawem, ekonomią, strategią wojskową, astrologią, był także lekarzem oraz tłumaczem. A już wszystkich bije na głowę pewien nieślubny syn notariusza i chłopki, urodzony 15 kwietnia 1452r. w okolicach włoskiego miasta Vinci. Ów człowiek był (gdy tak się pomyśli, że to wszystko może robić jeden człowiek to... ufff) malarzem, architektem, filozofem, muzykiem, pisarzem, odkrywcą, matematykiem, mechanikiem, anatomem, wynalazcą, geologiem. Człowiek witruwiański, Dama z łasiczką, Mona Lisa, projekt helikoptera, czołgu, łodzi podwodnej, podwójnego kadłuba, wykorzystanie podstaw tektoniki płyt, tysiące wynalazków, o których nawet nie wiemy, że to jego zasługa - to wszystko on jeden, sam, samiusieńki.
Podobnych im polihistorów było znacznie, znacznie więcej. Humanizm wyprodukował ludzi wszechstronnych, interesujących się każdym bez wyjątku aspektem życia człowieka. Więc dlaczego teraz uważamy, że humanista to ktoś uczący się polskiego/historii/wosu itp? Dlaczego utarło się stwierdzenie, że humaniście wręcz nie wolno lubić, interesować się matematyką/fizyką/chemią?
Jestem humanistą.
Tak, interesuję się naprawdę wszystkim po trosze. Od literatury (zarówno wchłaniania, jak i oddawania), przez astronomię, muzykę, historię, fizykę, chemię, modelarstwo, fotografię, żeglarstwo, sporty motorowe, przeróżne inne sporty, mechanikę, geografię, kulinaria, meteorologię, budownictwo, architekturę, różnego rodzaju manufaktury i zasady wytwarzania przedmiotów, kulturę i sporty dalekiego wschodu, kończąc nawet na takich abstrakcyjnych zagadnieniach jak wylewki maszynowe, zielarstwo czy produkcja nakrętek i śrub. Jest mi nawet ciężko wymieniać, w każdej dziedzinie widzę coś ciekawego, z wielu mam jakąś (bardzo nawet) podstawową wiedzę, która (na przykładzie żeglarstwa) może nie pozwoli mi opłynąć samotnie świata w kajaku, ale znam zasady poruszania się żaglówek, pewne procedury, jak np. halsówka (możliwość płynięcia w kierunku przeciwnym do wiatru), refowanie żagli czy zwrot przez rufę. Wiem co to bakburta, sterburta, bom, spinaker, rufa, rumpel i tym podobne. Nie jest to wiele, ale zawsze jakaś baza pod pogłębianie wiedzy (niezbyt wielkiej i z racji wieku i z racji ogromu wiedzy, którą ludzkość przez tysiące lat nabyła) Podobnie jest z innymi dziedzinami. Czyni mnie to, niezbyt skromnie mówiąc (ale trzeba znać swoją wartość i być odrobinę pewnym siebie, no bo co w końcu, kurczę blade), doskonałym materiałem do rozmowy :) Nie trzeba mi tłumaczyć większości podstaw pasji różnych ludzi, o których tak chętnie się przecież opowiada, a przy tym jestem aktywnym i chłonnym słuchaczem. Oczywiście, nie można dysponować wiedzą wyłącznie ogólną, specjalizacja jest, jak najbardziej, wskazana (Sam mógłbym opowiadać godzinami o muzyce (od poważnej, po bardzo rozrywkową)czy o browarnictwie i piwie), ale wszystko rozsądnie, z umiarem. Yin Yang (Azjaci to wyższa cywilizacja, ale o tym kiedy indziej).
No bo popatrzmy praktycznie. Luźna rozmowa towarzyska. (bardzo proszę się nie czepiać, że w towarzystwie się o takich rzeczach nie gada, bo po pierwsze: to jest nieźle obrazujący (mam nadzieję) sytuację przykład; po drugie, poznałem takich, co mogą). Siedzimy w knajpie przy piwie, rozmowa schodzi na... górnictwo i kopalnie (cicho być, uprzedzałem). Myślę sobie: "fajnie, przeczytałem miliony książek o halicie, zarówno historycznych jak i stricte technicznych, o wydobyciu soli wiem wszystko, byłem nawet w kopalni w Wieliczce, a nawet - szacunek dla mnie - w Bochni i Kłodawie. Wiem o tym naprawdę wszystko, nikt mnie nie zagnie, pokażę swoją erudycję, zyskam szacunek..." et cetera, et cetera. Tymczasem rozmowa schodzi na... wydobycie węgla kamiennego. O którym nie wiem absolutnie NIC. I jedno i drugie to kopalnia, z jednego i drugiego wywleka się ciężkie kloce minerałów na powierzchnię, jednak technika ich wydzierania Mateczce Ziemi, zagrożenia z tym związane, warunki pracy i wiele innych czynników różnią się diametralnie. Siedzę więc cichuteńko, tyle mając do powiedzenia, co karp w wigilię, otwierając tylko co jakiś czas usta, wiercąc się niespokojnie na swoim miejscu i wypatrując z utęsknieniem zmiany tematu. Tematu przecież tak pokrewnego z moim konikiem, jak tylko się da, ale jednak - mi obcego.
W wiedzy ogólnej nie ma nic zdrożnego, co więcej, według mnie jest wysoce wskazana, by móc szczęśliwie i spokojnie egzystować socjalnie. Jest jednak jeden warunek. Nie może to być wiedza ogólna nabyta w polskich szkołach państwowych. Odpuśćcie sobie. Pół życia uczymy się o jakichś aparatach szparkowych, fagocytozach, fazach replikacji DNA, a pójdziemy do lasu i nie rozpoznamy nawet gatunku drzewa, które mijamy piąty raz, próbując odnaleźć drogę do domku, nie umiejąc określić nawet azymutu mimo oczywistych znaków dawanych nam przez naturę i nawet nie domyślając się oczywiście, że te śliczne, tak duże i smaczne jagódki, które zjedliśmy chwilę temu zdążyły już wydzielić całą atropinę a za najdalej parę godzin zostawią jedynie poskręcane, stygnące zwłoki na środku tej idyllicznej polanki, gdzie fruwają motylki, ptaszki ćwierkają a słonko prześwieca przez rzadsze korony drzew, rzucając przepiękne snopy światła na zieloną, soczystą trawkę.
To chyba najdłuższa moja notka w historii (nie liczę opowiadania). W końcu satysfakcjonująca moje chorawe ambicje, w końcu taka, której pisanie zajęło mi więcej (oj, znacznie więcej) niż dwadzieścia minut. Mam nadzieję, że się podobała. Blog ten w ogóle powoli zamienia się w zbiór felietonów (wpływy panów Andrusa i Kresa), ale podoba mi się ta transformacja. Bo w sumie dlaczego by nie?
W CKM dzisiaj, jako że poziom notki (mam nadzieję) wysoki, to też wypadałoby coś podobnego umieścić.
Jako że odbieram ten post jako swego rodzaju święto, przełamanie, to utworki dzisiaj będą dwa. Pierwszy to wyraz mojego sprzeciwu wobec komercjalnemu podejściu do czegoś, co tylko może spodobać się szerszej niż predestynowana grupie odbiorców. Taką politykę stosuje u nas radio RMF FM, puszczające w kółko jedną piosenkę (często całkiem nie najgorszą, vide: Enej) AŻ DO PORZYGU. Jechać busem godzinę i słyszeć to samo razy trzy? Toż oni by mi nawet Queen obrzydzili. Ale do rzeczy.
Każdy zna "Nothing else matters". Każdy, choć trochę osłuchany w normalnej muzyce rzyga "Nothing else matters". Każdy umie zagrać "Nothing else matters". Ja też do wszystkich tych grup się zaliczam. Ale...
Zespół nazywa się Iron Horse, pochodzi z USA, gra muzykę bluegrassową (dla niezorientowanych: taki amerykański folklor: szybkie banjo, skrzypce, prosta rytmika), powstał w roku 2000 i gra covery. Covery największych tuzów, jak Metallica, Led Zeppelin, Black Sabbath, czy na przykład Black Label Society. No i... umieją chłopaki grać. A nawet trochę śpiewać.
Natomiast druga piosenka to mistrzostwo. Zarówno w oryginale jak i wersji panów z Alabamy. Swoją drogą, również rozklepana niczym Andrzej Gołota po walce z Lennoxem Lewisem. Ale to nie szkodzi. Bo jest jedną z najcudowniejszych piosenek kiedykolwiek napisanych.
Trzy godziny pisania, nieprędko chyba będzie mnie stać na podobny zryw. Do następnego!
czwartek, 15 sierpnia 2013
67. Einer Legende tod.
W (pa)górach był, w doborowym towarzystwie, w pięknym miejscu, ale nie powie gdzie, bo wszyscy tam się zjadą. Może jedynie pokazać lokum, które wyglądało tak:

Chętnie pojechałby jeszcze raz.
A dzisiaj znowu ponarzekamy.
Volkswagen Garbus. Zaprojektowany przez Ferdynanda Porsche na polecanie niejakiego pana Adolfa. Samochód dla ludu, jak sama nazwa wskazuje, najdłużej produkowany samochód w historii motoryzacji (1938-2003, z taśmy w Osnabrück, Wolfsburgu i wielu miejscach na świecie (m. in. Puebla w Meksyku) zjechało ponad 26 milionów tych jeździdeł.
Samochód ten,zaprojektowany przez jak by nie patrzeć, wizjonera, stał się (o, ironio) symbolem pokoju, emancypacji (obok tak zwanego "ogórka"), pojazdem ludzi miłujących miłość wszelakiego rodzju, nie wojnę.
W 1997. roku korporacja VW postanowiła zbić nieco hajsu na legendzie i wypuściła na rynek VW New Beetle. Spoko, rozumiem. Nowoczesne autko, stylistyką BARDZO nawiązujące do pierwowzoru. Koszmarnie drogie i niepraktyczne. No ale było.
Ale nie tak dawno, VW wypuścił kolejną generację Beetle'a. Brzydkie toto jak noc listopadowa, nikomu do szczęścia niepotrzebne, drogie, no i przed kilku laty już było odświeżenie legendy. A ta paskuda na co komu potrzebna? Tylko dla nabicia kabzy grupie VW.
Jakby tego wszystkiego było mało, to reklama ukazuje całą prawdę o tej niemieckiej korporacji. "FLOWER POWER". Pozostawiam bez komentarza.
Czy ja już mówiłem, że tracę pazur? Nawet ponarzekać porządnie nie umiem :(
Piosenka dzisiaj jest wybitnie spokojna, wręcz zamulająca. Ale bardzo ładna. Wyciszająca. No i dęte solo :) Za pokazanie dziękujemy dzisiaj Zuzie :) Live jest lepszy od wersji studyjnej, a to, jak podkreślam zawsze, kiedy tylko mam okazję, prawdziwa rzadkość i perełka.
Do następnego!
Chętnie pojechałby jeszcze raz.
A dzisiaj znowu ponarzekamy.
Volkswagen Garbus. Zaprojektowany przez Ferdynanda Porsche na polecanie niejakiego pana Adolfa. Samochód dla ludu, jak sama nazwa wskazuje, najdłużej produkowany samochód w historii motoryzacji (1938-2003, z taśmy w Osnabrück, Wolfsburgu i wielu miejscach na świecie (m. in. Puebla w Meksyku) zjechało ponad 26 milionów tych jeździdeł.
Samochód ten,zaprojektowany przez jak by nie patrzeć, wizjonera, stał się (o, ironio) symbolem pokoju, emancypacji (obok tak zwanego "ogórka"), pojazdem ludzi miłujących miłość wszelakiego rodzju, nie wojnę.
W 1997. roku korporacja VW postanowiła zbić nieco hajsu na legendzie i wypuściła na rynek VW New Beetle. Spoko, rozumiem. Nowoczesne autko, stylistyką BARDZO nawiązujące do pierwowzoru. Koszmarnie drogie i niepraktyczne. No ale było.
Ale nie tak dawno, VW wypuścił kolejną generację Beetle'a. Brzydkie toto jak noc listopadowa, nikomu do szczęścia niepotrzebne, drogie, no i przed kilku laty już było odświeżenie legendy. A ta paskuda na co komu potrzebna? Tylko dla nabicia kabzy grupie VW.
Jakby tego wszystkiego było mało, to reklama ukazuje całą prawdę o tej niemieckiej korporacji. "
Czy ja już mówiłem, że tracę pazur? Nawet ponarzekać porządnie nie umiem :(
Piosenka dzisiaj jest wybitnie spokojna, wręcz zamulająca. Ale bardzo ładna. Wyciszająca. No i dęte solo :) Za pokazanie dziękujemy dzisiaj Zuzie :) Live jest lepszy od wersji studyjnej, a to, jak podkreślam zawsze, kiedy tylko mam okazję, prawdziwa rzadkość i perełka.
Do następnego!
czwartek, 25 lipca 2013
66. Termit
Oduczyłem się pisać. Patrzę na tego bloga, na posty z początku i widzę tam innego człowieka. Jakiegoś takiego z większą werwą, wigorem, jajem, bardziej wesołego, a przede wszystkim, potrafiącego z grubsza wyrazić to, o co mu chodzi. Jakiś taki piśmiennie bardziej ogarnięty był. Pióro mi się stępiło :/ Nie jest dobrze. Ktoś ma jakieś pomysły, co by tu z tym zrobić? Twardy reset szpadlem przez łeb?
Nie rodziłem nic, wstyd się przyznać, z lenistwa. Ale też (w jakichś 15%) właśnie z powodu braku certyfikatu jakości wystawionego własnej pisaninie. Praca, kąpiel, jakaś książka, czasem wypad na basen albo na plażówkę, jeśli jeszcze mam siłę, raz na czas leniwe popołudnie nad Wisłą. Tak upływa mi czas. Na studia złapałem się bez żadnego większego problemu, choć i tak przez chwilę była nerwówka, bo Michasiowi nie chciało się wpłacić piniążka za rekrutację dzień wcześniej i był strach, czy przelew zdąży dojść. Powodem znowu lenistwo... Ech... Niech mnie ktoś kopnie w zad.
Konie to mądre stworzenia są. W pracy ogarnęła mnie fascynacja żeglarstwem (szef-znajomy jest zapaleńcem), oraz, w nieco tylko mniejszym stopniu, końmi. Mądre bestie. Dzisiaj szef pojechał gdzieś i w ogóle miał urwanie głowy, zostałem sam. Zrobiłem sobie krótką przerwę, polazłem do koni (sztuk: dwie). Zwykle podchodziły się przywitać, tym razem większy bez zbędnych ceregieli zaczął mnie popychać i szturchać. Dałem się mu tak prowadzić przez jakieś 20 metrów, do wanny w funkcji koryta z wodą. Tam stanął, schylił łeb i tak mnie nim "tyknął", jakby czegoś chciał. Patrzę do koryta, a tam suchutko. Poleciałem nalać im wody, nalałem, wypiły jeszcze prosto z węża. Ot, zmyślne stwory.
Piosenka dzisiaj zasłyszana w radiu. Niespecjalnie lubię Deep Purple, ale uwielbiam ich (niestety niedawno zmarłego) klawiszowca, Jona Lorda. No i... naprawdę dobra piosenka. Pochodzi z albumu "Machine head" z roku 1972.
Do następnego (obiecuję, że dłuższej przerwy w skrobaniu już nie będzie)!
Nie rodziłem nic, wstyd się przyznać, z lenistwa. Ale też (w jakichś 15%) właśnie z powodu braku certyfikatu jakości wystawionego własnej pisaninie. Praca, kąpiel, jakaś książka, czasem wypad na basen albo na plażówkę, jeśli jeszcze mam siłę, raz na czas leniwe popołudnie nad Wisłą. Tak upływa mi czas. Na studia złapałem się bez żadnego większego problemu, choć i tak przez chwilę była nerwówka, bo Michasiowi nie chciało się wpłacić piniążka za rekrutację dzień wcześniej i był strach, czy przelew zdąży dojść. Powodem znowu lenistwo... Ech... Niech mnie ktoś kopnie w zad.
Konie to mądre stworzenia są. W pracy ogarnęła mnie fascynacja żeglarstwem (szef-znajomy jest zapaleńcem), oraz, w nieco tylko mniejszym stopniu, końmi. Mądre bestie. Dzisiaj szef pojechał gdzieś i w ogóle miał urwanie głowy, zostałem sam. Zrobiłem sobie krótką przerwę, polazłem do koni (sztuk: dwie). Zwykle podchodziły się przywitać, tym razem większy bez zbędnych ceregieli zaczął mnie popychać i szturchać. Dałem się mu tak prowadzić przez jakieś 20 metrów, do wanny w funkcji koryta z wodą. Tam stanął, schylił łeb i tak mnie nim "tyknął", jakby czegoś chciał. Patrzę do koryta, a tam suchutko. Poleciałem nalać im wody, nalałem, wypiły jeszcze prosto z węża. Ot, zmyślne stwory.
Piosenka dzisiaj zasłyszana w radiu. Niespecjalnie lubię Deep Purple, ale uwielbiam ich (niestety niedawno zmarłego) klawiszowca, Jona Lorda. No i... naprawdę dobra piosenka. Pochodzi z albumu "Machine head" z roku 1972.
Do następnego (obiecuję, że dłuższej przerwy w skrobaniu już nie będzie)!
czwartek, 30 maja 2013
65. Ale jak to tak, że już?
Dziwne to uczucie, nie musieć chodzić do szkoły. Jakoś tak... no dziwnie no. Ale z drugiej strony... 4 miesiące wczasów piechotą nie chodzą (a raczej by nie chodziły, bo muzyczna trwa normalnie, do końca czerwca, hurra!). 6 koncertów i cały semestr z (tfu) historii muzyki. Damy radę.
Muszę się pochwalić sławą nadchodzącą w najbliższym czasie (znaczy wtedy, gdy tylko google obrobi nowe mapy do street view). Staliśmy sobie po maturze przed szkołą w trójkę, kiedy na horyzoncie pojawiło się COŚ. Wyglądało jak Opel Astra IV (czym faktycznie było), ale na dachu miał jakąś dziwną kulę-szpiegulę. Przejechało toto koło nas, uwieczniając nasze facjaty zastygłe w wyrazie Shreka i Osła po obejrzeniu Duloc komerszyl. Będziemy sławni!!! Szkoda tylko, że gugl zamazuje twarze i rejestracje, ale ci, co te zdjęcia będą obrabiać, na pewno będą mieli niezły ubaw.
Zostałem też ostatnio przejechany przez samochód. Nic specjalnego, gdyby nie to, że był to McLaren. Oglądałem sobie spokojnie z koleżanką Małgosią Gumball (coroczny wyścig takich, co to mają za dużo i czasu i pieniędzy (podobno gdyby się sprzedało wszystkie auta z tegorocznej edycji, można by wyciągnąć Grecję z całego długu)) w Krakowie (ścisk, jak cholera, przejeżdżali przez tłum na milimetry, rozpychając się zarąbiście drogimi zderzakami i zarąbiście drogimi lusterkami), kiedy tuż przed McLarenem zostałem przez kogoś z tyłu delikatnie pchnięty i wskutek tego na moim prawym czubku buta pozostał czarny ślad po oponie owego cuda. Błogosławieństwo owocu brytyjskiej myśli technicznej noszę zawsze ze sobą :D
W CKM-ie dzisiaj stali i chyba najczęstsi goście. Wstyd pomyśleć, że tej jednej z najpiękniejszych ich piosenek (pretendującej nawet do najwyższego miejsca na podium) jeszcze tu nie było. Skandal, prędziutko się poprawiam. Zamieszczam wersję z tekstem, bo jest ważny, a wersja z teledyskiem jest bardzo ładna, ale ucięta. Jeśli ktoś chce zobaczyć, nie ma żadnego problemu.
Wydana na płycie "A kind of Magic" w 1986, napisana przez gitarzystę Briana Maya do filmu "Nieśmiertelny". Nic więcej nie piszę, bo mi ciarki chodzą po plecach. Do następnego!
Muszę się pochwalić sławą nadchodzącą w najbliższym czasie (znaczy wtedy, gdy tylko google obrobi nowe mapy do street view). Staliśmy sobie po maturze przed szkołą w trójkę, kiedy na horyzoncie pojawiło się COŚ. Wyglądało jak Opel Astra IV (czym faktycznie było), ale na dachu miał jakąś dziwną kulę-szpiegulę. Przejechało toto koło nas, uwieczniając nasze facjaty zastygłe w wyrazie Shreka i Osła po obejrzeniu Duloc komerszyl. Będziemy sławni!!! Szkoda tylko, że gugl zamazuje twarze i rejestracje, ale ci, co te zdjęcia będą obrabiać, na pewno będą mieli niezły ubaw.
Zostałem też ostatnio przejechany przez samochód. Nic specjalnego, gdyby nie to, że był to McLaren. Oglądałem sobie spokojnie z koleżanką Małgosią Gumball (coroczny wyścig takich, co to mają za dużo i czasu i pieniędzy (podobno gdyby się sprzedało wszystkie auta z tegorocznej edycji, można by wyciągnąć Grecję z całego długu)) w Krakowie (ścisk, jak cholera, przejeżdżali przez tłum na milimetry, rozpychając się zarąbiście drogimi zderzakami i zarąbiście drogimi lusterkami), kiedy tuż przed McLarenem zostałem przez kogoś z tyłu delikatnie pchnięty i wskutek tego na moim prawym czubku buta pozostał czarny ślad po oponie owego cuda. Błogosławieństwo owocu brytyjskiej myśli technicznej noszę zawsze ze sobą :D
W CKM-ie dzisiaj stali i chyba najczęstsi goście. Wstyd pomyśleć, że tej jednej z najpiękniejszych ich piosenek (pretendującej nawet do najwyższego miejsca na podium) jeszcze tu nie było. Skandal, prędziutko się poprawiam. Zamieszczam wersję z tekstem, bo jest ważny, a wersja z teledyskiem jest bardzo ładna, ale ucięta. Jeśli ktoś chce zobaczyć, nie ma żadnego problemu.
Wydana na płycie "A kind of Magic" w 1986, napisana przez gitarzystę Briana Maya do filmu "Nieśmiertelny". Nic więcej nie piszę, bo mi ciarki chodzą po plecach. Do następnego!
środa, 8 maja 2013
64. Kołomyja
Jestem prorokiem. Przepowiednia pogodowa mi się sprawdziła, dzisiaj odparowały ze mnie chyba wszystkie wody. W dodatku nie oddałem książki do biblioteki szkolnej przed zakończeniem roku. Przedwiośnia. A co było na maturze? Poza tym, wracając dzisiaj z matur słuchałem przymusowo eremefu, gdzie babka wybrała jakieś tam sobie pudełko, w którym była nagroda. Dziesięć sekund przed ogłoszeniem wpadła mi do głowy myśl: "trzydzieści tysięcy". Babka wygrała...
Staję się chyba jakimś medium. Hm... W kolejnym losowaniu dużego lotka padną następujące liczby...
A sama matura... Nie taki diobeł straszny... Jakoś tak bezstresowo do tej pory, luźno i... łatwo. Za łatwo. Wyczuwam podstęp. Ale z drugiej strony, dostając 16-stronnicową knigę z wzorami matematycznymi, gdzie nawet napisali, kiedy funkcja kwadratowa ma skierowane ramiona w górę, a kiedy w dół, no to cóż. Mając to już za sobą popadłem w głębokie zdumienie, jak, do jasnej cholery, jeden na pięciu maturzystów mógł tego nie zdać?! Toż to trzeba być - pardomsik - debilem bez piątej klepki, tudzież idiotą, moronem, głąbem, pacanem, kretynem. Jeszcze polski - można by jakoś zrozumieć, nie wiem, czy jest ktoś, kto przeczytał wszystkie lektury, jakie są, można też po prostu nie mieć talentu interpretacyjnego. Ale mając pergaminy legalnych ściąg? Proszę Was.
Dzisiaj narzekam króciutko, bo w młynie, następny będzie niezły, jak wymyślę jakiś dobry temat (miałem, ale nie zapisałem, no i się zapomniało).
Dzisiaj znowu Muse. Refren dedykuję wszystkim nam maturzystom. Płyta Resistance z 2009r.
Do następnego!
PS. Jak ktoś chce zobaczyć, jak CKE chce być świętsze niż papież, to niech rzuci okiem na arkusze z Historii Muzyki.
Staję się chyba jakimś medium. Hm... W kolejnym losowaniu dużego lotka padną następujące liczby...
A sama matura... Nie taki diobeł straszny... Jakoś tak bezstresowo do tej pory, luźno i... łatwo. Za łatwo. Wyczuwam podstęp. Ale z drugiej strony, dostając 16-stronnicową knigę z wzorami matematycznymi, gdzie nawet napisali, kiedy funkcja kwadratowa ma skierowane ramiona w górę, a kiedy w dół, no to cóż. Mając to już za sobą popadłem w głębokie zdumienie, jak, do jasnej cholery, jeden na pięciu maturzystów mógł tego nie zdać?! Toż to trzeba być - pardomsik - debilem bez piątej klepki, tudzież idiotą, moronem, głąbem, pacanem, kretynem. Jeszcze polski - można by jakoś zrozumieć, nie wiem, czy jest ktoś, kto przeczytał wszystkie lektury, jakie są, można też po prostu nie mieć talentu interpretacyjnego. Ale mając pergaminy legalnych ściąg? Proszę Was.
Dzisiaj narzekam króciutko, bo w młynie, następny będzie niezły, jak wymyślę jakiś dobry temat (miałem, ale nie zapisałem, no i się zapomniało).
Dzisiaj znowu Muse. Refren dedykuję wszystkim nam maturzystom. Płyta Resistance z 2009r.
Do następnego!
PS. Jak ktoś chce zobaczyć, jak CKE chce być świętsze niż papież, to niech rzuci okiem na arkusze z Historii Muzyki.
sobota, 20 kwietnia 2013
63. Plus-minus półtorej tony ekstazy.
Przepraszam.
Tak, żyję, oddycham, mam się dobrze, jestem sprawny, zdrowy (niedawno miałem ,co prawda, ospę, ale poszła już won).
Obiecuję się poprawić.
Przyszła wiosna. W końcu. Jako że teraz wszystko staje na głowie, to za tydzień, najwyżej dwa (zapamiętajcie słowa proroka!), przywali słońcem takim, że na matury dojadą tylko parujące skwarki tego czegoś, co jeszcze niedawno było tkanką ludzką.
Koniec roku za pasem, trzeba by jakoś te matury zdać, a tymczasem w szkole muzycznej twierdzą, że poza ćwiczeniem na instrumentach nie mamy niczego do roboty i rąbnęli programem na chyba trzy godziny muzyki. Super, ale dlaczego w tym roku?!
Dawno na nic nie narzekałem. Więc chyba czas najwyższy. Ale tu potrzebne jest kilka zdjęć i małe wprowadzenie.



Moja nowa miłość. Ferrari LaFerrari (jakkolwiek idiotyczna jest nazwa, to auto jest wspaniałe). Szturmem wdarło się na szczyt mojego TOP5, które do tej pory wyglądało tak: Fisker Karma, McLaren P1, Pagani Huayra, Pagani Zonda F, Ferrari 458. Cacko to kosztuje dużo za dużo (właśnie, ma ktoś pożyczyć pięć milionów złotych do przyszłego poniedziałku?). Kolejne arcydzieło na kołach.
Tylko że co z tego, skoro takie auto, podobnie z resztą, jak cały mój top, jak i wiele innych, bardzo pięknych i bardzo drogich samochodów, nabędzie jakiś bananowiec tylko po to, by zaszpanować, po czym zaraz rozwali takie cudo na pierwszej lepszej autostradzie u naszych zachodnich sąsiadów (pełno takich filmików na Jutubie), po czym zleci złomowanie, a sami popędzi z kabzą w ręku do kolejnego salonu po kolejne auto do rozbicia, podczas gdy ci, którzy takie samochody naprawdę kochają, potrafią godzinami wpatrywać się w każdy detal, ubóstwiają ich stwórców, a także (przepraszam), leją po nogach z ekstazy na sam widok zdjęcia takiego wozu, przez całe swoje życie, okupione setkami tęsknych westchnień, nie zarobią sobie na takie coś. Krzyśku, Filipie, nie dla psa kiełbasa, jak dobrze pójdzie, to sobie co najwyżej używane A8 kupimy. Ech... Kiedy tak wpatrywałem się w zdjęcia LaFerrari, owoc 11 lat wytężonej pracy, naprawdę zrobiło mi się bardzo smutno (tak jak bym się nie miał innych problemów, ale cóż...). Świat nie jest sprawiedliwy.
Miłość do samochodów zwykle jest jednostronna (vide Alfy Romeo i ich notoryczne psucie się, co nie przeszkadza im być kochanymi przez rzeszę fanów (w tym i niżej podpisanego)). Ech...
Czas na piosenkę i gości, których dawno tu nie było, o których zapomniałem, a szczerze zasługują na miejsce w kanonie największych zespołów rockowych świata (jeśli ktoś nie wierzy w mój osąd, to pan redaktor Jerzy Skarżyński z Radia Kraków na pewno potwierdzi moją tezę). Muse. Piosenka Butterflies and Hurricanes jest singlem promującym ich trzeci album Absolution. Płyta została wydana w 2004 roku. Utwór klimatyczny, z wspaniałym solo fortepianowym w środku, tu w najdłuższej z trzech wersji (zainteresowanych szerszym opisem piosenki odsyłam tu).
No to do następnego, oby wcześniej, niż teraz.
PS. Pozdrowienia dla Karoliny K.!
Tak, żyję, oddycham, mam się dobrze, jestem sprawny, zdrowy (niedawno miałem ,co prawda, ospę, ale poszła już won).
Obiecuję się poprawić.
Przyszła wiosna. W końcu. Jako że teraz wszystko staje na głowie, to za tydzień, najwyżej dwa (zapamiętajcie słowa proroka!), przywali słońcem takim, że na matury dojadą tylko parujące skwarki tego czegoś, co jeszcze niedawno było tkanką ludzką.
Koniec roku za pasem, trzeba by jakoś te matury zdać, a tymczasem w szkole muzycznej twierdzą, że poza ćwiczeniem na instrumentach nie mamy niczego do roboty i rąbnęli programem na chyba trzy godziny muzyki. Super, ale dlaczego w tym roku?!
Dawno na nic nie narzekałem. Więc chyba czas najwyższy. Ale tu potrzebne jest kilka zdjęć i małe wprowadzenie.



Moja nowa miłość. Ferrari LaFerrari (jakkolwiek idiotyczna jest nazwa, to auto jest wspaniałe). Szturmem wdarło się na szczyt mojego TOP5, które do tej pory wyglądało tak: Fisker Karma, McLaren P1, Pagani Huayra, Pagani Zonda F, Ferrari 458. Cacko to kosztuje dużo za dużo (właśnie, ma ktoś pożyczyć pięć milionów złotych do przyszłego poniedziałku?). Kolejne arcydzieło na kołach.
Tylko że co z tego, skoro takie auto, podobnie z resztą, jak cały mój top, jak i wiele innych, bardzo pięknych i bardzo drogich samochodów, nabędzie jakiś bananowiec tylko po to, by zaszpanować, po czym zaraz rozwali takie cudo na pierwszej lepszej autostradzie u naszych zachodnich sąsiadów (pełno takich filmików na Jutubie), po czym zleci złomowanie, a sami popędzi z kabzą w ręku do kolejnego salonu po kolejne auto do rozbicia, podczas gdy ci, którzy takie samochody naprawdę kochają, potrafią godzinami wpatrywać się w każdy detal, ubóstwiają ich stwórców, a także (przepraszam), leją po nogach z ekstazy na sam widok zdjęcia takiego wozu, przez całe swoje życie, okupione setkami tęsknych westchnień, nie zarobią sobie na takie coś. Krzyśku, Filipie, nie dla psa kiełbasa, jak dobrze pójdzie, to sobie co najwyżej używane A8 kupimy. Ech... Kiedy tak wpatrywałem się w zdjęcia LaFerrari, owoc 11 lat wytężonej pracy, naprawdę zrobiło mi się bardzo smutno (tak jak bym się nie miał innych problemów, ale cóż...). Świat nie jest sprawiedliwy.
Miłość do samochodów zwykle jest jednostronna (vide Alfy Romeo i ich notoryczne psucie się, co nie przeszkadza im być kochanymi przez rzeszę fanów (w tym i niżej podpisanego)). Ech...
Czas na piosenkę i gości, których dawno tu nie było, o których zapomniałem, a szczerze zasługują na miejsce w kanonie największych zespołów rockowych świata (jeśli ktoś nie wierzy w mój osąd, to pan redaktor Jerzy Skarżyński z Radia Kraków na pewno potwierdzi moją tezę). Muse. Piosenka Butterflies and Hurricanes jest singlem promującym ich trzeci album Absolution. Płyta została wydana w 2004 roku. Utwór klimatyczny, z wspaniałym solo fortepianowym w środku, tu w najdłuższej z trzech wersji (zainteresowanych szerszym opisem piosenki odsyłam tu).
No to do następnego, oby wcześniej, niż teraz.
PS. Pozdrowienia dla Karoliny K.!
sobota, 9 lutego 2013
62. Komercjalizacja śmierdzi
Długo nie mogłem chwycić weny, a jak już przyszła, to rzuciła małpa dwa tematy na raz. Ale jako że o jeden porusza kwestię wartości słowa, a coś podobnego już kiedyś wypociłem, więc, siłą rzeczy, zostaje jedna opcja: klocki LEGO.
Firma powstała w 1932 roku w Danii, produkowali między innymi różne zabawki. Pierwszy rodzaj plastikowych klocków został opatentowany i wyprodukowany w 1949r. I to jest najlepsza zabawka na całym świecie. Kupka plastikowych równoległoboków może (tak, nadal to robię) zapewnić wprost niewymierną masę zabawy. W miarę upływu czasu dodawali coraz to nowe elementy, jakieś łuczki, słupki, cienkie, płaskie, kliny, zaokrąglenia, proste mechanizmy, dzięki którym można było tworzyć prawdziwe arcydzieła architektury (jeśli się tylko miało odpowiednią ilość klocków). A ile się nieraz trzeba nakombinować, żeby minąć główną barierę ograniczającą fantazję, czyli brak jakiegoś klocka, to się nawet w głowie nie mieści. Nieraz zajmowało mi to ponad 15 minut, a jaka satysfakcja, jak się w końcu coś wymyśliło! Kreatywność!
Nieco później zapoznałem się z "technikami", nigdy nie miałem ich za dużo, bo były i są szalenie drogie (np słynny zestaw 8880, obiekt westchnień większości moich rówieśników, którzy się Lego bawili osiąga na allegro ceny ok. 800zł). Tu często wyzwanie może przerosnąć budującego. Coś wspaniałego!
Ale od pewnego czasu można zaobserwować koszmarny wręcz wzrost liczby zestawów tematycznych (mniej więcej od pierwszego bionicle wymknęło się to całkiem spod kontroli) i zaczęły powstawać typy klocków dedykowanych tylko i wyłącznie do jednego zestawu, który można złożyć i postawić na półce. Te kawałki, owszem, można łączyć z innymi, ale wygląda to kretyńsko (dawniejsze kombinacje wyglądały zawsze dobrze, jeśli się tylko miało odrobinę artyzmu). Nawet czasem wcale się da. W pogoni za klientem Duńczycy zatracili największy atut swojego produktu - możliwość zbudowania WSZYSTKIEGO z kupki równoległoboków. Teraz klocki LEGO, dawniej cudowne pożeracze czasu, mówiąc trywialnie, kolokwialnie i brzydko, trącają siusiakiem :(.
Za inspirację dziękuję Paulinie :)
W CKM dzisiajMegan Fox... eee... coś dla cierpliwych :)
Zespól pochodzi z Niemiec, ich historia zaczęła się w 1979 roku, przy czym zmieniali nazwę dwa razy i wielokrotnie skład, ta piosenka pochodzi z roku 1987, z płyty Keeper of the Seven Keys part 1, która to podobno zdefiniowała Power Metal na długie lata. Piosenka pełna energii mimo że długa, z wpadającym w ucho refrenem. Troszkę śmierdzą Iron Maiden, ale nie do końca. Według mnie są lepsi. Smacznego!
Do następnego!
Firma powstała w 1932 roku w Danii, produkowali między innymi różne zabawki. Pierwszy rodzaj plastikowych klocków został opatentowany i wyprodukowany w 1949r. I to jest najlepsza zabawka na całym świecie. Kupka plastikowych równoległoboków może (tak, nadal to robię) zapewnić wprost niewymierną masę zabawy. W miarę upływu czasu dodawali coraz to nowe elementy, jakieś łuczki, słupki, cienkie, płaskie, kliny, zaokrąglenia, proste mechanizmy, dzięki którym można było tworzyć prawdziwe arcydzieła architektury (jeśli się tylko miało odpowiednią ilość klocków). A ile się nieraz trzeba nakombinować, żeby minąć główną barierę ograniczającą fantazję, czyli brak jakiegoś klocka, to się nawet w głowie nie mieści. Nieraz zajmowało mi to ponad 15 minut, a jaka satysfakcja, jak się w końcu coś wymyśliło! Kreatywność!
Nieco później zapoznałem się z "technikami", nigdy nie miałem ich za dużo, bo były i są szalenie drogie (np słynny zestaw 8880, obiekt westchnień większości moich rówieśników, którzy się Lego bawili osiąga na allegro ceny ok. 800zł). Tu często wyzwanie może przerosnąć budującego. Coś wspaniałego!
Ale od pewnego czasu można zaobserwować koszmarny wręcz wzrost liczby zestawów tematycznych (mniej więcej od pierwszego bionicle wymknęło się to całkiem spod kontroli) i zaczęły powstawać typy klocków dedykowanych tylko i wyłącznie do jednego zestawu, który można złożyć i postawić na półce. Te kawałki, owszem, można łączyć z innymi, ale wygląda to kretyńsko (dawniejsze kombinacje wyglądały zawsze dobrze, jeśli się tylko miało odrobinę artyzmu). Nawet czasem wcale się da. W pogoni za klientem Duńczycy zatracili największy atut swojego produktu - możliwość zbudowania WSZYSTKIEGO z kupki równoległoboków. Teraz klocki LEGO, dawniej cudowne pożeracze czasu, mówiąc trywialnie, kolokwialnie i brzydko, trącają siusiakiem :(.
Za inspirację dziękuję Paulinie :)
W CKM dzisiaj
Zespól pochodzi z Niemiec, ich historia zaczęła się w 1979 roku, przy czym zmieniali nazwę dwa razy i wielokrotnie skład, ta piosenka pochodzi z roku 1987, z płyty Keeper of the Seven Keys part 1, która to podobno zdefiniowała Power Metal na długie lata. Piosenka pełna energii mimo że długa, z wpadającym w ucho refrenem. Troszkę śmierdzą Iron Maiden, ale nie do końca. Według mnie są lepsi. Smacznego!
Do następnego!
czwartek, 17 stycznia 2013
61. Powodz... -Nie chcę!
Ciężki maraton weekendowy już za mną. Studniówka, powrót do domu o czwartej, chwila snu, żeby lecieć jak z piórem do sztabu WOŚP, by o ósmej, spóźniony o dwie godziny rozpocząć całodzienne siedzenie, liczenie, myślenie, pilnowanie, okraszone na koniec wieczornym graniem na koncercie. Ufff... Jakoś przeżyłem.
Nazbieraliśmy w naszym małym Gdowie i okolicach 43.960,64zł. W tym roku była już Ameryka. Nawet nie wiedziałem, jak zwykła, mała, prosta maszyna do liczenia bilonu potrafi ucieszyć. Zwłaszcza, gdy biedni wolontariusze przynoszą worek, w którym jest 65 złotych w 1-, 2-, i 5-cio groszówkach. Musieli zbierać nasze westchnienia i okrzyki dezaprobaty (maszyna liczy, ale nie sortuje, więc trzeba było to jednak zrobić ręcznie). Chwila ulgi, by od następnej grupy dostać... 15 letni dorobek jakiegoś faceta, czyli 118zł z hakiem w tych samych nominałach. Fuuuuuu!
Chciałbym poruszyć dzisiaj sprawę, którą możliwe, że już poruszałem. Nasze narodowe "nie-dziękuję".Strasznie to głupie. Po co to-to? Żeby nie zapeszyć, gardzimy czyjąś dobrą wolą? Ktoś nam dobrze życzy a my pokazujemy mu mentalny tyłek i odmawiamy jego szczerych życzeń. Toż to skrajna arogancja! Phi! Ja z tym wśród znajomych walczę i wszystkim polecam to samo.
Zainspirowane dzisiejszą rozmową z Klaudią (tylko mi się, proszę, nie obrażaj, na blogu zawsze piszę dość radykalnie, żeby przerysować zjawisko).
A w muzyce, dzisiaj czas na coś filmowego. Animacja pochodzi z roku 2011., bardzo mi się spodobała. Trio skądinąd znane (Verbinski, Zimmer, Depp) zrobiło kawał dobrej roboty. Moja zamaskowana miłość do muzyki meksykańskiej (czyż to nie piękne zestawienie, dwie gitary, akordeon, trąbka i czasem jaki smyczek do smaku?) i westernowej (zwłaszcza z tym potężnym, z lekka patetycznym nadęciem Zimmera) eksplodowała potężnym wulkanem namiętności :). No i głos Johnny'ego... Kobiety się nim zachwycają, ja ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że chciałbym być nim, jeśli nie miałbym być mną. Czas na jakiś konkret, więc prosię :)
Jeśli komuś się podoba, zachęcam do posłuchania całości (youtube):
utwory 1-8
utwory 9-17
utwory 18-20 (przepraszam za jakość)
Do następnego!
Nazbieraliśmy w naszym małym Gdowie i okolicach 43.960,64zł. W tym roku była już Ameryka. Nawet nie wiedziałem, jak zwykła, mała, prosta maszyna do liczenia bilonu potrafi ucieszyć. Zwłaszcza, gdy biedni wolontariusze przynoszą worek, w którym jest 65 złotych w 1-, 2-, i 5-cio groszówkach. Musieli zbierać nasze westchnienia i okrzyki dezaprobaty (maszyna liczy, ale nie sortuje, więc trzeba było to jednak zrobić ręcznie). Chwila ulgi, by od następnej grupy dostać... 15 letni dorobek jakiegoś faceta, czyli 118zł z hakiem w tych samych nominałach. Fuuuuuu!
Chciałbym poruszyć dzisiaj sprawę, którą możliwe, że już poruszałem. Nasze narodowe "nie-dziękuję".Strasznie to głupie. Po co to-to? Żeby nie zapeszyć, gardzimy czyjąś dobrą wolą? Ktoś nam dobrze życzy a my pokazujemy mu mentalny tyłek i odmawiamy jego szczerych życzeń. Toż to skrajna arogancja! Phi! Ja z tym wśród znajomych walczę i wszystkim polecam to samo.
Zainspirowane dzisiejszą rozmową z Klaudią (tylko mi się, proszę, nie obrażaj, na blogu zawsze piszę dość radykalnie, żeby przerysować zjawisko).
A w muzyce, dzisiaj czas na coś filmowego. Animacja pochodzi z roku 2011., bardzo mi się spodobała. Trio skądinąd znane (Verbinski, Zimmer, Depp) zrobiło kawał dobrej roboty. Moja zamaskowana miłość do muzyki meksykańskiej (czyż to nie piękne zestawienie, dwie gitary, akordeon, trąbka i czasem jaki smyczek do smaku?) i westernowej (zwłaszcza z tym potężnym, z lekka patetycznym nadęciem Zimmera) eksplodowała potężnym wulkanem namiętności :). No i głos Johnny'ego... Kobiety się nim zachwycają, ja ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że chciałbym być nim, jeśli nie miałbym być mną. Czas na jakiś konkret, więc prosię :)
Jeśli komuś się podoba, zachęcam do posłuchania całości (youtube):
utwory 1-8
utwory 9-17
utwory 18-20 (przepraszam za jakość)
Do następnego!
niedziela, 30 grudnia 2012
60. Wiadomości lokalne
Wielki (z mojej perspektywy) powrót. Po świętach, niemałym rozczarowaniu "Hobbitem" i trzech godzinach wymyślania tematu na tego posta (dalej go nie mam), wracam. I w sumie nie bardzo wiem z czym. No to tak, w telegraficznym skrócie:
Festiwal "zastaw się a postaw się", festyn obżarstwa, czyli święta w naszym komercyjnym, postmodernistycznym wydaniu zakończyły się. Na oklaski zasługuje aura, która wybitnie podkreśliła ten szczególny dla niektórych okres. Niektórzy wiedzą, że jestem materialistą, skąd więc ten sceptycyzm? Lubię jeść i lubię prezenty (kto nie lubi). Ale to można robić bez żadnej okazji. Materializm niejedno ma imię, a takie podszywanie go duchową otoczką jest błe. Coś, co kiedyś było przeżyciem duchowym okraszonym symbolicznymi uroczystymi kolacjami i drobnymi upominkami zostało przez przedmioty całkiem pokryte. Teraz tylko zasłaniamy się świętami po to, żeby się nażreć. Na pewno nie wszyscy, ale taki obraz społeczeństwa serwują nam media i sporo osób to kupuje. Wyszło to bez ładu i składu, nic dzisiaj (i w najbliższym czasie) nie poradzę, że nie mogę się odpowiednio wysłowić, mam nadzieję, że ktoś mnie zrozumie.
Dziura w ziemi, o której pisałem kiedyś, dalej straszy, ludzie dalej łażą.
Pogoda taka zimowa, że magnolia wypuściła liście.
"Hobbit" jest zły. To już tylko pogoń za pieniądzem a nie chęć zrobienia filmu ładnego, czarującego i (jakkolwiek dziwnie to brzmi) małego.
Polacy nie umieją jeździć. 100 metrów przed zakrętem ja i kierownik przede mną zostaliśmy wyprzedzeni przez Skodę Octavię. Panu kierownikowi mało nie urwał przodu, bo się połapał, że zza zakrętu coś wyjeżdża. Wszystko na niezabudowanym, więc przy znacznych prędkościach. Gratuluję.
Pogląd na zimę diametralnie zmienia się wraz z uzyskaniem prawa jazdy. Teraz chcę już tylko raz, może dwa razy na narty i wiosnę
Nie, nie mam chandry, po prostu tak jakoś ponuro wyszło :)
Jeśli ktoś szukał muzyki z reklamy Żywca, to niech już tego nie robi.
Piosenka pochodzi z albumu "Manhay", a jej nazwa od belgijskiej prowincji o tej samej nazwie (z Belgii pochodzi zespół). Krążek wypuszczony został w 2009r.
Do następnego (oby szybszego)!
Festiwal "zastaw się a postaw się", festyn obżarstwa, czyli święta w naszym komercyjnym, postmodernistycznym wydaniu zakończyły się. Na oklaski zasługuje aura, która wybitnie podkreśliła ten szczególny dla niektórych okres. Niektórzy wiedzą, że jestem materialistą, skąd więc ten sceptycyzm? Lubię jeść i lubię prezenty (kto nie lubi). Ale to można robić bez żadnej okazji. Materializm niejedno ma imię, a takie podszywanie go duchową otoczką jest błe. Coś, co kiedyś było przeżyciem duchowym okraszonym symbolicznymi uroczystymi kolacjami i drobnymi upominkami zostało przez przedmioty całkiem pokryte. Teraz tylko zasłaniamy się świętami po to, żeby się nażreć. Na pewno nie wszyscy, ale taki obraz społeczeństwa serwują nam media i sporo osób to kupuje. Wyszło to bez ładu i składu, nic dzisiaj (i w najbliższym czasie) nie poradzę, że nie mogę się odpowiednio wysłowić, mam nadzieję, że ktoś mnie zrozumie.
Dziura w ziemi, o której pisałem kiedyś, dalej straszy, ludzie dalej łażą.
Pogoda taka zimowa, że magnolia wypuściła liście.
"Hobbit" jest zły. To już tylko pogoń za pieniądzem a nie chęć zrobienia filmu ładnego, czarującego i (jakkolwiek dziwnie to brzmi) małego.
Polacy nie umieją jeździć. 100 metrów przed zakrętem ja i kierownik przede mną zostaliśmy wyprzedzeni przez Skodę Octavię. Panu kierownikowi mało nie urwał przodu, bo się połapał, że zza zakrętu coś wyjeżdża. Wszystko na niezabudowanym, więc przy znacznych prędkościach. Gratuluję.
Pogląd na zimę diametralnie zmienia się wraz z uzyskaniem prawa jazdy. Teraz chcę już tylko raz, może dwa razy na narty i wiosnę
Nie, nie mam chandry, po prostu tak jakoś ponuro wyszło :)
Jeśli ktoś szukał muzyki z reklamy Żywca, to niech już tego nie robi.
Piosenka pochodzi z albumu "Manhay", a jej nazwa od belgijskiej prowincji o tej samej nazwie (z Belgii pochodzi zespół). Krążek wypuszczony został w 2009r.
Do następnego (oby szybszego)!
wtorek, 4 grudnia 2012
59. Śluuuuurpf!
Drugi post w tygodniu. Coś mi się dzieje. Ale to chyba dobrze się dzieje.
Byłem dzisiaj u wampirów. Wyssali mi 450ml krwi. Pierwsze wrażenie po wejściu do RCK (nawiasem mówiąc, znajdujące się na ulicy Rzeźniczej :)): Prawie jak MORD. poczekalnia, rejestracja, ludzie równie "mili". Przychodzisz do takich dobrowolnie, chcesz im oddać część siebie, a oni do ciebie jak do ostatniego drania. Robią testy, wypełnia się ankietę, a procent zdawalności (dopuszczenia do upuszczania) taki sam. Z dziewiątki, która się tam wybrała, dopuścili z nas trzy osoby. Drugie pierwsze wrażenie (siedząc, a właściwie pół-leżąc na niesamowicie wygodnym szezlongu), o ja pier... jaka ta igła wielka! Suchoń, ty idioto! Uciekaj! Na szczęście panie robią to profesjonalnie i prawie nie było czuć tego wielkiego kawała żelastwa gmerającego w mojej żyle. Szybciutki, bo 5-minutowy spust do worka i mogłem cieszyć się wolnością i niższą wagą. Fajnie. Suchoń - RCK to chyba coś więcej, niż przelotna znajomość :) Za 2 miesiące powtórka.
Krótko, bo krótko, ale cóż. Teraz CKM. W tym miejscu chciałbym o czymś poinformować. Otóż najbliższe CKM-y będą brzmiały muzyką London Symphony Orchestra, a także musicalami "Hair" i "Jesus Christ Superstar", może jeszcze czasem "Grease". No to zaczynamy:
Do następnego!
Byłem dzisiaj u wampirów. Wyssali mi 450ml krwi. Pierwsze wrażenie po wejściu do RCK (nawiasem mówiąc, znajdujące się na ulicy Rzeźniczej :)): Prawie jak MORD. poczekalnia, rejestracja, ludzie równie "mili". Przychodzisz do takich dobrowolnie, chcesz im oddać część siebie, a oni do ciebie jak do ostatniego drania. Robią testy, wypełnia się ankietę, a procent zdawalności (dopuszczenia do upuszczania) taki sam. Z dziewiątki, która się tam wybrała, dopuścili z nas trzy osoby. Drugie pierwsze wrażenie (siedząc, a właściwie pół-leżąc na niesamowicie wygodnym szezlongu), o ja pier... jaka ta igła wielka! Suchoń, ty idioto! Uciekaj! Na szczęście panie robią to profesjonalnie i prawie nie było czuć tego wielkiego kawała żelastwa gmerającego w mojej żyle. Szybciutki, bo 5-minutowy spust do worka i mogłem cieszyć się wolnością i niższą wagą. Fajnie. Suchoń - RCK to chyba coś więcej, niż przelotna znajomość :) Za 2 miesiące powtórka.
Krótko, bo krótko, ale cóż. Teraz CKM. W tym miejscu chciałbym o czymś poinformować. Otóż najbliższe CKM-y będą brzmiały muzyką London Symphony Orchestra, a także musicalami "Hair" i "Jesus Christ Superstar", może jeszcze czasem "Grease". No to zaczynamy:
Do następnego!
sobota, 1 grudnia 2012
58. Co, (...), ja nie skoczę?
Weekend leci za weekendem, dopiero się rok szkolny zaczął, a tu już, cholera, grudzień. Zwariować, kurdelebele, można. Tak samo dzisiejszy dzień. Pobudka o 7, wyjazd do Krakowa, chwila łażenia po sklepie, próba, druga próba, powrót do domu i jest 15:30. Dopiero teraz chwila wytchnienia przy węgierskim koncercie Queen.
Nawiązując do tematu, my, Polacy to strasznie dziwne kreatury jesteśmy. Wysiadłem dzisiaj z tramwaju linii 3. Zanim znalazłem przejście dla pieszych, prawie wszyscy przeleźli przez ulicę w sposób nie do końca legalny, przekraczając łańcuch i biegnąc na oślep, bo głowa zajmuje się wypatrywaniem straży miejskiej. Nieco później, idąc plantami, napotkałem barierę zabraniającą ruchu pieszego na jednej alejce. Irytujące, ale trudno, widocznie mają jakiś powód, idę naokoło. I gdy tak sobie nadkładałem drogi, patrzę, że ta alejka to w istocie istna autostrada dla pieszych. Na nic barierki zasłaniające całe przejście, bo można je obejść po trawie. Ba, nawet pewne panie przecinały 50 (pięćdziesiąt) metrów dzielące dwie RÓWNOLEGŁE barierki, byle tylko iść tamtędy. Kiedy w końcu obie obie ścieżki się zeszły, moim pięknym oczom ukazała się dziura ło taka łogromna (rozkłada ręce od ściany do ściany). No i co? Tu dziura taka, że Australię widać, a ludzie łażą, jak po Tokio w godzinach szczytu. A jak cóś wpadnie, to co? Kto będzie odpowiadał? Pewnie miasto, albo wykonawca, bo ktoś wpadł. A po co to-to tam lazło, jak nie wolno?
Naszą naturę całkiem nieźle oddaje ten dowcip:
Samolotem leci Polak, Rosjanin i Niemiec. Nagle pojawia się diabeł, otwiera drzwi i mówi do Niemca:
- Skacz!
- Nie! odpowiada.
- To rozkaz! Niemiec skoczył. Następnie diabeł odwraca się do Rosjanina i mówi:
- Skacz!
- Nie!
- Za Mateczkę Rosję! - Rosjanin skoczył. Nadchodzi kolej na Polaka.
- Skacz!
- Nie!
- To rozkaz!
- W życiu!
- Za Polskę!
- Za co?
- No to nie skacz - Polak skoczył.
Nasza cecha narodowa to ta nieznośna przekora i wrodzona upartość, by zawsze łamać zasady, bo "są głupie i nieprzemyślane". Jasne. My wiemy lepiej. Podczas rodzinnego oglądania F1 nagle wszyscy są takimi ekspertami, że z palcem w... Z zawiązanymi oczami założyliby podwójny dyfuzor do Cinquecento. Albo ktoś, kto widział każdą sytuację lepiej niż sędzia, który był tuż obok, mimo, że na nosie +8 dioptrii. Jesteśmy najmądrzejsi na świecie. A efekty tego widać na drodze. Przecież tą pięćdziesiątkę jakiś idiota tu postawił, spokojnie mogę 90. A potem drapiemy ich żyletkami. Życiem wielu polaków kieruje maksyma przytoczona w tytule, często z wypełnieniem nawiasu o dodatkowe, ciepłe i jakże głęboko w nas zagnieżdżone słówko.
Czas na CKM. Każdy zna zespół, piosenkę, myślę, też, ale mix ciekawy :)
DO następnego!
Nawiązując do tematu, my, Polacy to strasznie dziwne kreatury jesteśmy. Wysiadłem dzisiaj z tramwaju linii 3. Zanim znalazłem przejście dla pieszych, prawie wszyscy przeleźli przez ulicę w sposób nie do końca legalny, przekraczając łańcuch i biegnąc na oślep, bo głowa zajmuje się wypatrywaniem straży miejskiej. Nieco później, idąc plantami, napotkałem barierę zabraniającą ruchu pieszego na jednej alejce. Irytujące, ale trudno, widocznie mają jakiś powód, idę naokoło. I gdy tak sobie nadkładałem drogi, patrzę, że ta alejka to w istocie istna autostrada dla pieszych. Na nic barierki zasłaniające całe przejście, bo można je obejść po trawie. Ba, nawet pewne panie przecinały 50 (pięćdziesiąt) metrów dzielące dwie RÓWNOLEGŁE barierki, byle tylko iść tamtędy. Kiedy w końcu obie obie ścieżki się zeszły, moim pięknym oczom ukazała się dziura ło taka łogromna (rozkłada ręce od ściany do ściany). No i co? Tu dziura taka, że Australię widać, a ludzie łażą, jak po Tokio w godzinach szczytu. A jak cóś wpadnie, to co? Kto będzie odpowiadał? Pewnie miasto, albo wykonawca, bo ktoś wpadł. A po co to-to tam lazło, jak nie wolno?
Naszą naturę całkiem nieźle oddaje ten dowcip:
Samolotem leci Polak, Rosjanin i Niemiec. Nagle pojawia się diabeł, otwiera drzwi i mówi do Niemca:
- Skacz!
- Nie! odpowiada.
- To rozkaz! Niemiec skoczył. Następnie diabeł odwraca się do Rosjanina i mówi:
- Skacz!
- Nie!
- Za Mateczkę Rosję! - Rosjanin skoczył. Nadchodzi kolej na Polaka.
- Skacz!
- Nie!
- To rozkaz!
- W życiu!
- Za Polskę!
- Za co?
- No to nie skacz - Polak skoczył.
Nasza cecha narodowa to ta nieznośna przekora i wrodzona upartość, by zawsze łamać zasady, bo "są głupie i nieprzemyślane". Jasne. My wiemy lepiej. Podczas rodzinnego oglądania F1 nagle wszyscy są takimi ekspertami, że z palcem w... Z zawiązanymi oczami założyliby podwójny dyfuzor do Cinquecento. Albo ktoś, kto widział każdą sytuację lepiej niż sędzia, który był tuż obok, mimo, że na nosie +8 dioptrii. Jesteśmy najmądrzejsi na świecie. A efekty tego widać na drodze. Przecież tą pięćdziesiątkę jakiś idiota tu postawił, spokojnie mogę 90. A potem drapiemy ich żyletkami. Życiem wielu polaków kieruje maksyma przytoczona w tytule, często z wypełnieniem nawiasu o dodatkowe, ciepłe i jakże głęboko w nas zagnieżdżone słówko.
Czas na CKM. Każdy zna zespół, piosenkę, myślę, też, ale mix ciekawy :)
DO następnego!
sobota, 24 listopada 2012
57. I po krzyku
No i próbne z głowy. Na wstępie chciałbym pogratulować naszemu geografowi, który wspaniałomyślnie nie poinformował nas (około 10 osób), że w piątek zamierza zrobić operonowską próbną z geografii. A, pardomsik, powiedział. Jednej osobie. I ona ta osoba sobie poszła pisać. Gratuluję, niniejszym.
Swoją drogą, żeby nie zdać podstaw, to trzeba albo mieć ogromnego pecha, albo być - co tu owijać w bawełnę - idiotą. Na przykład taka matematyka. Dostając te 8 pergaminów zaćkane wzorami nie uciułać tych nędznych 30%? Jeszcze jakimś tam usprawiedliwieniem może być to, że to teraz, gdy kończy się jeszcze materiał, coś można pozapominać. Ale w maju po paru miesiącach ciągłych powtórek? Jesteśmy największymi leniami na świecie.
Zdałem sobie techniczny z fagotu. 22 punkty. Takiego egzaminu jeszcze nie grałem. Z dwóch gam i kombinacji na ich temat zagrałem połowę jednej. Zamiast dwóch etiud grałem jedną. A a vista (dla laików: dostajesz jakieś tam nuty, drapiesz się po głowie, przeklinasz swój nędzny los i grasz)? Zapomnijcie. Tak to fajnie jest, jak się kierownikowi sekcji gdzieś spieszy :).
Obrałem kurs na studia. Przyjemne uczucie, wiedzieć, co ze sobą robić dalej. I nazwa jakaś taka lepsza, INiB UJ, a nie, jak na przykład (pozdrawiam Kubę) Wydział Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego.
CKM. Mam problem. ostatnimi czasy nazbierało się za dużo dobrej muzyki na raz, a nie chcę już wlepiać po kilka piosenek na raz, bo to traci sens, a nieliczni czytelnicy chęć słuchania wszystkiego. Muszę pomyśleć.
Mam.Inspiracja muzyką u Anonimki. Utwór pochodzi z gry Mirror's Edge i w zasadzie tyle o nim wiem. A! Ładny jest.
Do następnego!
Swoją drogą, żeby nie zdać podstaw, to trzeba albo mieć ogromnego pecha, albo być - co tu owijać w bawełnę - idiotą. Na przykład taka matematyka. Dostając te 8 pergaminów zaćkane wzorami nie uciułać tych nędznych 30%? Jeszcze jakimś tam usprawiedliwieniem może być to, że to teraz, gdy kończy się jeszcze materiał, coś można pozapominać. Ale w maju po paru miesiącach ciągłych powtórek? Jesteśmy największymi leniami na świecie.
Zdałem sobie techniczny z fagotu. 22 punkty. Takiego egzaminu jeszcze nie grałem. Z dwóch gam i kombinacji na ich temat zagrałem połowę jednej. Zamiast dwóch etiud grałem jedną. A a vista (dla laików: dostajesz jakieś tam nuty, drapiesz się po głowie, przeklinasz swój nędzny los i grasz)? Zapomnijcie. Tak to fajnie jest, jak się kierownikowi sekcji gdzieś spieszy :).
Obrałem kurs na studia. Przyjemne uczucie, wiedzieć, co ze sobą robić dalej. I nazwa jakaś taka lepsza, INiB UJ, a nie, jak na przykład (pozdrawiam Kubę) Wydział Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego.
CKM. Mam problem. ostatnimi czasy nazbierało się za dużo dobrej muzyki na raz, a nie chcę już wlepiać po kilka piosenek na raz, bo to traci sens, a nieliczni czytelnicy chęć słuchania wszystkiego. Muszę pomyśleć.
Mam.Inspiracja muzyką u Anonimki. Utwór pochodzi z gry Mirror's Edge i w zasadzie tyle o nim wiem. A! Ładny jest.
Do następnego!
sobota, 3 listopada 2012
56. Back in 50's (chcę!)
No tego już za wiele. Idę sobie chodnikiem, latarnie świecą, jasno, a jakiś frajer z przeciwka i tak świeci mi długimi po gębie. Głupich nie sieją.
Pierwsza przygoda za kółkiem zaliczona :) Na skrzyżowaniu w mojej wiosce (dość ruchliwym, trasa przelotowa) skręcam sobie w prawo i wciskam hamulec, żeby puścić pieszych. A tutaj nagle dup! Noga z pedałem wpadła mi po samą deskę :) Hamulca tak 5-10%. Dobrze, że nikogo nie rozjechałem :)
Chcę do lat 50. Chcę pojeździć tamtymi krążownikami szos, jak Chevrolet Bel Air, Ford Galaxie, Thunderbird, Hudson Hornet, I inne potężne Plymouthy, Dodge, Fordy, Lincolny, Chryslery, Mercury, Chevrolety... Ech... No, ale popatrzcie. Czyż nie warto tak wzdychać?
Plymouth Fury z 1957. roku. Kto co-nieco jest oczytany, rozpozna go z łatwością. Stephen King i jego niezapomniana "Christine", sfilmowana przez J. Carpentera.
Albo taki. Tu komentarz jest, myślę, zbędny.
Mam takie marzenie... ściągnąć jakieś takie cacko z Kuby (będzie ciężko, ale taniej, niż z Ju Es Ej) i tchnąć nowe życie w takiego trupa. I zbankrutować wydając wszystko na paliwo. Ech...
A skoro takie klimaty mamy, to i piosenka musi się wpisać w kanon :) Utwór powstał w 1956 roku w Connecticut. Boysband nazywał się "Five Satins". Parę lat później powstał cover stworzony przez grupę Boyz II Men i jest popularniejsza, nawet nasi Audiofeels (Chór UAM w Poznaniu, nawiasem mówiąc, najlepszy wg mnie chór w długiej i szerokiej Polsce) zrobili swoją wersję tej wersji, ale co oryginał, to oryginał :)
No to gramy...
Do następnego!
Pierwsza przygoda za kółkiem zaliczona :) Na skrzyżowaniu w mojej wiosce (dość ruchliwym, trasa przelotowa) skręcam sobie w prawo i wciskam hamulec, żeby puścić pieszych. A tutaj nagle dup! Noga z pedałem wpadła mi po samą deskę :) Hamulca tak 5-10%. Dobrze, że nikogo nie rozjechałem :)
Chcę do lat 50. Chcę pojeździć tamtymi krążownikami szos, jak Chevrolet Bel Air, Ford Galaxie, Thunderbird, Hudson Hornet, I inne potężne Plymouthy, Dodge, Fordy, Lincolny, Chryslery, Mercury, Chevrolety... Ech... No, ale popatrzcie. Czyż nie warto tak wzdychać?
Plymouth Fury z 1957. roku. Kto co-nieco jest oczytany, rozpozna go z łatwością. Stephen King i jego niezapomniana "Christine", sfilmowana przez J. Carpentera.
Albo taki. Tu komentarz jest, myślę, zbędny.
Mam takie marzenie... ściągnąć jakieś takie cacko z Kuby (będzie ciężko, ale taniej, niż z Ju Es Ej) i tchnąć nowe życie w takiego trupa. I zbankrutować wydając wszystko na paliwo. Ech...
A skoro takie klimaty mamy, to i piosenka musi się wpisać w kanon :) Utwór powstał w 1956 roku w Connecticut. Boysband nazywał się "Five Satins". Parę lat później powstał cover stworzony przez grupę Boyz II Men i jest popularniejsza, nawet nasi Audiofeels (Chór UAM w Poznaniu, nawiasem mówiąc, najlepszy wg mnie chór w długiej i szerokiej Polsce) zrobili swoją wersję tej wersji, ale co oryginał, to oryginał :)
No to gramy...
Do następnego!
sobota, 13 października 2012
55. Zgaś pan tę lampę!
Idę Wam ja sobie z pieskiem na kupkę (piesek, nie ja). Ciemno, latarni w jednym takim miejscu nie ma. Zazwyczaj tam piesek staje i coś robi. A z przeciwka samochód. JA kulturalnie wyciągam telefon, odblokowuję, świecę, że jestem i dobrze by było, gdyby mnie nie rozplackował. I wtedy... Bach! Matko Bosko, UFO istnieje! Porywają mnie! Nie chcę być badany! A nie, to ten debil włączył długie.
Kretyński zwyczaj kierowców. Dawać pieszemu długimi po oczach, że niby słabo go widać. Jeszcze krótkie błyśnięcie przejdzie, ale kiedy gość włącza reflektory 200m ode mnie i dojeżdża tak aż do mnie, to mam ochotę rzucić coś na maskę. A kiedy jeszcze świecę telefonem, żeby było mnie widać (testowałem, widać), to mam ochotę roznieść w drzazgi wszystko, co wpadnie mi w ręce.
Jako że jesienią zwykle więcej rzeczy nas boli, to dodam jeszcze coś.
Historia z wczoraj: Wchodzę do Urzędu Miasta Wieliczki w celu zapłacenia haraczu za otrzymanie prawa jazdy. Kolejka do kasy - 10 minut. Tylko po to, żeby babka powiedziała, że muszę iść do pokoju nr 1, żeby pobrać jakiś papier. Ok, w porządku. Kolejka do pokoju nr 1: 15 minut. Wchodzę, legitymuję się, biorę ten świstek i z powrotem do kasy. Kolejka do kasy: 10 minut. Po "uiszczeniu opłaty komunikacyjnej (84zł) i opłaty skarbowej, czy jakiejś tam (0,50gr, ale musi być osobno na papierze) powrót z potwierdzeniem zapłaty do pokoju numer 1. kolejka? A pewno, 10 minut. CZY TO JEST NORMALNE?
CKM. The Beatles, rok 1968, Biały Album. A mówią, że to Doorsi są psychodeliczni.
Do następnego!
Kretyński zwyczaj kierowców. Dawać pieszemu długimi po oczach, że niby słabo go widać. Jeszcze krótkie błyśnięcie przejdzie, ale kiedy gość włącza reflektory 200m ode mnie i dojeżdża tak aż do mnie, to mam ochotę rzucić coś na maskę. A kiedy jeszcze świecę telefonem, żeby było mnie widać (testowałem, widać), to mam ochotę roznieść w drzazgi wszystko, co wpadnie mi w ręce.
Jako że jesienią zwykle więcej rzeczy nas boli, to dodam jeszcze coś.
Historia z wczoraj: Wchodzę do Urzędu Miasta Wieliczki w celu zapłacenia haraczu za otrzymanie prawa jazdy. Kolejka do kasy - 10 minut. Tylko po to, żeby babka powiedziała, że muszę iść do pokoju nr 1, żeby pobrać jakiś papier. Ok, w porządku. Kolejka do pokoju nr 1: 15 minut. Wchodzę, legitymuję się, biorę ten świstek i z powrotem do kasy. Kolejka do kasy: 10 minut. Po "uiszczeniu opłaty komunikacyjnej (84zł) i opłaty skarbowej, czy jakiejś tam (0,50gr, ale musi być osobno na papierze) powrót z potwierdzeniem zapłaty do pokoju numer 1. kolejka? A pewno, 10 minut. CZY TO JEST NORMALNE?
CKM. The Beatles, rok 1968, Biały Album. A mówią, że to Doorsi są psychodeliczni.
Do następnego!
czwartek, 27 września 2012
54. ...i nawet księżyc dziś dupą do nas świeci
Choróbsko przechodzi. powoli, ale przechodzi. W klasie w porywach do 10 osób. Jedna jedna-trzecia na wycieczce, druga jedna-trzecia nie wiadomo gdzie, a trzecia jedna-trzecia musiała siedzieć w szkole i nudzić się, jak mopsy, bo nic się nie działo. No i siedzieliśmy jak te śląskie dzieci na hałdzie (od razu prostuję, nie mam nic do Ślązaków, jesteśmy sobie nawzajem potrzebni, ale o tym innym razem).
Wracałem dzisiaj z koleżanką z dawnej, gimnazjalnej klasy busikiem do domu. Gadka-szmatka, zeszło na wspólnych kolegów i koleżanki. No i jestem wstrząśnięty (a nawet zmieszany). Otóż, opowiadała mi o jednym takim, co zawsze był, co tu dużo mówić, wiejskim zabijaką :) Łysy, zawsze pokancerowany, zero kultury, zero wiedzy, liczyły się fajki, libacje, przekleństwa, popisy na lekcjach przed fumflami i tym podobne. Znacie ten typ. Otóż kolega ów ostatnio został spotkany przez ww. koleżankę. I co? Gość czyściutki, pachnący, ubrany, rozmawia jak człowiek. Zdał prawko, jedzie do Niemiec pracować na samochód. Nie uwierzyłbym. Drugi podobny również wyszedł całkiem na ludzi.
Natomiast szmacą się wszystkie wzory cnót z gimnazjum. Wszyscy święci stłukli swoje aureole, pokazali palec i poszli na bibę. Z osób palących w liczbie mniej-więcej pięciu na trzydzieści, zostało troje-czworo NIEPALĄCYCH. Dramat. O tym, jak często ci ludzie są w stanie upojenia alkoholowego i co potrafią wyprawiać, szkoda nawet pisać. Przykładowo, rzucają sport na rzecz fajek, alkoholu i imprez. Szkoda.
Trzymają się ci, co byli jakby po środku, w tym i ja. Nie byłem aniołkiem, czasem nawet w gimnazjum mieli ze mną sporo problemów, mniej i bardziej poważnych (za jedną sprawę mógłbym nawet odpowiadać prawnie), ale generalnie wiedziałem, kiedy powiedzieć "basta". Teraz też tak jest. Pójdę na imprezę, wypiję, ale bez szaleństw (delikatne odstępstwa od reguły, które co poniektórzy mogliby mi wytknąć, owszem, zdarzały się, ale nikt nie jest doskonały). Podobnie kilkoro tych znajomych.
Postrzeliła mnie myśl, że tym kozakom już się wyskoki znudziły, natomiast ci, którzy dawniej byli święci, teraz zachłysnęli się "wolnością". Pozostaje mieć nadzieję, i tego im życzę, żeby im się też w końcu odmieniło. Gdyby ktoś mi podał taki scenariusz kilka lat temu, to bym go wyśmiał i wysłał do pedagoga :). A kolega Patryk (który jeszcze w podstawówce przewidział, że Vettel będzie mistrzem świata) mówił: zobaczysz, oni (kozaki) jeszcze wyjdą na ludzi. I co? Świat na głowie nam staje i nawet księżyc dziś dupą do nas świeci, jak już rzekłem wcześniej.
Koniec smętnych rozmyślań, za materiał do refleksji dziękujemy dzisiaj Oli. Czas na piosnkę. A tu... Jak by mnie kto nie znał, to by pomyślał, że jestem totalnym bezguściem muzycznym. Ale będę tego bronił krzesłem, nogami, rękami, będę pluł, gryzł, drapał, bił i kopał. A dlaczego? Bo to dobra piosenka jest. Przede wszystkim chwytliwa, skoczna, bogata muzycznie (posłuchajcie głośno, akordeonista jest naprawdę niezły). Chórki, rytm, instrumentarium, wszystko tam gra :). I nawet całkiem dobrze zaśpiewana. Jasne, że naiwna, ale czego wymagać od hitu na lato. Ale przede wszystkim siada w głowie i nie chce wyjść. A to recepta do rozpoznawalności. Wydane toto było w styczniu 2011 roku w Brazylii, a na świecie w kwietniu i błyskawicznie zawojowało praktycznie całą Europę. Holandia, Szwajcaria, Francja, Włochy, Luxemburg, no i oczywiście Polska. Tam to był (i chyba nadal jest) hicior numero uno.
Dobra, dajmy Gustawowi zaśpiewać ;)
Do następnego!
Tytuł: twórczość własna, dość spontaniczna, ale mi się podoba :)
Wracałem dzisiaj z koleżanką z dawnej, gimnazjalnej klasy busikiem do domu. Gadka-szmatka, zeszło na wspólnych kolegów i koleżanki. No i jestem wstrząśnięty (a nawet zmieszany). Otóż, opowiadała mi o jednym takim, co zawsze był, co tu dużo mówić, wiejskim zabijaką :) Łysy, zawsze pokancerowany, zero kultury, zero wiedzy, liczyły się fajki, libacje, przekleństwa, popisy na lekcjach przed fumflami i tym podobne. Znacie ten typ. Otóż kolega ów ostatnio został spotkany przez ww. koleżankę. I co? Gość czyściutki, pachnący, ubrany, rozmawia jak człowiek. Zdał prawko, jedzie do Niemiec pracować na samochód. Nie uwierzyłbym. Drugi podobny również wyszedł całkiem na ludzi.
Natomiast szmacą się wszystkie wzory cnót z gimnazjum. Wszyscy święci stłukli swoje aureole, pokazali palec i poszli na bibę. Z osób palących w liczbie mniej-więcej pięciu na trzydzieści, zostało troje-czworo NIEPALĄCYCH. Dramat. O tym, jak często ci ludzie są w stanie upojenia alkoholowego i co potrafią wyprawiać, szkoda nawet pisać. Przykładowo, rzucają sport na rzecz fajek, alkoholu i imprez. Szkoda.
Trzymają się ci, co byli jakby po środku, w tym i ja. Nie byłem aniołkiem, czasem nawet w gimnazjum mieli ze mną sporo problemów, mniej i bardziej poważnych (za jedną sprawę mógłbym nawet odpowiadać prawnie), ale generalnie wiedziałem, kiedy powiedzieć "basta". Teraz też tak jest. Pójdę na imprezę, wypiję, ale bez szaleństw (delikatne odstępstwa od reguły, które co poniektórzy mogliby mi wytknąć, owszem, zdarzały się, ale nikt nie jest doskonały). Podobnie kilkoro tych znajomych.
Postrzeliła mnie myśl, że tym kozakom już się wyskoki znudziły, natomiast ci, którzy dawniej byli święci, teraz zachłysnęli się "wolnością". Pozostaje mieć nadzieję, i tego im życzę, żeby im się też w końcu odmieniło. Gdyby ktoś mi podał taki scenariusz kilka lat temu, to bym go wyśmiał i wysłał do pedagoga :). A kolega Patryk (który jeszcze w podstawówce przewidział, że Vettel będzie mistrzem świata) mówił: zobaczysz, oni (kozaki) jeszcze wyjdą na ludzi. I co? Świat na głowie nam staje i nawet księżyc dziś dupą do nas świeci, jak już rzekłem wcześniej.
Koniec smętnych rozmyślań, za materiał do refleksji dziękujemy dzisiaj Oli. Czas na piosnkę. A tu... Jak by mnie kto nie znał, to by pomyślał, że jestem totalnym bezguściem muzycznym. Ale będę tego bronił krzesłem, nogami, rękami, będę pluł, gryzł, drapał, bił i kopał. A dlaczego? Bo to dobra piosenka jest. Przede wszystkim chwytliwa, skoczna, bogata muzycznie (posłuchajcie głośno, akordeonista jest naprawdę niezły). Chórki, rytm, instrumentarium, wszystko tam gra :). I nawet całkiem dobrze zaśpiewana. Jasne, że naiwna, ale czego wymagać od hitu na lato. Ale przede wszystkim siada w głowie i nie chce wyjść. A to recepta do rozpoznawalności. Wydane toto było w styczniu 2011 roku w Brazylii, a na świecie w kwietniu i błyskawicznie zawojowało praktycznie całą Europę. Holandia, Szwajcaria, Francja, Włochy, Luxemburg, no i oczywiście Polska. Tam to był (i chyba nadal jest) hicior numero uno.
Dobra, dajmy Gustawowi zaśpiewać ;)
Do następnego!
Tytuł: twórczość własna, dość spontaniczna, ale mi się podoba :)
wtorek, 25 września 2012
53. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć... światła :(
Egzaminek za pasem, trzymajcie palce (mogą być nawet swoje). Za równy tydzień stawiamy czoło żywiołom na krakowskich równych, szerokich, przestronnych i pustych drogach.
I znowu mnie irytują. Tym razem banda "odzawszowców". Przecież od zawsze byli fanami Paktofoniki, co się czepiacie? Ciekawe, że zanim nie powstał film, o tym zespole pamiętali jedynie nieco starsi młodzi i prawdziwi fani polskiego hip-hopu, a teraz każdy gimbus (nie cierpię tego słowa, ale pasuje tu wprost idealnie) zarzeka się, że zawsze ich słuchał. Wielcy fani, którzy tydzień temu nawet nie znali zespołu, teraz dadzą się pokroić za Paktofonikę. Sam nie wiem, co grają, na razie nie zamierzam się dowiadywać. Melodeklamację akceptuję jedynie w postaci serwowanej przez Rage Against The Machine i Franka Kimono.
Swoją drogą, podobno chłopaki byli nieźli. Ale kto mnie czyta, wie, jaki mam stosunek do samobójstwa, także nie poruszam więcej tematu.
Choruję. W nosie powstały mi wodospady Iguazu, natomiast w gardle obozem rozbili się harcerze i rozpalili ognisko. Trochę dupy, nie zaradni ludzie, bo ognisko małe, ale jednak trochę pali.
Swoją drogą: Kto to są harcerze? To Banda dzieciaków ubranych jak debile pod wodzą debila ubranego jak dzieciak.
Żartuję, nie mam nic do harcerzy.
Dobrze, powoli zmierzam ku końcowi, bo widzę, że zaczynam mocno pieprzyć.
A w kąciku po prostu niedźwiedź. Niedźwiedź Janusz. On wciąż horyzont muska smutnym wzrokiem swym :)
I znowu mnie irytują. Tym razem banda "odzawszowców". Przecież od zawsze byli fanami Paktofoniki, co się czepiacie? Ciekawe, że zanim nie powstał film, o tym zespole pamiętali jedynie nieco starsi młodzi i prawdziwi fani polskiego hip-hopu, a teraz każdy gimbus (nie cierpię tego słowa, ale pasuje tu wprost idealnie) zarzeka się, że zawsze ich słuchał. Wielcy fani, którzy tydzień temu nawet nie znali zespołu, teraz dadzą się pokroić za Paktofonikę. Sam nie wiem, co grają, na razie nie zamierzam się dowiadywać. Melodeklamację akceptuję jedynie w postaci serwowanej przez Rage Against The Machine i Franka Kimono.
Swoją drogą, podobno chłopaki byli nieźli. Ale kto mnie czyta, wie, jaki mam stosunek do samobójstwa, także nie poruszam więcej tematu.
Choruję. W nosie powstały mi wodospady Iguazu, natomiast w gardle obozem rozbili się harcerze i rozpalili ognisko. Trochę dupy, nie zaradni ludzie, bo ognisko małe, ale jednak trochę pali.
Swoją drogą: Kto to są harcerze? To Banda dzieciaków ubranych jak debile pod wodzą debila ubranego jak dzieciak.
Żartuję, nie mam nic do harcerzy.
Dobrze, powoli zmierzam ku końcowi, bo widzę, że zaczynam mocno pieprzyć.
A w kąciku po prostu niedźwiedź. Niedźwiedź Janusz. On wciąż horyzont muska smutnym wzrokiem swym :)
sobota, 8 września 2012
52. Pierwszy z wielu
Pierwszy tydzień minął. Jakoś poszło, nawet napisaliśmy sprawdzian. Następne 5 zapowiedzianych. Chcę wakacje.
Kochajmy demokrację. Zrobiliśmy wybory. Nawet gładko poszło, ale wychowawczyni stwierdziła, że prawie 200 głosów to za dużo i unieważniła imprezę. Potem niewiele, bo jeden głos dzielił mnie od nieszczęścia, czyli od stołka przewodniczącego. Od niebezpiecznej dogrywki uratował mnie głos na Kazimierza Przerwę-Tetmajera zaliczony kumplowi Pawłowi. Uffff :)
Z innych ciekawych rzeczy: dostalibyśmy już pierwsze (i nie ostatnie) nieodpowiednie zachowanie :) A za co? A za (uwaga, werble, tremolo, trrrrrrrrrr) nieprzyniesienie deklaracji odnośnie udziału w wycieczce (Tu-dum, pshhhhhhhh!). Lubię naszą wychowawczynię, ale czasem ma dziwne pomysły.
Dalej zadziwia mnie idiotyzm kierowców i kierownic polskich. Stoję ja sobie pod wiaduktem pod Nowohucką na prawym pasie. Na lewym staje skuterzysta z pasażerką bez kasku. Ruszamy. Jadę już jakieś 45 na godzinę, a ten niefrasobliwie i całkowicie nielegalnie pakuje mi się przed maskę. Strąbiony pokazał tylko palec i pojechał. Albo pańcia w fabii, która wyprzedza mnie na strefie 40, 50m przed zakrętem i przed progiem zwalniającym. Do progu hamowała tuż koło mnie. Cudnie.
Czas na złośliwość: Połowa weekendu za nami :)
W CKM dzisiaj czysty, żywy ogień. Freddie i jego banda :)
To podobno pierwsza piosenka Queen, którą usłyszała moja mama słuchając po nocy radia, zamiast spać, jak to grzeczne dziewczynki kiedyś miały w zwyczaju. Piosenka pochodzi z płyty "Jazz" z 1978 roku. Potężna dawka energii :)
Do następnego!
PS. Wiecie, że nietoperze po wylocie z jaskini zawsze skręcają w lewo?
Kochajmy demokrację. Zrobiliśmy wybory. Nawet gładko poszło, ale wychowawczyni stwierdziła, że prawie 200 głosów to za dużo i unieważniła imprezę. Potem niewiele, bo jeden głos dzielił mnie od nieszczęścia, czyli od stołka przewodniczącego. Od niebezpiecznej dogrywki uratował mnie głos na Kazimierza Przerwę-Tetmajera zaliczony kumplowi Pawłowi. Uffff :)
Z innych ciekawych rzeczy: dostalibyśmy już pierwsze (i nie ostatnie) nieodpowiednie zachowanie :) A za co? A za (uwaga, werble, tremolo, trrrrrrrrrr) nieprzyniesienie deklaracji odnośnie udziału w wycieczce (Tu-dum, pshhhhhhhh!). Lubię naszą wychowawczynię, ale czasem ma dziwne pomysły.
Dalej zadziwia mnie idiotyzm kierowców i kierownic polskich. Stoję ja sobie pod wiaduktem pod Nowohucką na prawym pasie. Na lewym staje skuterzysta z pasażerką bez kasku. Ruszamy. Jadę już jakieś 45 na godzinę, a ten niefrasobliwie i całkowicie nielegalnie pakuje mi się przed maskę. Strąbiony pokazał tylko palec i pojechał. Albo pańcia w fabii, która wyprzedza mnie na strefie 40, 50m przed zakrętem i przed progiem zwalniającym. Do progu hamowała tuż koło mnie. Cudnie.
Czas na złośliwość: Połowa weekendu za nami :)
W CKM dzisiaj czysty, żywy ogień. Freddie i jego banda :)
To podobno pierwsza piosenka Queen, którą usłyszała moja mama słuchając po nocy radia, zamiast spać, jak to grzeczne dziewczynki kiedyś miały w zwyczaju. Piosenka pochodzi z płyty "Jazz" z 1978 roku. Potężna dawka energii :)
Do następnego!
PS. Wiecie, że nietoperze po wylocie z jaskini zawsze skręcają w lewo?
środa, 29 sierpnia 2012
51. A czas sobie płynie...
...banalne tik-tak.
Pierwszy raz zmarzłem, wracając na rowerku wieczorem z siatkówki. Rano też za ciepło nie było. Godzina dwudziesta, a tu ciemno. Błe. Robi się niefajnie. No ale cóż, tak było, jest i będzie. Teraz czekam na 22 grudnia, bo dzień się będzie robił coraz dłuższy.
Ale co tam, wiosna, lato, jesień, zima, a ludzie jak jeździć nie umieli, tak dalej nie umieją :/. Gość wyprzedzał mnie przez 300 metrów tylko po to, żeby przywalić po klockach, bo na rondzie czerwone. O swobodnej Corsie już wspominałem, a wyprzedzanie na przejściu jest sprawą nagminną. Ma-sak-ra!
Na dzisiaj dość, bo mi nie idzie. Następny post dopiero, jak będę miał coś godnego podzielenia się.
A w CKM piosenka, która jednoznacznie kojarzy mi się z wakacyjnym, lekkim klimatem. Za teledysk, za klimat, za luz, za wygląd Toma. Ale głównie za teledysk :)
A tu to samo, tylko nieco bardziej kanciaste :
)
Do następnego!
tytuł - piosenka początkowa z audycji "Powtórka z rozrywki" w radiowej "Trójce
Pierwszy raz zmarzłem, wracając na rowerku wieczorem z siatkówki. Rano też za ciepło nie było. Godzina dwudziesta, a tu ciemno. Błe. Robi się niefajnie. No ale cóż, tak było, jest i będzie. Teraz czekam na 22 grudnia, bo dzień się będzie robił coraz dłuższy.
Ale co tam, wiosna, lato, jesień, zima, a ludzie jak jeździć nie umieli, tak dalej nie umieją :/. Gość wyprzedzał mnie przez 300 metrów tylko po to, żeby przywalić po klockach, bo na rondzie czerwone. O swobodnej Corsie już wspominałem, a wyprzedzanie na przejściu jest sprawą nagminną. Ma-sak-ra!
Na dzisiaj dość, bo mi nie idzie. Następny post dopiero, jak będę miał coś godnego podzielenia się.
A w CKM piosenka, która jednoznacznie kojarzy mi się z wakacyjnym, lekkim klimatem. Za teledysk, za klimat, za luz, za wygląd Toma. Ale głównie za teledysk :)
A tu to samo, tylko nieco bardziej kanciaste :
)
Do następnego!
tytuł - piosenka początkowa z audycji "Powtórka z rozrywki" w radiowej "Trójce
środa, 22 sierpnia 2012
Dodatek specjalny...
...Bo zrobiło mi się okropnie smutno, że tam nie byłem i takiego koncertu już nigdy nie będzie :(
50. W pół do
Dopiero założyłem bloga, a tu trach! Pięćdziesiąty post. Własny Hyde Park, nowe super znajomości. Samo dobro :)
Wróciłem z krótkich wakacji w dziczy, gdzie nawet 3g nie ma (niektórzy stwierdzą, że się powtarzam, ale trudno, tam tak było :)), a nawet ze zwykłym 2g bywało ciężko. Cisza, najbliższy asfalt daleko, I las. I piasek. I rzeka. I grzyby :). Przepiękna stara chatka, delikatnie odnowiona, z wspaniałym piecem. A w środku wszędzie stare radia i zegary (pasja wujka). Mógłbym tam siedzieć całe wakacje.
A na swoim podwórku po staremu. Prawo jazdy w drodze. I wciąż nie mogę się nadziwić, gdzie niektórym sprzedali prawo jazdy. 2 pasy do skrętu w lewo, jedziesz sobie kulturalnie prawym, a tu z lewej ładuje się - niczym tir z dwiema naczepami - Corsa, pakując połowę swego jestestwa w mój tor jazdy, bo nie chce jej się (kierowcy) mocniej obrócić kółkiem. No kurde. A kto zdarł okładzinę hamulcową?
Gwoi ścisłości, nie jestem seksistą, który twierdzi, że baba za kółkiem to lucyfer w czystej postaci, znam wiele niezłych kobiet-kierownic, tylko w tej sytuacji kierującym była kobieta. Także, żeby nie było, jak by tego, no, wiecie :)
Jakąś mam zniżkę formy, nie mogę posklejać sensownych zdań. Dlatego kończę, nie udzielam się już dzisiaj, teraz pora na tych sławnych, mniej lub bardziej, niech oni się produkują. A ten jest bardzo sławny, nawet już raz u mnie gościł :). Kolega Wojtek powinien się ucieszyć. A piosenka to chyba obok "Born in the USA", najbardziej znana kompozycja tego gościa. No i wiadomo o kogo chodzi. A piękny utwór z pięknego filmu (którego nigdy nie obejrzałem, ale takie rzeczy się wie :)), który w spolszczeniu nazywa się mniej-więcej "Filadelfia". Polecam słuchanie w ciszy i spokoju. Najlepiej głośno.
No. To do następnego!
Wróciłem z krótkich wakacji w dziczy, gdzie nawet 3g nie ma (niektórzy stwierdzą, że się powtarzam, ale trudno, tam tak było :)), a nawet ze zwykłym 2g bywało ciężko. Cisza, najbliższy asfalt daleko, I las. I piasek. I rzeka. I grzyby :). Przepiękna stara chatka, delikatnie odnowiona, z wspaniałym piecem. A w środku wszędzie stare radia i zegary (pasja wujka). Mógłbym tam siedzieć całe wakacje.
A na swoim podwórku po staremu. Prawo jazdy w drodze. I wciąż nie mogę się nadziwić, gdzie niektórym sprzedali prawo jazdy. 2 pasy do skrętu w lewo, jedziesz sobie kulturalnie prawym, a tu z lewej ładuje się - niczym tir z dwiema naczepami - Corsa, pakując połowę swego jestestwa w mój tor jazdy, bo nie chce jej się (kierowcy) mocniej obrócić kółkiem. No kurde. A kto zdarł okładzinę hamulcową?
Gwoi ścisłości, nie jestem seksistą, który twierdzi, że baba za kółkiem to lucyfer w czystej postaci, znam wiele niezłych kobiet-kierownic, tylko w tej sytuacji kierującym była kobieta. Także, żeby nie było, jak by tego, no, wiecie :)
Jakąś mam zniżkę formy, nie mogę posklejać sensownych zdań. Dlatego kończę, nie udzielam się już dzisiaj, teraz pora na tych sławnych, mniej lub bardziej, niech oni się produkują. A ten jest bardzo sławny, nawet już raz u mnie gościł :). Kolega Wojtek powinien się ucieszyć. A piosenka to chyba obok "Born in the USA", najbardziej znana kompozycja tego gościa. No i wiadomo o kogo chodzi. A piękny utwór z pięknego filmu (którego nigdy nie obejrzałem, ale takie rzeczy się wie :)), który w spolszczeniu nazywa się mniej-więcej "Filadelfia". Polecam słuchanie w ciszy i spokoju. Najlepiej głośno.
No. To do następnego!
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
48. W gumiakach
Wczoraj "we Gdowie" szliśmy boso. Zakopower. No i niby ekstra warsztat, super aranżacje, ale po pierwsze, jakoś mnie to nie rusza, a po drugie, właściwie ważniejsze, zaraz na początku zepsuli całą radość z koncertu, mianowicie playback. Nie cierpię, jak ktoś znany, zwłaszcza dobry w tym co robi, urządza sobie z widowni jaja, chociaż robili to bardzo dobrze, bo Sebek grał, nawet to, co szło z taśmy, a nawet sypał włosiem ze smyczka, ale jeden raz się zdradził. I, nieskromnie mówiąc, niewprawne, amuzyczne oko by tego nie wyłapało, trzeba obycia z instrumentami.
Mniejsza. Potem wyłączyli i zaczęli grać na poważnie (i na żywo). A już końcówka była absolutnie bez zarzutu. I tu nie moje, ale kolegi Mateusza słowa lepiej oddadzą scenkę:
Tłum zamilknął, wtem dwóch wyrwało się przed szereg. Chcieli odpowiedzieć na pytanie, a właściwie na propozycję.
"Boso! Boso!" zaczął skandować motłoch. "Boso! Boso!" - ponowił. Znów zamilknął.
Dwóch, stojąc bark w bark wykrzyczało głośno razem:
OMEGA! OMEGA!
Tysiące oczu zwróciło się ku nim, nie zważając na wrogie miny skakali i skandowali.
OMEGA! OMEGA!
"Dobry wybór." - odpowiedział grajek, po czym zagrał...(a i tak by to zrobił).
Wiele akcji się robiło (głównie w szkole, wielkie i spektakularne kończyły się zwykle w gabinecie dyrektora/dyrektorki), ale z tego jestem super-dumny. Przekrzyczeć we dwóch prawie 6000 ludzi - to jest coś :)
Pora na muzyczkę.
Dzisiaj trochę z lenistwa, ale bardziej z chęci pokazania tego przepięknego, cyklicznego utworu. Płyta "The Resistance" pochodzi z 2009 roku, obiła się dosyć szerokim echem. A zespół? To jeden z dwóch zespołów (obok Pathfindera), które dla mnie brzmią kompletnie w tym, co grają, tak że nic dodać, nic ująć. Po prostu Muse.
A... co mi tam, ładuję całość, 3 części, następnym razem poszukam czegoś innego.
Jeszcze mała uwaga. Ich utwory bardzo zyskują, gdy się ich słucha na porządnym sprzęcie grającym, albo dobrych słuchawkach. Takie słuchanie w przelocie "od kwejka do demotów" odbiera im mnóstwo czaru.
Do następnego!
PS. Ciekawe, czy ktokolwiek tego słucha, co ja tu zamieszczam.
PS2. Tytuł - wrodzona przekorność i mój protest przeciwko kulturze masowej :)
Mniejsza. Potem wyłączyli i zaczęli grać na poważnie (i na żywo). A już końcówka była absolutnie bez zarzutu. I tu nie moje, ale kolegi Mateusza słowa lepiej oddadzą scenkę:
Tłum zamilknął, wtem dwóch wyrwało się przed szereg. Chcieli odpowiedzieć na pytanie, a właściwie na propozycję.
"Boso! Boso!" zaczął skandować motłoch. "Boso! Boso!" - ponowił. Znów zamilknął.
Dwóch, stojąc bark w bark wykrzyczało głośno razem:
OMEGA! OMEGA!
Tysiące oczu zwróciło się ku nim, nie zważając na wrogie miny skakali i skandowali.
OMEGA! OMEGA!
"Dobry wybór." - odpowiedział grajek, po czym zagrał...(a i tak by to zrobił).
Wiele akcji się robiło (głównie w szkole, wielkie i spektakularne kończyły się zwykle w gabinecie dyrektora/dyrektorki), ale z tego jestem super-dumny. Przekrzyczeć we dwóch prawie 6000 ludzi - to jest coś :)
Pora na muzyczkę.
Dzisiaj trochę z lenistwa, ale bardziej z chęci pokazania tego przepięknego, cyklicznego utworu. Płyta "The Resistance" pochodzi z 2009 roku, obiła się dosyć szerokim echem. A zespół? To jeden z dwóch zespołów (obok Pathfindera), które dla mnie brzmią kompletnie w tym, co grają, tak że nic dodać, nic ująć. Po prostu Muse.
A... co mi tam, ładuję całość, 3 części, następnym razem poszukam czegoś innego.
Jeszcze mała uwaga. Ich utwory bardzo zyskują, gdy się ich słucha na porządnym sprzęcie grającym, albo dobrych słuchawkach. Takie słuchanie w przelocie "od kwejka do demotów" odbiera im mnóstwo czaru.
Do następnego!
PS. Ciekawe, czy ktokolwiek tego słucha, co ja tu zamieszczam.
PS2. Tytuł - wrodzona przekorność i mój protest przeciwko kulturze masowej :)
piątek, 27 lipca 2012
poniedziałek, 23 lipca 2012
46. Wstyd...
Dziś krótko. Ręce mnie bolą. Omachałem się jak głupi na basenie. Nigdy chyba tyle jeszcze na raz nie przepłynąłem. A! I noga też mnie boli, naciągnąłem.
Tyle. CKM.
Obiecana ostatnio piosenka z lat mojej młodości. Słuchałem już wtedy normalnych zespołów, głównie Queen, ale cóż... się było wydarzyło i trudno :) Choć i teraz jest w tym jakiś magnetyzm.
Przepraszam.
Lataliśmy z kumplem po wiosce i jeden to był Divan a Drugi Elfin. I ciągle kiwałem głową.
Jeśli ktoś jest tu pierwszy raz, niech się nie przestraszy tej piosenki. Zazwyczaj są lepsze :)
Do następnego!
Tyle. CKM.
Obiecana ostatnio piosenka z lat mojej młodości. Słuchałem już wtedy normalnych zespołów, głównie Queen, ale cóż... się było wydarzyło i trudno :) Choć i teraz jest w tym jakiś magnetyzm.
Przepraszam.
Lataliśmy z kumplem po wiosce i jeden to był Divan a Drugi Elfin. I ciągle kiwałem głową.
Jeśli ktoś jest tu pierwszy raz, niech się nie przestraszy tej piosenki. Zazwyczaj są lepsze :)
Do następnego!
wtorek, 17 lipca 2012
45. Ładnie było
Po raz pierwszy chyba rzuciłem tyle zdjęć. Przepraszam za jakość, ale trzeba było szybko cykać, a w telefonie aparat mam niespecjalny. W takich chwilach cieszę się, że mieszkam tu, gdzie mieszkam. Cisza i spokój.
Dobra. Tyle. Chciałem się tylko pochwalić, jak ładnie mam dookoła domu :) Czas na CKM.
Piosenka pochodzi z pierwszej płyty z 1969r., "In the court of the Crimson King" (swoją drogą, kto choć trochę łapie się w muzyce klasycznej, powinien przy tym tytule się uśmiechnąć). MOtywy przypominają trochę nieco inny klasyk rock and rolla, mianowicie "Dziewczynę o perłowych włosach". Piękna, spokojna melodia, świetna do uspokojenia się przed snem.
Następnym razem w CKM wielki, wielki hit, którym cieszyłem się jak dziecko mając około 11-12 lat.
Do następnego!
poniedziałek, 16 lipca 2012
44. TeFałPe Błe
Kochana rzetelna, patriotyczna polska telewizja publiczna. Tour de Pologne się kończy, a transmisji na żywo ani widu, ani słychu. W otwartych kanałach Pancerni (uwielbiam, ale nie dzisiaj), a na TVP Sport, jakieś idiotyczne lokalne zawody jeździeckie. Szkoda tym większa, że jeżdżą dzisiaj właściwie u mnie na podwórku, w Krakowie i Wieliczce. I takie wielkie reklamy, że jest, taka pompa, że UCI World Tour, loterie, nagrody i inne dupeszwance. Ale żeby pokazać, to nie ma bata. A wsadźcie sobie ten swój abonament wydawany na premie dla prezesów i innych ważniaków. Płacić i nie oglądać? to tylko u nas. Zamiast tego leci jakiś program o igrzyskach, złote chwile. Kochajmy TVP.
O. Teraz zaczynają. Ale startu to chamy nie pokazali. Zrobili z piętnaście wywiadów, pogadali z jakimś ważniakiem ze związku, po czym powiedzieli, że za chwilę start, a potem się wyłączyli. Nawet w internecie nie znaleźli miejsca na kolarzy. Eeeee... Szkoda gadać.
Taaaa. Transmisja na żywo i wywiady, wywiady, przebitki z poprzednich etapów. Szlag może trafić... Nie można nawet okienka zrobić małego z widokiem z trasy? Nieee, po co. Wywiad w studiu polowym i lansowanie telewizyjnej Corvettte'y Stingray. O i reklama. Trwa to już 15 minut, a wyścigu nie zobaczyłem ani sekundy. Ciężkie słowa się cisną na usta, ech...
Dobra, starczy mękolenia. Trzeba nam muzyczki. Dzisiaj zasuwając na łopacie przed domem usłyszałem to w trójce. Dość ciężko się rozkręca, ale potem łapie tempo w miarę. Taka sobie pioseneczka. Sam zespół Queens of the Stone Age powstał w 1997r. w Californii, grają coś, co zwie się stoner rockiem i swoje ewolucje stylistyczne na temat takich zespołów jak Black Sabbath, także alternatywy współczesnej. Przynajmniej tak mówi wikipedia. Da się słuchać. Tylko teledysk dziwny. Nie podoba mi się. Lubię dziwne rzeczy i filmy, ale takie w stylu dziwności Offspringa.
A Wieliczki to mi już nie pokażą, bo już tam nie pojadą. Zbóje.
Do następnego!
O. Teraz zaczynają. Ale startu to chamy nie pokazali. Zrobili z piętnaście wywiadów, pogadali z jakimś ważniakiem ze związku, po czym powiedzieli, że za chwilę start, a potem się wyłączyli. Nawet w internecie nie znaleźli miejsca na kolarzy. Eeeee... Szkoda gadać.
Taaaa. Transmisja na żywo i wywiady, wywiady, przebitki z poprzednich etapów. Szlag może trafić... Nie można nawet okienka zrobić małego z widokiem z trasy? Nieee, po co. Wywiad w studiu polowym i lansowanie telewizyjnej Corvettte'y Stingray. O i reklama. Trwa to już 15 minut, a wyścigu nie zobaczyłem ani sekundy. Ciężkie słowa się cisną na usta, ech...
Dobra, starczy mękolenia. Trzeba nam muzyczki. Dzisiaj zasuwając na łopacie przed domem usłyszałem to w trójce. Dość ciężko się rozkręca, ale potem łapie tempo w miarę. Taka sobie pioseneczka. Sam zespół Queens of the Stone Age powstał w 1997r. w Californii, grają coś, co zwie się stoner rockiem i swoje ewolucje stylistyczne na temat takich zespołów jak Black Sabbath, także alternatywy współczesnej. Przynajmniej tak mówi wikipedia. Da się słuchać. Tylko teledysk dziwny. Nie podoba mi się. Lubię dziwne rzeczy i filmy, ale takie w stylu dziwności Offspringa.
A Wieliczki to mi już nie pokażą, bo już tam nie pojadą. Zbóje.
Do następnego!
sobota, 14 lipca 2012
43. Tak się tym snem zmęczył, że się obudził.
Jestem przeokropnym leniem (też mi nowość). OD początku wakacji zbierałem się, żeby cokolwiek skrobnąć. Nawet kilka razy siedziałem z otwartym panelem pisania postów, ale nie mogłem nic a nic z siebie wykrzesać. Lato w pełni, batalia o rower dobiega końca (oby), a przez cały rok szkolny nie przeczytałem tylu książek, co przez pierwszy tydzień wakacji (brawo bić!).
I tak, jak się ma za dużo czasu, wymyśla się za dużo głupich pomysłów. A co mądry Suchoń zrobił? A czytając książkę zasysał szklankę i w pewnym momencie trochę przesadził. A już pomysł z odciąganiem kubka na siłę, zamiast wpuszczeniem powietrza był całkowitym niewypałem. Efekt - blednące już na szczęście kółko dookoła pyska. Ale mina mamy, która, gdy mnie zobaczyła, myślała, że mnie jakaś choroba atakuje i mocno się przestraszyła, była bezcenna.
CKM. O ile wszystko (EDIT: zapomniałem dopisać dalszej części tego zdania, wstawiam tak, jak miało być) wyżej napisało mi się łatwo, szybko i raczej bezboleśnie, to teraz muszę się chwilę zastanowić.
Piosenka pochodzi z płyty "A night at the Opera" z 1975r. Chyba najlepszej, a przynajmniej jednej z 3 najlepszych płyt Queen. Opowiada o grupie astronomów, którzy w roku 39. (nie wiadomo, którego wieku) polecieli szukać innej planety dla mieszkańców umierającej Ziemii. Wrócili po stu latach, w zupełnie innych czasach, gdy wszyscy ich znajomi i krewni już nie żyli. Inspirowana Teorią Względności A. Einsteina. Zalatuje country, ale od Queen można kupić chyba wszystko (oprócz ich wypadu w pop w latach 80, ale i on jest o wiele lepszy, niż ówcześni "rywale").
Do następnego!
PS. Tytuł - Ostatni wers wiersza "Leń" J. Brzechwy.
I tak, jak się ma za dużo czasu, wymyśla się za dużo głupich pomysłów. A co mądry Suchoń zrobił? A czytając książkę zasysał szklankę i w pewnym momencie trochę przesadził. A już pomysł z odciąganiem kubka na siłę, zamiast wpuszczeniem powietrza był całkowitym niewypałem. Efekt - blednące już na szczęście kółko dookoła pyska. Ale mina mamy, która, gdy mnie zobaczyła, myślała, że mnie jakaś choroba atakuje i mocno się przestraszyła, była bezcenna.
CKM. O ile wszystko (EDIT: zapomniałem dopisać dalszej części tego zdania, wstawiam tak, jak miało być) wyżej napisało mi się łatwo, szybko i raczej bezboleśnie, to teraz muszę się chwilę zastanowić.
Piosenka pochodzi z płyty "A night at the Opera" z 1975r. Chyba najlepszej, a przynajmniej jednej z 3 najlepszych płyt Queen. Opowiada o grupie astronomów, którzy w roku 39. (nie wiadomo, którego wieku) polecieli szukać innej planety dla mieszkańców umierającej Ziemii. Wrócili po stu latach, w zupełnie innych czasach, gdy wszyscy ich znajomi i krewni już nie żyli. Inspirowana Teorią Względności A. Einsteina. Zalatuje country, ale od Queen można kupić chyba wszystko (oprócz ich wypadu w pop w latach 80, ale i on jest o wiele lepszy, niż ówcześni "rywale").
Do następnego!
PS. Tytuł - Ostatni wers wiersza "Leń" J. Brzechwy.
środa, 20 czerwca 2012
42. W klatce normy
Czerwiec ledwo co się rozkręcił, już dogorywa. Upał nieziemski, duchota, brakuje takiej fest-burzy, żeby trochę odświeżyć atmosferę.
Całe to euro zaczyna mi bokiem wychodzić, zwłaszcza, kiedy stoję w zatłoczonym autobusie przezacnej linii 304. Klimatyzacja rzęzi i pluje, ale nie ma bidula szans, żeby się wyrobić. Sam autobus też stoi i się grzeje, bo akurat z hotelu robią wypad Azurri i muszą mieć całe miasto wolne do przejazdu, żeby się nie zatrzymywać. 10 minut stania na przystanku. Niech dostaną łomot w ćwierćfinale i wreszcie się wyniosą!
Wyżaliłem się, teraz z dawna obiecywana refleksyjna część.
Wsiadam ja Wam niedawno do busa po próbie orkiestry, przelatuje przez moją wioskę i jedzie dalej na inną wioskę, ale kursuje tam rzadko, więc w busie kupa miejscowych stamtąd. Jak to starsi ludzie ze wsi, rozmawiają dosyć głośno, co jakiś czas śmiejąc się rubasznie. W pierwszej chwili myślę sobie "kurde, ale się drą". Troszkę się złoszczę. Ale potem przychodzi myśl nieco głębsza. Kurcze, przecież to właśnie oni są w porządku, nie moja postawa. Przecież oni właśnie ROZMAWIAJĄ!. Tak po prostu, normalnie, po ludzku, bez obciachu rozmawiają.
My młodzież jesteśmy subkulturą tak do cna zakompleksioną, wszędzie widzimy siebie w sytuacjach, w których robimy z siebie idiotów w oczach otoczenia i boimy się czegoś takiego, unikamy wszelkiego wychylania się z okna pociągu norm, bo możemy przygrzmocić łbem w słup. W dodatku zapuściliśmy tak głębokie korzenie w wirtualny grunt, że dla nas zwykła rozmowa jest jakąś całkowitą abstrakcją. To jest coś dziwnego, dla nas niepospolitego. Mało tego, mamy taki bojowy charakter, że to nas wręcz irytuje, wtedy padają słowa tego typu, co moje, zacytowane wyżej, we wstępie. To jest przerażające. Jak my będziemy się porozumiewać za kilkanaście, kilkadziesiąt lat? Boję się tego.
Wielu powie, że Suchoń postradał zmysły, że dziermoleje, dziadzieje et cetera, et cetera. Ale zachęcam do rozmawiania (ha, ja głos ludu z taką potężną siłą perswazji, że oh-oh :p). Rozmawianie jest dobre.
Jeśli już przebrnęliście do tego momentu, ad libitum zachęcam do posłuchania piosenki niżej. Także jeszcze tylko chwila i koniec :)
Śliczna ballada z płyty Piece by Piece, drugiej płyty Katie Meluy (Melui, Meluły, kurde, nie wiem :)) z 2005 roku. Ujęła mnie melodyjnością, no i ten głos :)
Do następnego!
Całe to euro zaczyna mi bokiem wychodzić, zwłaszcza, kiedy stoję w zatłoczonym autobusie przezacnej linii 304. Klimatyzacja rzęzi i pluje, ale nie ma bidula szans, żeby się wyrobić. Sam autobus też stoi i się grzeje, bo akurat z hotelu robią wypad Azurri i muszą mieć całe miasto wolne do przejazdu, żeby się nie zatrzymywać. 10 minut stania na przystanku. Niech dostaną łomot w ćwierćfinale i wreszcie się wyniosą!
Wyżaliłem się, teraz z dawna obiecywana refleksyjna część.
Wsiadam ja Wam niedawno do busa po próbie orkiestry, przelatuje przez moją wioskę i jedzie dalej na inną wioskę, ale kursuje tam rzadko, więc w busie kupa miejscowych stamtąd. Jak to starsi ludzie ze wsi, rozmawiają dosyć głośno, co jakiś czas śmiejąc się rubasznie. W pierwszej chwili myślę sobie "kurde, ale się drą". Troszkę się złoszczę. Ale potem przychodzi myśl nieco głębsza. Kurcze, przecież to właśnie oni są w porządku, nie moja postawa. Przecież oni właśnie ROZMAWIAJĄ!. Tak po prostu, normalnie, po ludzku, bez obciachu rozmawiają.
My młodzież jesteśmy subkulturą tak do cna zakompleksioną, wszędzie widzimy siebie w sytuacjach, w których robimy z siebie idiotów w oczach otoczenia i boimy się czegoś takiego, unikamy wszelkiego wychylania się z okna pociągu norm, bo możemy przygrzmocić łbem w słup. W dodatku zapuściliśmy tak głębokie korzenie w wirtualny grunt, że dla nas zwykła rozmowa jest jakąś całkowitą abstrakcją. To jest coś dziwnego, dla nas niepospolitego. Mało tego, mamy taki bojowy charakter, że to nas wręcz irytuje, wtedy padają słowa tego typu, co moje, zacytowane wyżej, we wstępie. To jest przerażające. Jak my będziemy się porozumiewać za kilkanaście, kilkadziesiąt lat? Boję się tego.
Wielu powie, że Suchoń postradał zmysły, że dziermoleje, dziadzieje et cetera, et cetera. Ale zachęcam do rozmawiania (ha, ja głos ludu z taką potężną siłą perswazji, że oh-oh :p). Rozmawianie jest dobre.
Jeśli już przebrnęliście do tego momentu, ad libitum zachęcam do posłuchania piosenki niżej. Także jeszcze tylko chwila i koniec :)
Śliczna ballada z płyty Piece by Piece, drugiej płyty Katie Meluy (Melui, Meluły, kurde, nie wiem :)) z 2005 roku. Ujęła mnie melodyjnością, no i ten głos :)
Do następnego!
piątek, 8 czerwca 2012
41. Prawie koniec
Czerwiec się rozkręca. W szkole muzycznej wszystko już zdane. Bić brawo! :) Oczywiście nie poszło tak, jak pójść miało (dziękujemy za klimatyzację, która nigdy nie jest na chodzie), po pierwszym utworze było super. Wszystko, co miało nie wyjść, nie wyszło, nic więcej, wszystko zgodnie z planem :) Ale już w drugim (wymagającym kondycyjnie) duchota i skwar dały się we znaki, a w trzecim wysiadłem całkowicie. Piątkę niby dali, ale nie taką, jak chciałem. Byłem przygotowany lepiej. Ale trudno, poszło.
A w kraju? Nasi przesrali wygrany mecz, a T80 rozjechało Skodę 105.
Na dziś tyle, obiecuję, że następna notka będzie dłuższa, z refleksją, mam temat, ale dzisiaj jest za późno, nie myślę już. Opiszę też to, jak mówili o mnie w Radiu Kraków :).
A w CKM zasłyszany w ww. radiu zespół (Polacy!!!) klasy MIĘ-DZY-NA-RO-DO-WEJ! Grają power metal, a zwą się Pathfinder. Właśnie wydali drugą płytę. Niesamowite, pełne brzmienie i utwory wręcz przepełnione pomysłami. Tka powinien brzmieć Sabaton (przy całym szacunku i uwielbieniu z mojej strony dla nich). Zwróćcie uwagę na to przepełnienie pomysłami. No i takie hardkorowe szycie na perkusji i shredding gitarowy , których nie cierpię, tu pasują wprost idealnie. Całość brzmi pięknie! A z resztą, co będę gadał, słuchajcie! Najlepiej całego, mimo, że długie.
Do następnego!
A w kraju? Nasi przesrali wygrany mecz, a T80 rozjechało Skodę 105.
Na dziś tyle, obiecuję, że następna notka będzie dłuższa, z refleksją, mam temat, ale dzisiaj jest za późno, nie myślę już. Opiszę też to, jak mówili o mnie w Radiu Kraków :).
A w CKM zasłyszany w ww. radiu zespół (Polacy!!!) klasy MIĘ-DZY-NA-RO-DO-WEJ! Grają power metal, a zwą się Pathfinder. Właśnie wydali drugą płytę. Niesamowite, pełne brzmienie i utwory wręcz przepełnione pomysłami. Tka powinien brzmieć Sabaton (przy całym szacunku i uwielbieniu z mojej strony dla nich). Zwróćcie uwagę na to przepełnienie pomysłami. No i takie hardkorowe szycie na perkusji i shredding gitarowy , których nie cierpię, tu pasują wprost idealnie. Całość brzmi pięknie! A z resztą, co będę gadał, słuchajcie! Najlepiej całego, mimo, że długie.
Do następnego!
niedziela, 3 czerwca 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)




